Przejdź do treści
Wczytuję...

PINK FLOYD

Something with HTML textformat

A  także kilka innych zespołów, które fascynowały mnie w latach 70-tych

Muzyczna Podróż – Ciąg dalszy

Po skrótowym przedstawieniu historii kilku popularnych w latach 70-tych gatunków muzycznych takich jak glam rock i disco, powracam do opisania mojej muzycznej podróży. Do okresu kiedy mój gust kształtował się pod wpływem kolejno słuchanych płyt, audycji radiowych lub muzyki przegrywanej z magnetofonu na magnetofon, co wtedy było jedną z najczęstszych metod zdobywania nowych nagrań. Niekoniecznie nowych na muzycznym rynku, ale nowych dla mnie, bo wcześniej nie słyszanych.

W moich wspominkach doprowadziłem czytelników do schyłku lat 70-tych. Opisałem wiele zespołów, które z różnych powodów były dla mnie najważniejsze i których twórczość w większości przypadków towarzyszyła mi przez następne dekady. Do dzisiaj są dla mnie wykładnią doskonale skomponowanej muzyki. I nadal robią na mnie wrażenie.

Pominąłem jednak wiele zespołów, które przecież były nie mniej zasłużone dla rozwoju poszczególnych odmian rocka, ale z różnych powodów nie do końca do mnie trafiały. Często nie zawsze rozumiałem ich podejście do samej muzyki jako takiej, często także coś przeszkadzało mi w ich brzmieniu.

Najczęściej jednak powód był całkiem inny i bardzo prozaiczny. Brak szerokiego dostępu do nagrań. Przypomnę, że w tamtych czasach o płyty nie było łatwo. O niektóre nawet niezwykle trudno, a była także cała masa artystów, których nagrania były właściwie niemożliwe do zdobycia. Nie należeli do grupy popularnych wykonawców wśród polskiej publiczności i siłą rzeczy mało kto miał ich winyle lub choćby nagrania na taśmach szpulowych, kasetach itp.

Dzisiaj taka sytuacja wydaje się wręcz niemożliwa. Szczególnie młodzi ludzie mogą się dziwić moimi ówczesnymi „szarpaninami” mającymi na celu poszerzanie muzycznych horyzontów. Dzisiaj wystarczy uruchomić odpowiednią wyszukiwarkę internetową i dostęp do większości nagrań (nawet tych sprzed 50-ciu i 60-ciu lat) uzyskuje się błyskawicznie.

Trochę zazdroszczę młodym tego komfortu. Ale z drugiej strony nie do końca. Młodsze pokolenia zapewne nie zrozumieją jakie emocje towarzyszyły moim poszukiwaniom. Nie pojmą również uczucia radości i satysfakcji kiedy udawało mi się w końcu, często po długich miesiącach poszukiwań, znaleźć to co było obiektem mojej ówczesnej fascynacji.

 

W mojej muzycznej podróży po świecie muzyki były zespoły, które uważałem za interesujące ale nie weszły do mojej ścisłej czołówki ulubieńców. Mimo, że moje zainteresowanie nimi wynikało z możliwości posłuchania (i zarejestrowania na magnetofonie) kilku fenomenalnych płyt, to reszta ich twórczości nie zdołała przyciągnąć mnie na dłużej.

Były wśród nich zespoły bardzo znane do dzisiaj i mające status legend. Były i takie które znane były jedynie wąskiemu gronu fanów konkretnego gatunku.

Ale żeby być uczciwym wobec siebie i wobec naszych czytelników, muszę je również przypomnieć.

Bez tego cała ta historia mojego rozwoju i poszerzania horyzontów byłaby niepełna.

 

PINK FLOYD

Już widzę te zdumione, niedowierzające miny.

Tak. Wtedy znałem na dobrą sprawę jedynie obszerne fragmenty albumu „Dark Side of The Moon”.

Utwory „Time” i „Money” uważałem za doskonałe. Ale nikt z moich znajomych nie miał nagranej całej płyty. Pink Floyd nie był wśród nich ceniony na równi z YES czy GENESIS.

Natomiast byłem chyba jedyną (znaną mi) osobą, która weszła w posiadanie albumu „Wish You Were Here”. W dodatku stało się to trochę przypadkiem.

Mój ojciec wyjeżdżał czasem za granicę. Dla mnie było to okazją do wzbogacenia kolekcji płyt. Nie zawsze się to udawało, bo ojciec nie miał zbyt wiele czasu na chodzenie po sklepach, a ponadto cena wielu płyt po przeliczeniu na złotówki, najzwyczajniej go przerażała. Dlatego rzadko kupował mi wymarzone longplaye. Z jednego z wojaży przywiózł mi „Wish You...”. A zatem była to pierwsza płyta PINK FLOYD której mogłem posłuchać w całości.

Szczerze? Wtedy mnie rozczarowała. Owszem, uważałem że miała dobre fragmenty, ale obie suity „Shine on You Crazy Diamond” były zdecydowanie zbyt długie i przenudzone. Od razu informuję, że opis dotyczy mojego ówczesnego zdania. Z biegiem lat zmieniło się ono diametralnie...

Pamiętam, kiedy w 1979 roku Piotr Kaczkowski prezentował w kolejnych odcinkach Mini-Maxu podwójny album „The Wall”. Dopiero wtedy na serio zainteresowałem się tą muzyką. Nie tylko ja, bo chyba wszyscy koledzy jakich miałem też mieli to nagrane i wszyscy piali z zachwytu nad tym dziełem. Nawet ci którzy w ogóle nie słuchali rocka w jakiejkolwiek postaci.

Rekordy popularności bił utwór „Another Brick in The Wall”.

Również uważałem, że jest to chwytliwy i nośny kawałek, ale na tle całego materiału można go traktować co najwyżej jako przeciętny. Album zawierał znacznie ciekawsze i lepiej skomponowane „perełki”. Moje zdanie bulwersowało wtedy wielu rozmówców i bulwersuje do dzisiaj, bo nadal twierdzę to samo.

I właściwie to wszystko co wtedy wiedziałem o tym zespole. Płyt poprzedzających „Ciemną Stronę Księżyca” nie znałem bo nikt ze znajomych ich nie miał, a te które nagrali po „The Wall” wydawały mi się mało ciekawe. To również jest opinia prezentowana przeze mnie do dzisiaj...

 

KING CRIMSON

Kolejna legenda progresywnego rocka.

Pierwszym utworem tego zespołu jaki usłyszałem, było „Epitaph” pochodzące z debiutanckiego albumu. Absolutnie genialny, nastrojowy, hymniczny i monumentalny kawałek.

Za taki sam uznałem wkrótce tytułową kompozycje z tej płyty pt. „In The Court of The Crimson King”. Ten sam podniosły nastrój, piękna, gęsta aranżacja.

Ale już do „21st Century Schizoid Man” musiałem się przekonywać przez jakiś czas. No cóż, miałem wtedy pewnie ok 13-tu lat, i ten typ grania jeszcze nie do końca był przeze mnie rozumiany. Przekonywanie się do takiego brzmienia i sposobu grania nie trwało jednak długo i bardzo szybko wszystkie trzy wymienione utwory stały się jednymi z moich ulubionych.

Natomiast eksperymentalnej mini suity „Moon Child” nie pojąłem do dnia dzisiejszego. Kiedy czasem odtwarzam tą płytę, nie pomijam jednak żadnego utworu.

Do następnego albumu tej formacji dotarłem po dobrych dwóch latach.

„In The Wake of Poseidon” była logiczną kontynuacją pierwszej płyty, a niektórzy krytycy twierdzili nawet że czymś w rodzaju kopii. Rzeczywiście zarówno brzmienie jak i konstrukcje poszczególnych utworów zdają się tą tezę potwierdzać. Lubię tą płytę na równi z „In The Court...”, tym bardziej że szybko i łatwo ją przyswoiłem. Nic dziwnego. Miałem już zaprawę po próbach zrozumienia pierwszego albumu.

Potem zmienił się skład grupy. Zmieniła się także sama muzyka. Grupa coraz bardziej skłaniała się ku awangardzie. Co prawda wzbogaconej elementami rocka progresywnego i elektrycznego jazz-rocka, ale jednak była to awangarda i jeden wielki eksperyment. Dla nastolatka którym wtedy bądź co bądź byłem, było to zjawisko nie do ogarnięcia.

Na chwilę zainteresowałem się ponownie KING CRIMSON kiedy Piotr Kaczkowski zaprezentował na antenie Trójki koncertową płytę „U.S.A.”, ale ta fascynacja nie trwała długo.

Jeszcze przez wiele lat nie mogłem się przekonać do płyt takich jak „Lizard” czy „Larks' Tongues in Aspic” i „Red”.

Dopiero od niedawna mogę ich słuchać z zainteresowaniem.

 

WISHBONE ASH

Muzykę tej grupy poznałem wyłącznie dzięki Andrzejowi (mojemu starszemu bratu ciotecznemu).

Musiało to być gdzieś tak na początku 1977 roku. W czasie jednej z rodzinnych wizyt zaprezentował mi nagrania pochodzące z drugiej płyty „Pilgrimage”. Była to prezentacja nieco na zasadzie ciekawostki. I jak to bywa z ciekawostkami, nie chwyciła mnie za serce. Nie od razu.

A jednak ta muzyka gdzieś mi po głowie wciąż chodziła i w trakcie kolejnego spotkania zapytałem go czy ma jeszcze nagrane to WISHBONE ASH. Miał. W międzyczasie zgromadził także na kasetach inne płyty z pierwszych lat działalności tej formacji. Pierwszą „Wishbone Ash”, trzecią „Argus” i czwartą „Wishbone Four”.

Przez cały wieczór zdążyliśmy przesłuchać je wszystkie. I to po dwa razy. Niedługo potem przegrałem od niego wszystkie te nagrania.

To bardzo szczególna muzyka. Swoiste połączenie klimatów progresywnych ze szczyptą hard-rocka i odrobiną blues-rocka. Ujęło mnie ich brzmienie, a także niepowtarzalny swingujący feeling na którym opierała się spora część kompozycji.

Przez długi czas miałem nagrane te cztery pierwsze płyty i dopiero na początku lat 80-tych ustąpiły miejsca na kasetach moim kolejnym fascynacjom.

Słyszałem również ich następne albumy, ale już nie miały tego niepowtarzalnego uroku.

Co jakiś czas nachodzi mnie ochota, żeby znowu posłuchać WISHBONE ASH. Nie posiadam żadnej ich płyty w kolekcji, więc chyba będę musiał je w końcu kupić. Przynajmniej trzy pierwsze albumy. Te były naprawdę doskonałe.

 

KANSAS

W roku 1978 trudno byłoby wyobrazić sobie zespół mniej znany w naszym kraju niż amerykański KANSAS. A przynajmniej nikt z kim rozmawiałem go nie kojarzył.

Dzięki nieocenionemu Piotrowi Kaczkowskiemu Polska jednak dowiedziała się o istnieniu tej formacji. W jednym z Mini-Maxów, Pan Piotr przedstawił podwójny album koncertowy KANSAS zatytułowany „Two For The Show”.

Amerykański rock progresywny ogólnie rzecz biorąc, nie był u nas znany a tu taka niespodzianka. Doskonale dobrany materiał muzyczny a w dodatku perfekcyjnie zagrany i równie perfekcyjnie nagrany. Ten album naprawdę robił duże wrażenie. Zresztą tak jest do dzisiaj. Każdy kto go nie znał, a ma możliwość posłuchać, dziwi się że przegapił istnienie tak dobrej „koncertówki”.

No cóż, ja ją poznałem niejako na bieżąco i do dzisiaj stanowi jedną z tych, których muszę wysłuchać w całości przynajmniej raz na kwartał. I to kilka razy. Genialna!

W rok później, również w Mini-Maxie prezentowano kolejną płytę (tym razem studyjną) pt. „Monolith”. To świetny album, chociaż być może nie robił już takiego piorunującego na polskich słuchaczach wrażenia jak płyta koncertowa. Moim zdaniem nie ustępował jej pod żadnym względem.

Niestety nadal nie było możliwe dotarcie do albumów KANSAS nagranych przed 1978 rokiem i chwilowe zainteresowanie tym zespołem jakoś się powoli zatarło.

Uczciwie przyznam, że ja również przestałem śledzić dalsze poczynania grupy. Po długich latach kiedy w polskich sklepach z płytami CD zaczęła się pojawiać cała dyskografia KANSAS nosiłem się z zamiarem kupienia kilku pozycji, ale jak to w życiu, zakup płyt innych wykonawców zawsze uznawałem za pilniejszy.

Dzisiaj trochę tego żałuję.

 

U.F.O.

Tak naprawdę poznałem ten zespół w 1979 roku.

Nagrałem z audycji Mini-Max całkiem „świeży” wtedy album koncertowy „Strangers in The Night”.

Ależ to była jazda! Typowy brytyjski hard-rock w najlepszym wydaniu. Płyta, która od samego początku, aż do ostatniego dźwięku przykuwa uwagę niemal hipnotycznie. Ma klimat podobny nieco do „Made in Japan” (Deep Purple) i „Bursting Out-Live” (Jethro Tull), a stylistycznie najbardziej przypomina chyba „Live '73” (Uriah Heep).

Tak ją wtedy odbierałem i z upływem lat nic się w tej kwestii nie zmieniło. Do dzisiaj lubię, a nawet muszę, jej posłuchać co jakiś czas. I zawsze mnie zaskakuje. Potężne brzmienie gitar, chwytliwe riffy i doskonała dynamika występu. Myślę, że ten album powinien być obowiązkową pozycją w kolekcji każdego szanującego się fana hard-rocka.

Mniej więcej w tym samym czasie krajowa firma fonograficzna Tonpress wypuściła na rynek singla z dwoma najbardziej chwytliwymi utworami UFO. Były to: „Doctor, Doctor” i „Shoot, Shoot”. Też miałem tą płytkę, ale muszę stwierdzić że w wersji studyjnej muzyka UFO nie robiła już na mnie tak dużego wrażenia jak nagrania koncertowe.

Grupa nie należała do nieznanych w Polsce, ale nie zaliczano jej do najważniejszych przedstawicieli gatunku. Mało ludzi miało ich płyty na winylu, a niewiele większa ilość dysponowała nagraniami na taśmach.

Udało mi się dotrzeć do kilku płyt nagranych pomiędzy 1970, a 1977 rokiem. Dwie, lub trzy nawet przegrałem od znajomych, ale po jakimś czasie wykorzystałem te kasety na inne, ważniejsze w moim pojęciu nagrania.

Być może niesprawiedliwie ale jednak szczerze uważam, że UFO było doskonałym zespołem koncertowym, którego magia ulatniała się w trakcie powstawania nagrań studyjnych. Nie oni jedni mieli ten problem. Historia rocka zna wiele grup, które nie potrafiły przenieść do studia energii i dynamiki z której słynęły ich występy.

 

LIVIN' BLUES

Około roku 1976, wytwórnia płytowa Polskie Nagrania wprowadziła do sklepów album tłoczony na holenderskiej licencji. Holenderska była nie tylko licencja, ale także zespół który tą płytę nagrał.

Kupiłem tą płytę trochę „w ciemno” ponieważ bardzo spodobała mi się jej okładka. Od razu skojarzyła mi się z uczciwym, męskim rockiem. Pamiętam, że ekspedientka w sklepie płytowym uświadomiła mnie, że to raczej mocne blues-rockowe granie i być może jestem nieco za młody na taką muzykę. Starała mi się w zamian zaproponować inny licencyjny album o tytule „Waterloo”. Tak, tak. Chodziło o płytę zespołu ABBA.

Rok lub dwa lata wcześniej pewnie bym skakał z radości mogąc mieć płytę Abby, ale wtedy już byłem „poważnym”, niemal dorosłym słuchaczem. W końcu miałem już te 12-13 lat. Poważny słuchacz w poważnym wieku...

Kupiłem LIVIN' BLUES, zaniosłem do domu, położyłem na talerz gramofonu i słuchałem jej z zapartym tchem. I tak przez jakieś trzy tygodnie. Na okrągło.

W tamtym okresie tak bardzo trafiała w mój gust i oczekiwania, że nie mogłem się od niej oderwać. Przede wszystkim podobało mi się brzmienie zespołu. Mocne i dynamiczne, a jednocześnie niebywale klarowne. To rzeczywiście był solidny blues-rock z niewielką domieszką hard-rocka. Samo sedno moich ówczesnych pragnień.

Po mniej więcej dwóch latach Polskie Nagrania wydały kolejny album tej grupy zatytułowany „Blue Breeze”, ale kompletnie mi się nie spodobał. To już nie to brzmienie i muzyka, która sprawiała wrażenie skomponowanej na szybko i ze zbyt dużą ilością nowoczesnych efektów studyjnych.

Chętnie wyposażyłbym się w ten świetny album koncertowy na CD, ale jest trudno dostępny. Czasem na aukcjach internetowych pojawiają się używane egzemplarze, ale sprzedający żądają za nie duże kwoty.

Szkoda.

 

FOCUS

To kolejni twórcy z Holandii z którymi miałem do czynienia.

O ile LIVIN' BLUES został dostrzeżony w Polsce za sprawą świetnej płyty koncertowej wydanej na licencji przez Polskie Nagrania, to FOCUS niemal od początku cieszył się u nas szacunkiem i czymś w rodzaju umiarkowanej popularności. Oczywiście wyłącznie wśród wielbicieli ambitniejszych odmian rocka i nigdy nie zyskał takiej sławy jak choćby YES, GENESIS czy JETHRO TULL, ale jednak wiele osób posiadało jego nagrania.

Co ciekawe, nigdy nie spotkałem wtedy nikogo, kto miałby nagrane całe płyty. I ja również miałem zaledwie kilka co bardziej znanych kawałków. Jak można się domyślać, były wśród nich takie utwory jak: „House of The King”, „Hocus Pocus”, cała suita „Eruption”, „Sylvia”, suita „Anonymus II” i „Mother Focus”.

Lubiłem muzykę holendrów z FOCUS za jej magiczną atmosferę, za świetne riffy i solówki gitarowe, a chyba nade wszystko za fragmenty w których głównym bohaterem był flet poprzeczny. I do dzisiaj je lubię. A mimo to do dzisiaj nie mam w zbiorach żadnej płyty Focus. Chodzi mi jednak po głowie pomysł, żeby w najbliższym czasie wzbogacić kolekcję moich CD o trzy, a może nawet cztery pierwsze płyty tej oryginalnej formacji.

 

RICK WAKEMAN

Nigdy nie przepadałem za solowymi płytami muzyków, którzy na co dzień występowali w dobrze znanych i cenionych zespołach. Uważałem, że zespół to jeden organizm, kolektyw, poza który po prostu nie wypada wychodzić.

Młodzieńcza naiwności... Dzisiaj patrzę na to inaczej, ale nadal wolę kiedy zespół jest zespołem a nie zlepkiem ledwo że sobą wytrzymujących indywidualności.

Pomimo moich ówczesnych poglądów na ten temat, jednak lubiłem solowe płyty WAKEMANA, który był w tamtym czasie klawiszowcem i jednym z filarów genialnej grupy YES.

Chyba pierwszą jego płytą którą usłyszałem było „Criminal Record” z 1977 roku. To trochę inna muzyka niż ta którą tworzył w YES, ale z jakiegoś powodu bardzo mi się podobała. Na tyle, że w stosunkowo krótkim czasie miałem nagrane na kasetach także: „The Six Wives of Henry VIII” (1973) i „Journey to the Centre of the Earth” (1974). Każda była nieco inna, każda mnie wciągała w tajemniczy świat dźwięków tworzonych przez WAKEMANA, ale na tych trzech płytach zakończyłem swoją edukację dotyczącą całej jego twórczości.

 

TANGERINE DREAM

No tak. Nie mogło w tym zestawieniu zabraknąć reprezentantów muzyki elektronicznej, czy „elektronicznego rocka” jak wtedy określano dzieła niemieckich wirtuozów syntezatorów.

Pomiędzy 1976 a 1977 rokiem słyszałem kilka ich płyt. Między innymi: „Phaedra”, „Rubycon”, „Ricochet” i „Stratosphear”, ale jedynie fragmentarycznie i bez większych emocji. Zdecydowanie wolałem brzmienia zespołów, które opierało się na gitarach. Niektóre z nich używały także syntezatorów lub organów hammonda, jednak towarzyszyły im przynajmniej perkusja i gitara basowa.

TANGERINE DREAM wydawało mi się zbyt kliniczne i zbyt futurystyczne.

Przełom nastąpił w 1978 roku, kiedy usłyszałem płytę „Cyclone”. Odtworzył mi ją mój brat cioteczny i wrażenie było dosłownie piorunujące. Tak bardzo, że jeszcze tego samego dnia przegrałem ją od niego na kasetę.

Brzmienie, struktura utworów i śpiew wokalisty grającego także na kilku instrumentach w tym na flecie, wciągały mnie głęboko niczym w świat znajdujący się po drugiej stronie lustra. Tak się czułem słuchając tej płyty. Późniejsze albumy „Force Majeure” i „Tangram” również wzbudziły moje zainteresowanie, ale już nie w tym stopniu co „Cyclone”. Nie miały w sobie tego powiewu nowatorskiej świeżości.

„Cyclone” jest jedyną płytą TANGERINE DREAM którą mam na CD. Zastanawiałem się także nad kilkoma innymi, ale chyba już na zawsze pozostanę tylko przy tej...

 

 

I pozostali INNI

 

Było jeszcze kilka innych zespołów, które lubiłem ale nie słuchałem ich zbyt długo. W dodatku znałem tylko po kilka najbardziej znanych utworów jakie nagrały.

Wśród nich byli między innymi:

THE ANIMALS

THE YARBIRDS

THE KINKS

SMALL FACES

 

Zapewne wielu czytelników dziwi, że w mojej wędrówce po wspomnieniach dotąd nie wymieniłem kilku nazw, które do dzisiaj są bardzo znane. Nie opisałem zespołów uważanych za twórców przełomowych i kultowych.

Żeby być uczciwym wobec czytelników, śpieszę z wyjaśnieniem że opisuję wszystko w dokładniej kolejności w jakiej rodziły się moje fascynacje muzyczne.

Grupy w rodzaju:

THE BEATLES i THE ROLLING STONES w tamtym okresie nie robiły na mnie wrażenia. Znałem całkiem sporo ich nagrań, ale ten rodzaj muzyki jakoś przechodził mimo moich uszu.

Na JANIS JOPLIN, JIMI HENDRIXA, THE DOORS i THE WHO jeszcze nie byłem wystarczająco gotowy.

Ale w przyszłości i to bardzo bliskiej, miało się to diametralnie zmienić.

Przyjdzie więc czas i na te grupy...

 

Marek „Maro” Kulesza

 

 

 

 

 

 

 

 

Napisz komentarz