Przejdź do treści
Wczytuję...

The Jimi Hendrix Experience - Are You Experienced

Something with HTML textformat

Kolejna płyta wydana w pamiętnym 1967 roku. I to jaka.

Jimi Hendrix, człowiek z olbrzymim doświadczeniem studyjnym i scenicznym, ale jako sideman, lub muzyk kontraktowy, postanowił założyć własny zespół. Zespół z którym będzie grał taką muzykę jaką zechce.

Niewykluczone, że byłby jednym z wielu genialnych czarnoskórych muzyków, którzy nie osiągnęli popularności poza konkretnym regionem. Wszak był Amerykaninem o kolorze skóry, który wtedy w USA skutecznie blokował wiele obiecujących karier.

Na szczęście zyskał sprytnego managera. Były basista The Animals, Chas Chandler postanowił rozpocząć karierę producenta i managera, poszukiwał więc ciekawych wykonawców, którymi mógłby się zaopiekować. Zainteresował się Hendrixem, po namowie jednej z licznych „narzeczonych” Keitha Richardsa, która widziała występ Hendrixa z jego pierwszym własnym zespołem.

Szybko utworzono nowy zespół o nazwie The Jimi Hendrix Experience w którego skład oprócz leadera weszli: perkusista Mitch Mitchel i basista Noel Redding.

Istotne, że tą nową grupę utworzono w Wielkiej Brytanii, która była wolna od rasistowskich uprzedzeń.

Od Października 1966 do maja 1967 zespół zagrał ponad 80 koncertów.

W trakcie tej trasy, w każdej wolnej chwili powstawał materiał na debiutancką płytę. Korzystano z wielu studiów nagraniowych. Ostateczny miks, prawdopodobnie został wykonany w Olympic Studio przez reżysera dźwięku Eddiego Kramera. Oczywiście pod baczną kontrolą Hendrixa.

Powstała doskonała płyta. Mieszanie istniejących już gatunków z rodzącą się psychodelią, oraz niezwykłym nowatorstwem Hendrixa w technikach gry na gitarze, dało efekt piorunujący.

Muzycy

Jimi Hendrix – gitary, efekty gitarowe, wokal

Noel Redding – gitara basowa, chórki

Mitch Mitchel – perkusja, instrumenty perkusyjne

 

Utwory

1 „Foxy Lady” – 3:19

2 „Manic Depression” – 3:42

3 „Red House” – 3:42

4 „Can You See Me” – 2:33

5 „Love or Confusion” – 3:11

6 „I Don't Live Today” – 3:55

7 „May This Be Love” – 3:11

8 „Fire” – 2:43

9 „Third Stone from the Sun” – 6:44

10 „Remember” – 2:48

11 „Are You Experienced?” – 4:14

12 „Hey Joe” – 3:30

13 „Stone Free” – 3:36

14 „Purple Haze” – 2:51

15 „51st Anniversary” – 3:16

16 „The Wind Cries Mary” – 3:20

17 „Highway Chile” – 3:32

Przedstawiona lista utworów pochodzi z wydań CD, które pojawiły się na rynku po 1997 roku.

Jest połączeniem wszystkich poprzednich (oryginalnych) wydań brytyjskich i amerykańskich, poszerzonym o nagrania, które ukazały się na singlach w okresie: listopad 1966 – wrzesień 1967.

Pierwszym utworem jest „Foxy Lady”. Właściwie to „cios prosto między oczy” już na samym początku. Narastający dźwięk delikatnego muskania strun gitary, błyskawicznie przeradza się w charakterystyczny riff, który będzie prowadził utwór do końca. Szepczący głos powtarzający słowo „Foxy” i pojawiający się za chwilę wokal Hendrixa od razy wprowadzają wrażenie obcowania z czymś wyjątkowo szczególnym. Kompozycja ma ciekawą, nieco połamaną rytmikę.

„Manic Depression” jest następnym mocnym akcentem. To kolejny riff, który przez następne lata będzie wpływał na wyobraźnię innych muzyków. Nieoczywisty refren polega na czymś w rodzaju gitarowego pochodu. Utwór ozdobiony typową dla Hendrixa solówką z lekko wyjącą i sprzęgającą gitarą.

„Red House” trzeci numer to klasyczny, elektryczny blues. Doskonały feeling. Tutaj najważniejsze są solówki leadera. Smakowite i teoretycznie tradycyjne, ale sposób artykulacji, wydobywania każdego najmniejszego dźwięku z instrumentu, to już technika, którą dysponował tylko Jimi.

„Love or Confusion”. Ciężko, mrocznie i psychodelicznie. Gitary brzmią niezwykle przestrzennie, ale hard-rockowo. Ogrom efektów z dodatkiem pogłosów i echa tworzy klimat niesamowitości i niepokoju. Nawet bez wirtuozerii Mistrza utwór byłby ciekawa pozycją.

„I don't Live Today” Jeden z moich ulubionych numerów na płycie. Połączenie blues-rocka z odrobiną czegoś, co niedługo będzie nazywane hard-rockiem. Chwytliwy kawałek i jak już normalnie ozdobiony gitarowym „szaleństwem”.

„May this be Love” zaczyna się swobodnymi glissandami gitary i w momencie kiedy dołącza perkusja, przeistacza się w coś w rodzaju oryginalnej ballady. Gdyby Dylan od początku chciał mocno „elektryfikować” swoje kompozycje, to niewykluczone, że byłby w stanie stworzyć taki utwór. Smaczkiem są bardzo przestrzenne i słodkie jak na Hendrixa dźwięki gitary.

„Fire”. Trudno jednoznacznie opisać ten kawałek. Trochę słychać w nim ówczesne dokonania supergrupy CREAM, ale z wyraźnym „czarnym” zabarwieniem.

„Third Stone from the Sun” to ultra psychodeliczna podróż poprzez przestrzeń kosmiczną. Można by zaryzykować twierdzenie, że to jeden z numerów, które zapoczątkowały styl space-rock. Wspaniałe efekty stereofoniczne i pompujący bas tworzą oprawę dla różnych eksperymentów wokalnych i oczywiście gitarowych. W niektórych fragmentach tego bardzo ambitnego kawałka Hendrix chyba użył smyczka.

„Remember” krótki i można powiedzieć, że nawet odrobinę skoczny i optymistycznie zagrany numer. Coś w rodzaju „krótkiego oddechu” żeby dojść do równowagi, po dużej porcji trudnej muzyki.

„Are You Experienced?” to jeszcze jedna dawka głębokiej psychodelii. Transowy, hipnotyczny rytm i bardzo mocno przetworzone dźwięki wygenerowane w trakcie różnych eksperymentów z taśmą magnetofonową. Słychać zapętlenia, duże pogłosy, taśmę odtwarzaną od tyłu. Tym razem to nie podróż kosmiczna, ale wizja narkotyczna.

„Hey Joe” kawałek który doceniają nawet ludzie nie lubiący ani Hendrixa, ani rocka jako takiego. To nie jest jego kompozycja, ale przerobił ją po swojemu i nadał jej całkowicie nową wartość. Pokoleniowy numer, który do dzisiaj jest odtwarzany w wielu rozgłośniach radiowych.

„Stone Free” blues rockowa wycieczka na skraj rejonów funku. Wyobrażam sobie jak pod koniec lat 60-tych ludzie „bujali” się przy nim na prywatkach, czy klubowych imprezach. Ciekawe, brudne nawet jak na Jimiego brzmienie gitary i oczywiście interesująca solówka.

„Purple Haze” Fenomenalny utwór. Zaczyna się od powtarzanego dwudźwięku, a potem już płynie w kierunku solidnego, ciężkiego grania. Refren doskonale pasuje do całości. To typowy numer dla tego artysty. Po koniec znowu słychać nawiązania do psychodelii.

„51st Anniversary” Mała chwila wytchnienia od cięższych klimatów. Miły, choć zdecydowanie rockowy kawałek. Z inną aranżacją mógłby być nawet przebojem muzyki pop. Oczywiście muzyki pop z tamtego okresu, bądź co bądź znacznie ambitniejszej niż dzisiejsza.

„The Wind Cries Mary” Genialna rockowa ballada. Nastrój, brzmienie instrumentów (bardzo przestrzenna perkusja) i spokojny, deklamujący głos Mistrza. Solówka tym razem stonowana i delikatna. Teoretycznie na luzie, ale jednak całość jest bardzo emocjonalna.

„Highway Chile” Piękny początek. Gitara rozpoczyna lekko zawodzącym zaśpiewem, który de facto jest czymś w rodzaju regularnego riffu. Perkusja i bardzo bluesowo grający bas tworzą podstawę, fundament na którym leader buduje coś co bluesem na pewno nie jest. Chociaż jego solówki są jak najbardziej tradycyjne. Ciekawy utwór, który wymyka się zaszufladkowaniu.

Okładka

Okładki były dwie. Brytyjska z maja 1967 roku i amerykańska z września tego samego roku.

Różniły się całkowicie. Brytyjska w kolorach dosyć jaskrawych, ze zdjęciem zespołu i napisami wykonanymi czcionką typową dla ery hippisowsko-psychodelicznej.

Amerykańska, znacznie spokojniejsza, stonowana. Również zawiera zdjęcie grupy. Napisy kojarzą się zdecydowanie z czcionką rodem z filmów science-fiction. W amerykańskim wydaniu na końcu tytułu dodano znak zapytania. Na przestrzeni lat ten pytajnik pojawiał się i znikał wraz z kolejnymi reedycjami, ale wydaje się, że od lat 90-tych ostatecznie z niego zrezygnowano.

Moja ocena

Ta płyta powstawała w szczególnym czasie. Ciekawe, że Jimi Hendrix był pod wielkim wrażeniem koncertów ( i pierwszej płyty) supergrupy CREAM. Z kolei członkowie CREAM na przełomie 1966/67 oglądali kilka występów The Jimi Hendrix Experience i pod wpływem jego muzyki skomponowali „Sunshine of Your Love”. Jego koncerty w tamtym okresie były również podziwiane przez wielu innych brytyjskich rockmanów. Rolling Stonesi, Beatlesi, The Who, The Small Faces, Jimi Page, Ritchie Blackmore wyrażali się o tych występach entuzjastycznie. To rzadkie zjawisko wśród gwiazd.

Dla wszystkich stało się jasne, że narodził się muzyk wielkiego formatu.

Opisywany album jest tego świadectwem. Wszystko co zostało na nim nagrane, nawet jeżeli momentami mocno nawiązuje do tradycyjnych rozwiązań kompozycyjnych, harmonicznych, to i tak jest czymś absolutnie nowatorskim i świeżym. Jednocześnie ta płyta jest kwintesencją tego z czym Jimi Hendrix jest kojarzony w potocznym rozumieniu. Jest tu wszystko co potrzeba, żeby zacząć rozumieć jego sztukę.

To bodaj jedna z najlepszych płyt rockowych w historii. Miała wpływ na muzyków, którzy potem tworzyli nowe gatunki. Hard-rock, rock progresywny, space-rock, ciężki blues-rock zawdzięczają Hendrixowi inspirację do kontynuowania i rozwijania jego eksperymentów.

Wstyd nie posiadać w swojej domowej kolekcji...

Jeżeli chcecie, żeby ta muzyka naprawdę do Was dotarła, a także chcecie docenić zastosowane efekty i kunszt członków zespołu, posłuchajcie tego albumu w ciemności, lub przy blasku maksymalnie jednej świecy.

Usiądźcie tak, żeby znaleźć się pośrodku dźwięku płynącego z głośników.

Wtedy jest szansa, że w pełni zrozumiecie to, co o tej płycie napisałem.

 

Marek „Maro” Kulesza

Odpowiedz