Przejdź do treści
Wczytuję...

THE BEATLES - Sgt. Peppers Lonely Hearts Club Band

Something with HTML textformat

Klub Samotnych Serc Sierżanta Pieprza

Płyta z którą Beatlesi wkroczyli w nowy świat. A może wcale nie wkraczali w nic nowego, a wręcz byli tymi, którzy jako jedni z pierwszych ten świat wykreowali?

Obie teorie są zasadne. Trzeba przypomnieć, że już w 1966 w muzyce rockowej dostrzegalne były szykujące się zmiany, nowe pomysły, całkowicie nowe podejście do kompozycji, sposobu realizacji nagrań itp. Już ich poprzedni album „Revolver”z 1966, był czymś niezwykle nowatorskim. I nie tylko w stosunku do ich dotychczasowej działalności, ale również do tego co się wówczas działo w muzyce na całym świecie. Tak. Zdecydowanie cały rok 1966 był czymś, co było przygotowaniem do tego co miało nadejść w 1967, a następnie wytyczać szlaki na kolejną dekadę.

O ile na albumie „Revolver” Beatlesi eksperymentowali w studiu po raz pierwszy w tak dużym zakresie, i poznawali różne możliwości urządzeń studyjnych, to pracując nad „Sierżantem Pieprzem” już mieli wizję, jak tą nowo nabytą wiedzę wykorzystać jeszcze lepiej.

Oczywiście nadal czuwał nad nimi realizator dźwięku George Martin, ale teraz nie miał odpowiadać jedynie za jakość realizacji, ale służyć radą i doświadczeniem. Z pewnością nie było mu łatwo. Bo „chłopaki z Liverpoolu” mieli każdego dnia coraz bardziej nietypowe, wcześniej niespotykane, szalone pomysły. Martin do tej pory starał się, żeby nagrany dźwięk był czysty, przyjemny dla ucha, odpowiednio wypełniony. Teraz wymagano od niego porzucenia wszystkich dotychczasowych przyzwyczajeń. I jak słychać, w pełni mu się udało.

Okładka

Opakowanie Sierżanta Pieprza miało być i rzeczywiście było, czymś dotąd niespotykanym. Na okładce widzimy Beatlesów w otoczeniu całej masy figur. Wycięte z kartonu postacie zarówno nieżyjących, jak i będących przy dobrym zdrowiu, ludzi kultury, sztuki, nauki, religii i polityki. Dodatkowo zamieszanie powiększają liczne przedmioty rozrzucone po całym kadrze.

Całość jest niezwykle kolorowa, a nawet pstrokata. No cóż, to pierwsza prawdziwie psychodeliczna płyta Beatlesów, więc i okładka miała w zamierzeniu ten klimat podkreślać.

Ciekawostka, że początkowo muzycy myśleli o nagraniu albumu dwupłytowego. Dlatego zaprojektowano okładkę, która miała kryć dwie analogowe/winylowe płyty. Ostatecznie jednak okazało się, że nagrany materiał muzyczny zmieści się na jednej płycie. Okładka była już zaprojektowana, a nawet zamówiona, więc jej projektu nie zmieniono.

Muzyka

Ciekawe, że fani The Beatles najczęściej dzielą się na dwie, mniej więcej równe grupy. Jedni uwielbiają Beatlesów ubranych w jednakowe garniturki, potrząsających grzywkami w takt piosenek typu „Help”, czy „I wanna Hold Your Hand”, natomiast serdecznie nie znoszą ich twórczości po roku 1965.

Druga grupa z kolei, zazwyczaj nie ceni tego „grzecznego” wizerunku zespołu. Nie trawi lekkich, zgrabnych piosenek, traktujących najczęściej o miłości. Ani image'u garniturkowego. Za to uwielbia Beatlesów z okresu drugiego, czyli tego zawierającego się pomiędzy 1966 a 1970 rokiem.

Kolorowe ciuchy, kolorowe okulary Lennona, długie włosy i muzyka. Muzyka, która była jednym wielkim psychodelicznym eksperymentem. Szybko pojawiły się głosy, że spora część materiału powstała pod wpływem wizji, wywołanych różnego rodzaju substancjami zmieniającymi postrzeganie rzeczywistości. Pamiętajmy, że w tamtym okresie były one tak bardzo modne, że niemal wszyscy ich próbowali. Również Beatlesi.

Zwróćcie uwagę na tytuł jednego z utworów, którego pisownia jest następująca; „Lucy in the Sky with Diamonds”. Wielkie litery użyte w tytule tworzą skrót LSD. A właśnie LSD było narkotykiem bardzo cenionym przez wiele zespołów. Twierdziły one, że wizje powstałe po ich zażyciu niezwykle poszerzają horyzonty myślowe, dźwiękowe itp.

Ukryte litery tworzące nazwę substancji LSD zostały szybko dostrzeżone przez fanów i krytyków. Jednak Beatlesi wszyscy jak jeden mąż, od razu się od tej teorii odżegnali. Skomentowali to jako absolutny przypadek. No cóż. Beatlesi nawet w swoim najbardziej twórczym, lekko buntowniczym, subkulturowym wcieleniu nie pożądali skandalu. Gdyby takie podejrzenie trafiło na wyjątkowo niegrzecznych Rolling Stonesów, to ci z pewnością by to wykorzystali do utrwalenia swojego wizerunku.

Mimo wszystko „Czwórka z Liverpoolu” pragnęła być postrzegana, przede wszystkim jako artyści. Na tej płycie każdy utwór jest czymś wyjątkowym. Nie mają żadnego wspólnego mianownika w postaci identycznego brzmienia, stylu, realizacji. Każdy wydaje się wzięty „z innej bajki”.

Utwór tytułowy zamieszczono w dwóch wersjach. Pierwsza rozpoczyna całą płytę, druga jest utworem przedostatnim. Do dzisiaj nie do końca rozumiem tą ideę. Logiczniej byłoby, gdyby „spinały” cały album na początku i na końcu. Być może tak właśnie miało być, ale wtedy utwór zamieszczony na samym końcu, czyli „A Day in the Life” z pewnością nie sprawiałby aż tak przejmującego wrażenia. A sprawia. I to bardzo...

Wracając do tematu. Tytułowy utwór w obu wersjach jest kawałkiem czysto rockowym, wzbogaconym o brzmienie różnych „dęciaków”. Jak na dotychczasowe dokonania kwartetu, można powiedzieć, że to naprawdę ostry numer.

Drugim utworem jest spokojny i „płynący” „With a Little Help from My Friends”. Włąściwie nie odbiega od tego, do czego Beatlesi przyzwyczaili słuchaczy na płytach „Rubber Soul” i „Revolver”. Miło się go słucha i tyle. Do historii przeszedł dzięki Joe Cockerowi, który w 1969 roku wykonał go na festiwalu Woodstock. Ta wersja była znacznie ciekawsza. Wolniejsza, potężniejsza, dostojniejsza i ozdobiona genialnymi chórkami.

Trzeci utwór, wspominany już „Lucy in the Sky with Diamonds” buduje nastrój powoli. Instrumenty klawiszowe, w tle lekko słyszalny sitar i głos Lennona z dodanym sporym pogłosem. Refren nośny, niemal skoczny zmienia nastrój całości. Doskonale przemyślana konstrukcja. Warto się mocno wsłuchać i spróbować śledzić wszystko to, co dzieje się gdzieś daleko w tle. Niezwykłe bogactwo środków, stwarza niemal trójwymiarowy efekt dźwięku. No i to jeden z najbardziej kultowych kawałków w historii rocka.

Czwarty utwór „Getting Better” to kolejna kompozycja, która być może skojarzy się z klasycznymi propozycjami grupy. Ale zwróćcie uwagę na pracę gitary. Zniekształcony dźwięk, motorycznie nadający tempo i kilka innych dźwięków w tle powodują, że jednak to kompletnie nowa wartość.

Piąta odsłona to „Fixing a Hole”. Piosenka nieco wodewilowa w trakcie zwrotki, w refrenie zmienia się w coś zupełnie innego. Przetworzone brzmienie poszczególnych instrumentów tworzy zupełnie inny świat.

Szóste nagranie „She's Leaving Home” od samego początku urzeka dźwiękiem łudząco podobnym do harfy i smyczkami. Spokojnie i smutno, a jednocześnie niezwykle uroczo. Urocza psychodelia?  Dlaczego nie?

Siódmy w kolejności „nadjeżdża” Being for the Benefit of Mr. Kite”. Bo to rzeczywiście jest jazda. Może się kojarzyć odrobinę z wodewilem, odrobinę z musicalem, ale to wszystko jest podlane tak gęstym psychodelicznym sosem, że aż dech zapiera. Warto zwrócić uwagę na to co się wyrabia pomiędzy końcem pierwszej minuty, a połową drugiej. Fantastycznie bajkowo, ale nie jak w bajce o Kopciszku, tylko jak w Alicji w krainie czarów.

„Within You Without You”, ósmy utwór, to wynik fascynacji George'a Harisona kulturą i muzyką Indii. Dominują dźwięki sitarów (ciekawe, że większość z nich została nagrana z pomocą gitar o ekstremalnie obniżonym stroju). Klimat zaiste zarówno hinduski jak i hippisowski. Świetny kawałek. Niemal czuć w powietrzu zapach kadzidełek.

„Whem I'm Sixty-Four” ponownie przywołuje atmosferę wodewilu. Żartobliwa piosenka, która nie wnosi niczego odkrywczego, czy nowatorskiego. Po prostu jest i miło się jej słucha. Najwyraźniej taka była wizja muzyków, żeby dać słuchaczom chwilę wytchnienia.

Dziesiątym nagraniem jest „Lovely Rita”. Połączenie psychodelii w postaci chórków, o mocno przetworzonym brzmieniu i czegoś w rodzaju kabaretu. Swoją drogą to bardzo nośny utwór.

„Good Morning, Good Morning”, ozdobiony odgłosami z kurnika i mocno sfuzowaną gitarą na którą nakładają się dęciaki. Wszystko tu jest na miejscu. Świetna zwrotka, doskonały refren. Można słuchać bez końca. Jak mało które nagranie, nadawałby się, żeby ustawić go w komórce jako budzik. I nie jest to sarkazm. W finale słychać natomiast odgłosy polowania.

Jedenastym utworem jest druga wersja „Sgt. Peppers...”. Jest nieco mocniejsza i prostsza. Rockowy kawałek...

A potem następuje „A Day in the Life”. Głos Lennona brzmi jak nigdy wcześniej i chyba nigdy później. Aranżacja jest perfekcyjnie przemyślana. Pierwsza część spokojna, a jednocześnie nie powodująca dekoncentracji słuchacza, potem głośniejsza koda, potem szybsza trzecia część o zmienionej fakturze, potem narastający nastrojowy klimat z czymś w rodzaju prostej wokalizy Lennona, i znowu powrót do części trzeciej, potem znowu koda, tym razem znacznie dłuższa i głośniejsza, a na samym końcu akord fortepianu z długim wybrzmiewaniem. Majstersztyk. Że też Beatlesom nie przyszło do głowy stworzyć jakąś obszerniejszą suitę.

Po wyciszeniu ostatniego kawałka, pojawia się na chwilę zapętlony fragment w którym dominującą rolę odgrywa żeński głos.

I to koniec...

Utwory

Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band

With a Little Help from My Friends

Lucy in the Sky with Diamonds

Getting Better

Fixing a Hole

She's Leaving Home

Being for the Benefit of Mr. Kite

Within You Without You

When I'm Sixty-Four

Lovely Rita

Good Morning Good Morning

Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band (reprise)

A Day in the Life

Muzycy

John Lennon – wokal, gitary, instrumenty klawiszowe

Paul McCartney – wokal, gitara basowa, gitary, fortepian

George Harrison – wokal, gitary, sitar

Ringo Starr – perkusja, instrumenty perkusyjne

W nagraniu uczestniczyła również bardzo duża muzyków profesjonalnych grających na instrumentach dętych, smyczkowych itp.

Konkluzja

Mimo, że nie jest to album, który cenią wszyscy, to jednak nie można, i nie należy przejść obok niego obojętnie. To krok milowy w historii muzyki rockowej wszelkich podgatunków, ale także miał swój wpływ na rozwój kilku innych gatunków.

Poza tym to niezwykle nowatorskie podejście do pracy w studio jeśli chodzi o pomysły, środki, technikę i technologię. I niezwykle, bajecznie „kolorowy”

Badacze subkultur, jak również sami ich uczestnicy, do dzisiaj kłócą się czy sławetne „LATO MIŁOŚCI” rozpoczęło się wiosną 1969 w dniu wydania tej płyty, czy jednak zapoczątkował je festiwal w Monterey.

Genialny album. Uważam, że każdy powinien posiadać tą płytę w kolekcji.

Marek „Maro” Kulesza

 

 

 

 

 

Odpowiedz