Przejdź do treści
Wczytuję...

CREAM - Disraeli Gears

Something with HTML textformat

Supergrupa CREAM powstała w 1966 roku i składała się z cenionych i niezwykle sprawnych instrumentalistów. Gitarzysta Eric Clapton był wówczas nazywany Bogiem. Perkusista Ginger Baker wytyczał nowe szlaki i metody gry dla następnych pokoleń. Basista i główny wokalista Jack Bruce nie pozostawał za nimi w tyle.

Debiut tej grupy z 1966 pod tytułem „Fresh Cream” był w muzyce czymś nowym i rzeczywiście świeżym, ale nieco surowym i osadzonym mocno w tradycjach blues-rocka. Chociaż trzeba przyznać, że już pojawiły się na nim pierwiastki psychodelii.

Druga płyta z 1967, zatytułowana „Disraeli Gears” była krążkiem przełomowym. Dla samej grupy i dla tego co się potem działo w świecie muzyki.

Nie oni jedni wtedy „popełnili” takie przełomowe dzieła. Przypomnijmy, że rok 1967 obfitował we wcześniej niespotykany wysyp świetnych albumów. W ciągu całego tego roku Beatlesi wydali dwie genialne płyty, Rolling Stonesi jedną, ale równie doskonałą. Gwiazda Jimiego Hendrixa dosłownie rozświetliła firmament już w trakcie debiutu. The Who odkryli nowy kierunek rozwoju, The Doors, Procol Harum i wielu, wielu innych nagrało wtedy oryginalne, spektakularne albumy.

„Disraeli Gears” choć może nie było płytą aż tak śmiałą w sensie nowatorstwa, to jednak miała ona bezpośredni i mocny wpływ na ostateczne ukształtowanie się ciężko brzmiącego blues-rocka, z którego w efekcie wyewoluował hard-rock.

I ten niezaprzeczalny wkład CREAM w rozwój ciężkich klimatów był wzbogacony o wyraźnie słyszalne elementy psychodelii.

Album został nagrany w trakcie trasy koncertowej po USA. Korzystano z kilku studiów nagraniowych należących do firmy fonograficznej Atlantic. Po zakończeniu trasy, zgrano i zmiksowano cały materiał. Płyta ukazała się w sprzedaży w listopadzie 1967 roku.

Co prawda większość legendarnych płyt z tamtego roku, była już wtedy od kilku miesięcy w sprzedaży, ale i tak zainteresowanie dokonaniami CREAM było olbrzymie. Publiczność kibicowała im jak mało komu. Dziennikarze i krytycy przyglądali się uważnie, każdemu posunięciu zespołu.

Wszak była to pierwsza SUPERGRUPA w historii.

Na pewno czuli olbrzymią presję. Oczekiwania wszystkich dookoła były olbrzymie. Wielu debiutantów mogłoby w takiej sytuacji spalić się psychicznie i nie podołać. Albo nagrać jakiś beznadziejny albumik, albo zakończyć działalność. Albo jedno i drugie. W końcu praca, kiedy każdy przez cały czas patrzy na ręce nie należy ani do łatwych, ani do przyjemnych.

Na szczęście muzycy CREAM choć jeszcze wciąż dosyć młodzi wiekowo, byli już bardzo doświadczonymi wygami sceny. Wyszli z tej sytuacji zwycięsko. Poradzili sobie ze stressem i zadziwili wszystkich. Do tego stopnia, że „Disraeli Gears” do dzisiaj jest uważana za jedną z najlepszych i najbardziej wpływowych płyt. Nadal widnieje w wielu notowaniach płyt wszech czasów.

Okładka

Okładka jest mocno osadzona w ówczesnej stylistyce. Twarze muzyków wkomponowane w plątaninę rysunkowych ornamentów, są nierealne poprzez nadanie im różnych odcieni. Od pomarańczowego i czerwonego, poprzez żółć, aż do błękitu i fioletu. Rysunki mają kilka odcieni czerwieni. Niektóre wydania tej płyty, miały na okładce oprócz czerwieni również liczne elementy zabarwione na zdecydowany fiolet.

Okładka na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie czysto psychodelicznej, ale wystarczy uważnie się przyjrzeć, żeby stwierdzić, że tak nie jest. Kolorystyka jak najbardziej tak, ale te wszystkie ornamenty są niezwykle dokładne i szczegółowe. Tak jakby projektant chciał podkreślić, że co prawda CREAM flirtują z psychodelią, ale w ich muzyce fundamentem jest jednak rzetelny i solidny blues i blues-rock.

Muzycy

Jack Bruce – vocal, gitara basowa, harmonijka ustna

Eric Clapton – vocal, gitary

Ginger Baker – perkusja, instrumenty perkusyjne

Utwory

Strange Brew

Sunshine of Your Love

World of Pain

Dance the Night Away

Blue Condition

Tales of Brave Ulysses

Swlabr

We're Going Wrong

Outside Woman Blues

Take it Black

Mother's Lament

Pierwszy utwór „Strange Brew” rozpoczyna się jak typowy elektryczny blues. Ale już sposób śpiewania i modulacja głosu wokalisty pochodzi z innych rejonów stylistycznych. Jest psychodeliczną nakładką na tradycyjne wykonanie instrumentalne.

Jako drugi kawałek umieszczono „Sunshine of Your Love”. Od tamtej pory jest to evergreen. Wielu artystów wykonywało go zarówno na żywo, jak również nagrywało swoje covery. Prosty, energetyczny, oparty na charakterystycznym riffie. Pokoleniowy numer.

„World of Pain” oraz „Dance the Night Away” to ponowny psychodeliczny atak linii wokalnej wspieranej przez partie instrumentalne, które mimo że wydają się być dosyć tradycyjne, to po dokładnym wsłuchaniu się, łatwo wywnioskować, że ich przetworzony, pływający dźwięk z tradycją ma niewiele wspólnego.

„Blue Condition” jest bliższy klasycznemu blues-rockowi, ale refren jednak wyprowadza nas z błędu. Zespół stara się jednak pozostawać w zgodzie z obowiązującą wtedy modą na odrealnioną i nieco udziwnioną atmosferę.

„Tales of Brave Ulysses” - genialny kawałek. Właściwie twardo osadzony w blues-rocku, ale z cięższym brzmieniem. „Płynący” do przodu, dzięki wspaniałemu riffowemu pochodowi basu i gitary. Solówki Claptona godne następnej dekady.

„Swlabr” to kolejny numer, który może konkurować z „Ulyssesem” i „Sunshine...”. Mocno, rytmicznie. Tak właśnie rodził się hard-rock.

„We're going Wrong”. Po dawce ciężkich brzmieniowo klimatów, znowu następuje chwila eksperymentów z przetworzonymi brzmieniami gitar. Przejmujący wokal przypomina nieco niektóre nagrania Jefferson Airplane. Tutaj jednoznacznie psychodelia w pełnym rozkwicie.

„Outside Woman Blues”. I znowu ostrzej. Kołysząco i bluesowo, ale z pazurem generowanym głównie przez przesterowane gitary Claptona. Świetny numer koncertowy.

„Take it Black”. Kolejny bluesowy utwór, w tempie średniego Boogy. Jack Bruce śpiewa na kompletnym luzie, jakby był to zwykły bluesowy koncert w małym klubie. Gra również na harmonijce ustnej, co jeszcze bardziej podkreśla charakter kompozycji. W finale słychać również okrzyki i oklaski nielicznej publiczności.

„Mother's Lament”. Muzyczny żart umieszczony na końcu płyty. Może się kojarzyć zarówno z wodewilem, jak i piosenkami typowymi dla Latającego Cyrku Monty Pythona, chociaż znani i lubiani brytyjscy komicy zaistnieli dopiero dwa lata później.

Konkluzja

To jedna z tych płyt, których należy słuchać w całości. Od początku do końca. W skupieniu.

Wiem, że często wiele osób odczuwa pokusę do „skakania” po utworach, lub upartego powtarzania jednego nagrania. Tego, które wydaje się najlepsze. Słowo najlepsze dla każdego może oznaczać coś innego. Jedni cenią melodię i przebojowość, inni ambitną i skomplikowaną strukturę kompozycji.

Natomiast to nigdy nie jest najlepszy sposób na zapoznawanie się z koncepcją albumów jako całości. W szczególności tych z drugiej połowy '60 i całych '70.

Chociaż może to dziwić dzisiaj młodszych słuchaczy, to w tamtych czasach longplaye (czyli po prostu płyty długogrające) były tworzone jako pewna całość. Kolejność utworów rzadko była dziełem przypadku. Muzycy zazwyczaj sami określali jaki kawałek ma zaczynać płytę, jaki ją kończyć i co ma się dziać pomiędzy nimi. Zespoły składające się z ludzi o mocnych charakterach, rzadko ulegały pomysłom producentów, czy prezesów firm dla których nagrywały.

Ceniły swoją wartość i swoją muzykę.

„Disraeli Gears” to album, który powinien znać każdy fan mocniejszego rocka. Bo miał olbrzymi wpływ na niemal wszystkie zespoły hard-rockowe, które rozpoczynały karierę w samym końcu lat 60-tych i początku 70-tych. Niemal każda z nich zawdzięcza wiele patentom gitarowym i basowym wymyślonym przez Erica Claptona i Jacka Bruce'a. Zaś Ginger Baker jeszcze wzbogacił na tej płycie swój wyrazisty i bardzo gęsty sposób gry na bębnach i wszelkich „przeszkadzajkach”.

Utwory takie jak „Sunshine of Your Love”, „Tales of Brave Ulysses” oraz „Swlabr”, nie tylko stworzyły całkowicie nowy kanon kompozycji rockowych, ale stały się także szkołą gry dla początkujących gitarzystów.

Śmiało można powiedzieć, że „Sunshine of Your Love” było dla CREAM tym samym, czym „Smoke on the Water” dla DEEP PURPLE.

Oczywiście w trakcie uważnego słuchania niektóre fragmenty kilku utworów, szczególnie tych silnie nawiązujących do psychodelii mogą dzisiaj lekko drażnić, ale wtedy publiczność za tym szalała.

Doskonały album. Kolejny, świetnie oddający klimat i ducha tamtej, jakże kolorowej i śmiałej epoki. Kolorowej i śmiałej w każdym aspekcie. Nie tylko muzycznym.

 

Marek „Maro” Kulesza

 

Odpowiedz