Przejdź do treści
Wczytuję...

Cambridge Audio A5 - Test wzmacniacza

Something with HTML textformat

 

Niemal rok musiałem czekać aż trafi mi się do przetestowania wzmacniacz firmy Cambridge Audio pochodzący z lat 90-tych. To wtedy właśnie ich produkty rozpoczęły swój szturm na polski rynek. Proponowały bardzo dobrze brzmiące urządzenia za niewygórowane kwoty. Taka strategia sprawdziła się doskonale i już po roku, czy dwóch od ukazania się na naszym rynku pierwszych wzmacniaczy i odtwarzaczy CD, Cambridge zyskał wielu fanów, a ich sprzęty zaczęły powoli obrastać prawdziwą legendą.

Do dzisiaj uważa się powszechnie, że najlepiej grającym wzmacniaczem tej brytyjskiej firmy był model A 500.

Nieco mniejszym poważaniem cieszyły się A 300, A 1 i A 5.

Dzisiaj będę słuchał jednego z tych mniej docenianych Cambridge'a, a mianowicie A 5.

Czasem spotykałem się z opiniami jakoby A 5 był dokładnie tym samym wzmacniaczem co A 500, tyle że nie posiadał możliwości zdalnego sterowania. Prawda jest taka, że to tylko jedna z różnic i to bodaj najmniej ważna.

Wystarczy poszukać zdjęć wnętrza zarówno A 5 jak i A 500, żeby naocznie stwierdzić, że różniło je coś więcej niż tylko pilot.

W środku A 500 widać nieco bardziej rozbudowaną elektronikę, odrobinę większe kondensatory i część modułów zakrytych miedzianymi ekranami, chroniącymi je od wszelkich szkodliwych zakłóceń. Natomiast duże i solidne transformatory toroidalne wydają się być takie same.

 

Wygląd A5

Jeżeli chodzi o wygląd zewnętrzny to modele A5 i A500 są właściwie takie same. Jedyna różnicą jest okienko zdalnego sterowania umieszczone w A500.

W A5 na front panelu umieszczono: niewielki okrągły przycisk uruchamiający zasilanie, oraz dwa identyczne z których jeden uruchamia funkcję Direct (całkowite odcięcie regulatorów barwy), a drugi jest przełącznikiem funkcji Tape Monitor. Cztery niewielkie pokrętła służące do regulacji barwy, balansu oraz wyboru źródeł.  W centralnym miejscu (równo pośrodku szerokości panela) króluje duża gałka służąca do regulacji siły głosu.

Na tylnej ściance zainstalowano: gniazdo do podłączenia przewodu zasilającego, osiem gniazd RCA (CINCH) do przyłączenia różnych źródeł, w tym jedno umożliwiające połączenie z dodatkową końcówką mocy, dwie pary zacisków głośnikowych sugerujące możliwość skorzystania z Bi-Wiringu.

 

W trakcie testu użyto

Cambridge Audio A5 (wzmacniacz)

AKAI CD55 (odtwarzacz CD)

SONY CDP-XB 740 QS (odtwarzacz CD)

Harman Kardon HD 720 (odtwarzacz CD)

KEF IQ70 (średnie kolumny podłogowe)

Canton Fonum 701 (duże kolumny podłogowe)

Quadral Odin (małe kolumny podłogowe)

 

Brzmienie

Wzmacniacze Cambridge Audio z lat 90-tych były wysoko notowane za swój dźwięk. Oczywiście określenie „wysoko” jest względne. Ale jeżeli ktoś chciał wtedy rozpocząć przygodę z brzmieniem zbliżonym do takiego jakie określa się jako audiofilskie, to Cambridge mógł być pierwszym krokiem na tej drodze.

Oczywiście miał bardzo groźnych konkurentów na rynku w postaci produktów Musical Fidelity czy Creeka, i być może miały one nawet jeszcze bardziej dokładne brzmienie, ale i kosztowały o kilkaset złotych więcej. Natomiast w jednym aspekcie były odrobinę gorsze. Żeby mogły pokazać co naprawdę potrafią ( a potrafiły jak sam Szatan) trzeba było ich słuchać z potencjometrem siły głosu ustawionym co najmniej w pozycji „na godz. 8.30”.

Cambridge miał nad nimi tą przewagę, że nawet przy bardzo cichym słuchaniu, można było śledzić każdy szczegół nagrań. A w momencie kiedy zwiększało się głośność, dźwięk był po prostu... głośniejszy. Równowaga tonalna nadal była dokładnie taka sama. To wcale nie jest zbyt często spotykane zjawisko.

Podobno zasługą tego zjawiska były używane przez firmę sporych rozmiarów transformatory toroidalne o dużej wydajności prądowej.

I rzeczywiście w trakcie dzisiejszych odsłuchów wcale nie było konieczne głośniejsze słuchanie, żeby docenić jakość i szczegółowość dźwięku. Oczywiście przy cichym słuchaniu komuś może się wydawać, że basu jest cokolwiek za mało, ale wystarczy się dokładnie wsłuchać, żeby stwierdzić, że choćby odrobina więcej niskich tonów mogłaby wszystko zepsuć.

Nie ma co dywagować. Cambridge znalazł Złoty Środek i właśnie za to zbierał laury. I słusznie. Bo nie każdy lubi, i nie każdy może słuchać muzyki głośno. A większość jednak lubi słyszeć wszystkie niuanse nagrań.

Jeżeli zaś chodzi o charakter brzmienia, to nie ma się co rozpisywać zbyt kwieciście.

Jest po prostu dokładne i bardzo naturalne.

Wysokie tony są bardzo szczegółowe i czytelne. Nie mają nawet cienia agresji, czy dokuczliwych akcentów. Są przez cały czas doskonale słyszalne i tworzą idealne wykończenie wszystkiego tego co dzieję się w całym pasmie tonów średnich.

A dzieje się tam sporo. Jak na tą klasę cenową, a trzeba pamiętać, że ten wzmacniacz kosztował mniej niż 1350zł. Owszem, wtedy była to relatywnie znacznie większa suma niż dzisiaj, ale i tak w porównaniu z przyzwoitymi wzmacniaczami konkurentów, była to bardzo niewygórowana cena. Niemal promocja.

W średnicy słychać dużo nawet pozornie nieistotnych dźwięków, co bardzo przykuwa uwagę słuchacza. Wszystkie one sprawiają wrażenie odseparowania od pozostałych. Szczególnie słychać to podczas słuchania muzyki klasycznej wykonywanej przez duże składy orkiestrowe.

Bas jest bardzo dobrze kontrolowany. Ani za tłusty, ani zbyt osuszony. Raczej nazwałbym go szybkim i w miarę sztywnym. Bardzo dobrze radzi sobie z utworami hard-rockowymi czy heavy-metalowymi, gdzie nadmierne rozlanie najniższych tonów mogłoby wprowadzić zbyt wiele zamieszania. Zwłaszcza gdy ma się do czynienia z utworami granymi w bardzo szybkich tempach. Natomiast istotne jest to, że ani na moment nie odczułem jego braku czy niedostatku.

 

Moja ocena

Do tej pory nie miałem możliwości posłuchać legendarnego Cambridge Audio A 500. No dobrze, raz mi się kiedyś zdarzyło. Dosłownie przez moment i bez należytego skupienia. A to się nie liczy.

Wciąż mam nadzieję, że być może niedługo do współpracującego z nami serwisu zawita ten kultowy sprzęt i będę mógł przez dwa-trzy dni go testować zanim trafi ponownie do właściciela.

Natomiast teoretycznie mniej popularny Cambridge Audio A 5, którego słuchałem przez ostatnie dwa dni, zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie.

To bardzo uniwersalny wzmacniacz o wyjątkowo neutralnym i naturalnym brzmieniu.

Nadaje się do słuchania absolutnie każdego repertuaru. Z każdym radzi sobie wyśmienicie i z każdego wyciąga drobne smaczki o których istnieniu wielu z nas nawet nie miało pojęcia. A jest to zdolność, której oczekuje się od urządzeń kosztujących znacznie powyżej 10 000zł. Ten tyle nie kosztuje. W przyzwoitym stanie zaledwie jedną dziesiątą tej ceny. A też to potrafi i robi to z wdziękiem.

Każde pasmo (wysokie, średnie i niskie) odtwarzane jest dokładnie i ze szczegółami. I to przy każdym poziomie głośności. Zwłaszcza mieszkańcy bloków z pewnością docenią tą umiejętność niepozornego „brytyjczyka”. Będą mogli wszystko wyraźnie słyszeć i to bez wchodzenia na wojenną ścieżkę z drażliwymi sąsiadami.

Co by nie mówić Cambridge Audio w latach dziewięćdziesiątych produkowało niedrogie i fenomenalnie brzmiące urządzenia. W nowym millenium pojawiła się całkowicie nowa seria Azur, która niestety jakością dźwięku dosyć mocno odstawała od tego za co firma wcześniej zdobyła ogólne uznanie wyrobionych słuchaczy.

 

Czy chciałbym go mieć?

Powiedziałbym, że bez wahania TAK, ale jednak po głębszym zastanowieniu, poczekam jeszcze na możliwość odsłuchu modelu A 500. Bo skoro miał tak entuzjastyczne opinie i podobno był JESZCZE lepszy, to chciałbym się o tym przekonać na własne uszy zanim ostatecznie doradzę zakup któregoś z nich.

 

 

Marek „Maro” Kulesza

 

Odpowiedz