Przejdź do treści
Wczytuję...

THE BEATLES - Magical Mystery Tour

Something with HTML textformat

Magical Mystery Tour była drugą płyta Beatlesów wydaną w 1967 roku. Ukazała się pod koniec listopada tamtego jakże pamiętnego roku.

Wcześniej, z końcem maja, w sklepach pojawił się legendarny album „Sgt. Peppers Lonely Hearts Club Band”. Jak widać był to dla zespołu okres niezwykle wytężonej i płodnej pracy. I trzeba przyznać, że wena im dopisywała jak nigdy dotąd. Radość z koncentrowania się wyłącznie na eksperymentach muzycznych i dźwiękowych w oparciu o różne, nawet wymyślane na gorąco technologie studyjne, zaowocowała dwiema nowatorskimi i kultowymi pozycjami w dyskografii.

Część materiału przeznaczonego na „Magical...” była już w miarę gotowa w postaci „szkiców” studyjnych w momencie kiedy na rynek wszedł „Sierżant Pieprz”. A ponieważ sprzedawał się jak przysłowiowe „ciepłe bułeczki”, to Czwórka z Liverpoolu upewniła się, że nie należy czekać z nagraniem kolejnego albumu. Właściwie miał to być typowy soundtrack do filmu o tym samym tytule. Pomysł wyszedł głównie od Paula McCartneya. Fabuła była prosta. Grupa przypadkowych ludzi jadąc Magicznym Autobusem, przeżywała różnego rodzaju przygody. Niezrozumiałe, magiczne, abstrakcyjne, baśniowe i oczywiście zgodnie z obowiązującą modą psychodeliczne.

Ponieważ fabuła miała być ilustrowana sześcioma piosenkami, szybko okazało się, że to za mało na wydanie ich na typowym longplayu. Postanowiono, że będzie to EP-ka, czyli maxi-singiel. Tu z kolei pojawił się problem techniczny, bo jak na typową EP-kę, sześć kawałków to było zbyt dużo. Postanowiono ostatecznie dodać do materiału kilka utworów wydanych w tym czasie także na singlach i całe wydawnictwo miały tworzyć dwie EP-ki.

I rzeczywiście pierwsze partie, które pokazały się na sklepowych półkach, miały dokładnie taką formę. Niedługo potem, jednak zmieniono koncepcję i odtąd mieliśmy do czynienia z klasycznym Longplayem łączącym materiał z obu maxi-singli. Do dzisiaj jest to obowiązująca wersja tej płyty.

Ciekawe, że film nie cieszył się wielką popularnością i szybko został niemal całkowicie zapomniany. Płyta zaś pozostała w świadomości kolejnych pokoleń jako jedno z najciekawszych dzieł legendarnego kwartetu.

Muzycznie „Magical Mystery Tour” jest kontynuacją wszystkiego tego co działo się na „Pieprzu”. Takie same brzmienia i pomysły udziwniające poszczególne kompozycje. Ale same utwory są dowodem na to, że Beatlesi nie stali w miejscu. Rozwijali się w kierunku coraz bardziej psychodelicznym. I o ile „Revolver” z 1966 był początkiem tego kierunku, „Pepper” rozwiniętą i śmiałą kontynuacją, to „Magical” można uznać za ukoronowanie tego okresu.

Jeżeli posłuchacie go uważnie, to szybko i łatwo odkryjecie, że klimaty hippisowsko-psychodeliczne panują tu już niepodzielnie.

Utwory

Magical Mystery Tour

The Fool on the Hill

Flying

Blue Jay Way

Your Mother Should Know

I am the Walrus

Hello Goodbye

Strawberry Fields Forever

Penny Lane

Baby You're Rich Man

All You Need is Love

Płyta rozpoczyna się utworem tytułowym.

Chórek powtarzający tytuł piosenki narasta w towarzystwie bogactwa instrumentów zarówno typowych dla ówczesnego rocka jak i dużej ilości „dęciaków” i to chyba właśnie użycie trąbek robi tu całą atmosferę. Momentami tempo nieco zwalnia i wtedy instrumenty dęte zaczynają grać główną rolę.

Drugi kawałek „Fool on the Hill”, to kompozycja typowa dla Paula Mc Cartneya.  Początek spokojny, zamyślony, potem chwilami przeradza się w rytmiczne, ale nie dynamiczne fragmenty żywszego grania, opartego przede wszystkim na instrumentach dętych (trąbki, saksofony) oraz pięknym brzmieniu fletu.

Trzecia z kolei kompozycja „Flying” ma charakter typowo ilustracyjny, chociaż doskonale sprawdza się jako odrębny instrumentalny kawałek. W sposobie gry Ringo Starra na perkusji i Mc Cartneya na basie, słychać niemal kwintesencję psychodelicznej transowości.

Czwarty utwór to „Blue Jay Way”. Kompozycja Harrisona. Przesycona indyjskim klimatem, ale jednocześnie niemal do bólu przetworzony dźwięk każdego instrumentu i głosów, sprawia wrażenie niemal narkotycznej wizji. Atmosfera niczym z hinduskiej palarni opium.

„You Mother Should Know” jest kolejnym Mc Cartneyowskim pokazem jego stylu myślenia o budowaniu piosenek. Przypomina trochę te lżejsze utwory z płyty „Revolver”.

„I am the Walrus”, szósty kawałek, to już Lennon na całego. Zawsze uważałem go za najbardziej postępowego muzyka spośród wszystkich Beatlesów. A lata 66-69 były dla niego szczególnie łaskawe. Mógł puścić wodze fantazji. I robił to genialnie.

Tutaj wszystko gra idealnie. Tempo, brzmienie każdego instrumentu, każdego pozornie nieważnego dźwięku, głos Lennona zniekształcony od początku dość znacznie, potem jeszcze bardziej, są elementami, które wzajemnie się dopełniają. Klimat dziwny, niepokojący a jednocześnie wciągający. Mógłbym tego słuchać bez końca.

Kolejny utwór „Hello Goodbye” to już rodzaj bonusu. Jak wszystkie następne pochodził z singli wydanych w ciągu 1967 roku. Moim zdaniem piosenka raczej błaha artystycznie, choć zgrabna. Ta płyta chyba mogłaby się bez niej obejść.

I w końcu prawdziwa PETARDA. „Strawberry Fields Forever”. Bodaj najbardziej znany numer Beatlesów. Niezwykle urokliwy i niezwykle przetworzony. Niemal wzorzec muzyki psychodelicznej. Tutaj ani zwrotka, ani refren nie są sztampowe. Cudowne brzmienia i nietypowo dobrane akordy, tworzą niepowtarzalny efekt. Klasa sama dla siebie.

„Penny Lane”. Podobno jest to piosenka o legendarnej „groupie” z lat 60-tych, która „przyjaźniła” się z wieloma ówczesnymi gwiazdami rocka. Niby nie odbiega od większości tego typu piosenek Mc Cartneya, a jednak ma cechy, które przykuwają uwagę słuchacza. Ładne, ozdobne partie trąbek.

„Baby You're Rich Man” zaczyna się dźwiękami prawdopodobnie stworzonymi poprzez zwalnianie i przyśpieszanie taśmy magnetofonowej, na której nagrano z różną prędkością kilka instrumentów. Tajemniczo i ciekawie. Refren za to dosyć prosty i niemal skoczny. Udany kawałek.

„All You Need is Love”. Nie wiem jak to się stało, że początkowo był to tylko utwór przeznaczony na singiel. Moim zdaniem to zbrodnia.  Jeden z najpiękniejszych utworów jakie Beatlesi kiedykolwiek napisali. Forma kompozycji, instrumentacja, cytat z hymnu Francji, chórki, brzmienie instrumentów, wszystko tu jest absolutnie idealnie wymyślone. Ciekawe, że w chórkach Beatlesów wspomagali inni znani i cenieni w tym czasie muzycy, jak choćby Rolling Stonesi. Finał jest naprawdę ciekawy. Na tle powtarzanego motorycznie przez chórek tytułu piosenki, przez chwile słychać grającą w klasyczny barokowy sposób trąbkę, która za moment ustępuje swingującej orkiestrze. Bogactwo środków i brzmień, zlepionych przez geniuszy...

Okładka

Okładka albumu jest reprezentantem tamtej hippisowskiej epoki. Kolorowo, w żywych jasnych barwach, tytuł płyty tęczowy.

W centrum stoją muzycy w kostiumach; morsa, zająca, koguta i kota. Poczucie humoru Beatlesów było nieco irracjonalne, nieco abstrakcyjne ale bardzo brytyjskie. Nie odbiegało od tego jakie kojarzymy z programów telewizyjnych lub filmów nakręconych przez trupę Monty Pythona.

Muzycy

John Lennon – gitary, wokale

Paula Mc Cartney – gitara basowa, gitary, fortepian, wokale

George Harisson – gitary, sitar, wokale

Ringo Starr – perkusja, instrumenty perkusyjne, wokale

Konkluzja

Świetny album. Ale nie byłby taki, gdyby pozostawiono go w formie w jakiej był pomyślany na samym początku, czyli jako sześcio-piosenkowy soundtrack. Natomiast dodanie do niego kilku utworów pochodzących z singli wydanych w tym samym roku, uczyniło z niego prawdziwą perełkę.

Szkoda tylko, że nie znalazł się na nim jeszcze jeden singlowy hit z tego okresu, a mianowicie „Hey Jude”.

Tak czy owak album w ostatecznej postaci jest pozycją uznawaną za jedno z najważniejszych dzieł w historii rocka, a w szczególności płytą, która oddawała atmosferę epoki Dzieci Kwiatów.

Kolorowo, eksperymentalnie, hipnotycznie, tajemniczo. Wszystkie te określenia doskonale oddają klimat albumu.

Z drugiej strony szkoda, że Beatlesi nie byli jeszcze gotowi na wydanie dwupłytowego albumu. Wyobrażacie sobie jakie wrażenie wywołałby taki album, w którego skład wszedłby cały materiał z „Magical Mystery Tour” i „Sgt. Peppers Lonely Hearts Club Band” ?

Mogłaby to być niemal płyta wszech czasów...

 

Marek „Maro” Kulesza

Odpowiedz