Przejdź do treści
Wczytuję...

Something with HTML textformat

Lata 80-te Zmierzch ambicji

  Wszyscy, którzy do tej pory mniej więcej śledzili moje teksty dotyczące fascynacji kolejnymi zespołami, być może dostrzegli pewną prawidłowość. Niemal wszystkie zaprezentowane dotychczas grupy, przeżywały kompletną zapaść swoich twórczych ambicji w latach 80-tych.

Jak do tego mogło dojść?

Latami zachodziłem w głowę, co takiego się wydarzyło, że formacje specjalizujące się w bardzo ambitnej, wysublimowanej muzyce skierowanej do wymagających, wyrafinowanych słuchaczy, w pewnym momencie gdzieś się pogubiły.

I czy rzeczywiście musiało do tego dojść?

Spróbuję w tym artykule przybliżyć czytelnikom, jak wyglądała ogólna sytuacja na rynku muzycznym w połowie lat 70-tych i jak to mogło wpłynąć na następne półtorej dekady.

Ale historia zaczęła się trochę wcześniej.

II Połowa lat 60-tych. Narodziny ambitnych gatunków

  Pod koniec lat 60-tych XX wieku, sytuacja wyglądała nadzwyczaj rozwojowo i postępowo.

Od kiedy zespół The Beatles ostatecznie zarzucił występy na żywo, postanowił rozpocząć nowy etap swojej twórczości, polegający na pracy w studio i tworzeniu kompletnie nowej muzyki.

Skąd taka decyzja? Dzisiaj może się wydawać śmieszna, ale wtedy dla nich problemem było to, że kompletnie nie słyszeli się nawzajem podczas koncertów. Jakby nie kombinowano z ustawieniami wzmacniaczy i głośników odsłuchowych, i tak publiczność ( głównie żeńska) swoim piskami uwielbienia skutecznie wszystko zagłuszała. Wystarczy posłuchać jakiegokolwiek bootlegowego nagrania z ich występu, żeby zrozumieć w czym tkwił problem. Słychać bardzo nierówno grający zespół, momentami lekko fałszujący, a i tak dźwiękiem dominującym jest właśnie pisk i wycie widowni.

Kiedy już podjęli w/w decyzję, która z pewnością do łatwych nie należała, szczególnie dla tak popularnego zespołu, zerwali nie tylko z koncertowaniem. Ostatecznie zmienili także styl ubiorów i przede wszystkim samą muzykę. Sposób podejścia do jej komponowania i nagrywania. Skoro tworzyli utwory wyłącznie przeznaczone do umieszczania na płytach, nie było już konieczności konstruowania piosenek, które trzeba by było umieć zagrać na żywo. Mogli eksperymentować do woli. Kombinować z taśmami, instrumentami. Nagrywać wszystko „od tyłu”, ciąć taśmy i kleić ponownie na chybił-trafił, a następnie efekt powstały w taki oryginalny sposób, wklejać w wybranym fragmencie utworu.

Stali się grupą zdecydowanie psychodeliczną, która jednocześnie poważnie przyłożyła się do powstania i ewolucji art-rocka (rocka progresywnego).

O ile album „Revolver” z 1966 roku był pierwszą płytą nagraną według nowej wizji, to nadal jednak słychać było na nim sporo dawnego ducha muzyki The Beatles. To był tylko pierwszy, jeszcze dość nieśmiały krok w przyszłość. Chociaż utwór kończący tą płytę „Tomorrow never knows” należy do ich najbardziej eksperymentalnie zaawansowanych nagrań. Można śmiało postawić tezę, że bezpośrednio wpłynął na wiele nowych zespołów, i na dalszy rozwój stylu psychodelicznego na świecie.

Następne dwa albumy to już ikoniczne legendy. Oba nagrane i wydane w 1967. „Sergeant's Pepper Lonely Hearts Club Band”, oraz „Magical Mystery Tour” wytyczyły kierunek wykonawcom spod znaku Flower Power (Dzieci Kwiatów, czyli Hippisów) a także zadziałały na wyobraźnię tych, którzy postanowili łączyć stylistykę rockową z ambitnym podejściem do tworzenia całkowicie nowych pomysłów z pogranicza jazzu, muzyki klasycznej czy folkowej. W dodatku suto okraszonych gęstą atmosferą psychodelii.

Gdyby nie rok 1967 i te dwie płyty The Beatles, gdyby nie pierwsze albumy wydane przez PROCOL HARUM i THE MOODY BLUES zapewne nigdy nie powstałyby grupy, które rozwijały art-rocka w samej końcówce lat 60-tych i przez niemal całe 70-te.

Pozwolę sobie przypomnieć czytelnikom nazwy w rodzaju: King Crimson, Yes, Emerson Lake & Palmer, Genesis, Jethro Tull, Pink Floyd. To one przejęły wkrótce pałeczkę i „rządziły” przez kilka następnych lat.

Art-Rock nazywany później rockiem progresywnym odznaczał się dużym stopniem skomplikowania jeżeli chodzi o kompozycje, oraz niezwykle wysokim poziomem opanowania instrumentów przez muzyków.

Inny gatunek który ewoluował od około 1967 roku, to ciężko brzmiący Blues-Rock, który wkrótce przerodził się w Hard-Rock. Bez drugiej płyty supergrupy CREAM „Disraeli Gears”, oraz pierwszej Jimiego Hendrixa „The Jimi Hendrix Experience”, raczej nie powstałyby grupy takie jak: Led Zeppelin, Deep Purple, Black Sabbath, Aerosmith itp.

Zespoły hard-rockowe także nie zamierzały schlebiać tanim gustom, i również tworzyły muzykę skierowaną do osłuchanej publiczności.

Okres 1969 – 1978 to czasy, kiedy muzyka twórców art-rockowych i hard-rockowych ewoluowała w coraz trudniejsze w odbiorze, coraz bardziej skomplikowane i wymagające od słuchacza coraz większego skupienia obszary muzyczne.

Nie jest żadną tajemnicą, że dla niektórych fanów gatunku, powoli stawało się to coraz trudniejsze do przyswojenia.

Oczywiście lata 70-te proponowały także rozliczne gatunki dla słuchaczy mniej ceniących wirtuozerię, czy zaawansowanie kompozycyjne. Nie chodzi mi tylko o DISCO, które wielkie triumfy święciło od ok. 1975 roku, ale także o czysto rockowe, proste granie, którym był GLAM-ROCK reprezentowany przez: Garry'ego Glittera, Sweet, Slade, Mud, T.Rex, Suzi Quatro.

Do czego zmierzam? Otóż twierdzę, że ówcześnie oferta rynkowa zapewniała znalezienie „własnej” muzyki do słuchania, dla absolutnie każdego. Ergo; było wystarczająco dużo miejsca dla zespołów tworzących muzykę różnego rodzaju. Od łatwej, lekkiej i przyjemnej, poprzez różne pośrednie poziomy, aż do wysublimowanych dzieł, niekiedy ocierających się o czystą awangardę.

Co by nie mówić, trzeba jednoznacznie przyznać, że wtedy więcej było w obiegu muzyki stosunkowo ambitnej w porównaniu do lżejszych gatunków.

1975 – Zapowiedź zmian

  Spora część młodszej publiczności, nie przygotowana, lub zgoła nierozumiejąca rzekomego „nadęcia i bufonady” art-rockowych formacji, pragnęła czegoś innego. Czegoś prostego, odrobinę brudnego i brutalnego, ale zdecydowanie rockowego. I tak światło dzienne ujrzały nowo powstające na masową skalę grupy PUNK-ROCKOWE.

W USA to zjawisko pojawiło się już w 1975 roku, w Wielkiej Brytanii i Francji rok później.

Wszystkie te zespoły grały nieporadnie, amatorsko, brudno i niezwykle się tym szczyciły. Bo to je ewidentnie odróżniało od mega-gwiazd progresywnych i hard-rockowych.

Ponadto były buńczuczne, bunt miały wpisany w manifest działalności. Były krytyczne w stosunku do norm społecznych, ustrojów politycznych, religii i wszystkiego co tylko możliwe. A co najważniejsze, nie bały się tego wykrzyczeć w tekstach piosenek. Nie liczyły się z nikim i niczym.

To była rewolucja w branży muzycznej. Nie tylko rewolucja, a wręcz REWOLUCJA. Ponieważ dotyczyła również daleko idących zmian w modzie, obyczajowości i światopoglądzie młodych ludzi.

Wcześniej hippisi również negowali niemal wszystko co ich pokolenie zastało, ale był to opór bierny, lub wręcz odsuwanie się od społeczeństwa i ucieczka do różnych hippisowskich komun mieszkających na farmach odseparowanych od świata. Spora część z nich uciekała w inny świat. Świat narkotyków. Dla wielu nie było już potem szans na powrót do rzeczywistości.

Natomiast pokolenie punkowe stawiało na opór aktywny, zdecydowany i twardy. Zero kompromisu.

Jeżeli zaś chodzi o samą muzykę, to dla kapel punk-rockowych obowiązkowym czasem trwania nagrania były 2-3 max.4 minuty. Struktura tych utworów była woltą wykonaną w stronę pierwszej połowy lat 60-tych. Ot prosty schemat: wstęp, zwrotka, refren, zwrotka, refren, zwrotka, refren, refren, finał. Dokładnie tak kiedyś tworzyli: The Beatles, Rolling Stones, The Who, The Kinks, The Troggs, The Animals.

Czy młodzież punkowa była zafascynowana muzyką z wczesnych 60-tych? Nie do końca. Po prostu przyjęła struktury kompozycji, po części brzmienia i czas trwania piosenek z tamtego okresu.

Ale wszystko to robiła po swojemu, nadając temu całkowicie nową wartość.

Dla tego artykułu najważniejsze jest jednak coś innego.

1976-1978 – Zmiany stają się faktem

  Wytwórnie fonograficzne, początkowo ignorujące, a nawet wręcz odżegnujące się od zespołów punk-rockowych, w bardzo krótkim czasie odkryły, że mogą one być kolejną żyłą złota. Jak do tego doszły? Zauważyły, że single nagrywane najczęściej własnym sumptem przez te nowe zespoły i rozprowadzane w niezależnych sklepach płytowych, rozchodzą się jak przysłowiowe ciepłe bułeczki. Wystarczyło jeszcze przeprowadzić uczciwe badania rynku, żeby potwierdzić, że te nagrania są bardzo poszukiwane. I machina ruszyła. Rozpoczęło się polowanie na młode zespoły, próbując je ściągnąć za wszelką cenę do swoich studiów nagraniowych, a następnie promować i wydawać ich albumy. Niektóre się na to zgodziły a niektóre nie, ale o tym napiszę w przyszłości osobny artykuł.

Wraz z polowaniami na nowych artystów, wytwórnie nieco zaniedbywały tych starszych, o których sądziły, że ich czas już się kończy. Powoli upowszechniało się obiegowe twierdzenie, że ambitne, wielowarstwowe, rozbudowane i długie formy, nie są cenione wśród młodego pokolenia.

Być może było w tym sporo prawdy. Częściowo winę za taką sytuację ponosili sami progresywni twórcy, których wraz z biegiem lat coraz bardziej ponosiło. Niektóre zespoły oddalały się coraz bardziej od bądź, co bądź rockowej publiczności, komponując coraz bardziej zawiłe rzeczy.

Tak czy siak, druga połowa lat 70-tych, a w szczególności okres 1977-80 należał głównie do kapel punkowych i rodzącej się właśnie NEW WAVE (Nowej Fali).

Niektóre stare zespoły hard-rockowe i progresywne, albo zakończyły działalność w tamtym czasie, albo postanowiły nieco uprościć swoją ofertę.

Zwróćcie uwagę, że do roku 1980 przestały istnieć King Crimson (na jakiś czas), Emerson Lake & Palmer, Deep Purple, Led Zeppelin, Black Sabbath (w swojej dotychczasowej formie) a Yes, Jethro Tull i Genesis powoli osuwały się w coraz mniej ciekawą i coraz prostszą formę wypowiedzi muzycznej.

I tu rodzi się pytanie, czy rzeczywiście zaistniała taka potrzeba?

Bo patrząc na historię muzyki, to jednak w latach 80-tych ważną część rynku muzycznego zajęły: Marillion, Iron Maiden i podobne zespoły kontynuujące tradycję ambitnego rocka progresywnego i nowej odmiany hard-rocka, nazwanej heavy-metalem. I cieszyły się niewiarygodną wręcz popularnością. A zatem grunt dla dobrej muzyki jednak nadal istniał.

Myślę, że niektóre zespoły przestawiając się na łatwiejsze granie, nieco się pośpieszyły. A w dodatku te zmiany spowodowały odejście olbrzymiej grupy starych fanów. Tak było szczególnie w przypadku Genesis i Yes oraz Jethro Tull. Kolejne coraz słabsze albumy skutecznie niszczyły ich niegdysiejszą legendę. A skoro takie „tuzy” odpuściły, to i naśladowców było zdecydowanie mniej niż mogłoby być, gdyby jednak postanowiły trwać przy swoim dotychczasowym stylu.

Jedną z niewielu grup, które mimo wszystko utrzymywały, stały, obrany przed laty kurs, byli Pink Floyd. Chociaż i ich spotkał potężny kryzys, ale przynajmniej nie był spowodowany zmianą muzycznej orientacji.

1980-1989 Epoka kiczu

Ci z czytelników, którzy dobrze pamiętają lata 80-te, potwierdzą, mam nadzieję, moją opinię.

Od niemal samego początku tamtej dekady zaczął królować wszechobecny kicz.

Pojawiły się nowe style w rodzaju New Romantic, Modern Romantic, które właściwie ocierały się o zwykłą muzykę Pop, nie oferując niczego poza umiarkowanie zgrabnymi, melodyjnymi piosenkami, traktującymi głównie o miłości (zazwyczaj zawiedzionej). Z tego nurtu obronną ręką wyszli chyba jako jedyni Depeche Mode. Ich pierwsza płyta niczym nie różniła się od reszty propozycji tego gatunku, ale każda kolejna zapowiadała postępujące zmiany. I w efekcie zapisali się w historii muzyki jako raczej istotny zespół.

A w kategorii Pop rywalizację rozpoczęły gwiazdeczki w rodzaju Samanthy Fox, czy Sabriny. Było takich grube dziesiątki, ale dzisiaj mało kto o nich pamięta. Pojawiały się co chwilę nowe zespoliki, często utworzone przez wytwórnie fonograficzne. Na ogół projekty takie polegały na wyszukaniu kilku bardzo przystojnych młodzieńców i stworzeniu im odpowiedniej legendy. Częściej niż to może się wydawać, tacy przystojniacy byli jedynie twarzami produktu, który wykonał ktoś inny. Zarówno muzyka, tekst, jak i dokonanie nagrań (także wokalu) były dziełem zawodowych muzyków sesyjnych. A to czy „gwiazda” w ogóle potrafiła śpiewać? Kogo to obchodziło? Ważne, żeby produkt się sprzedawał, a w razie czego i tak ewentualne koncerty będą się odbywały z play-backu. Ten typ nowych pseudo-wykonawców miał oszołomić nastolatków. Dla chłopców w wieku 11-15 lat, dobrą propozycją miały być owe Sabriny, Samanthy czy Sandry. A dla wpatrzonych w cukierkowych przystojniaków dziewczyn, wytwórnie przygotowały ofertę w rodzaju: Kajagoogoo, Milli Vanilli, Modern Talking, Bad Boys Blue, Culture Club i całą rzeszę im podobnych.

Zalew takiej mało istotnej i szybko przemijającej muzyki był w latach 80-tych tak wielki, że w tym ogromie niemal całkowicie tonęły wartościowe propozycje.

Co prawda olbrzymi rozkwit przeżywał heavy-metal, wczesny punk został zastąpiony przez ostrzejsza odmianę hardcore punk, a także pojawił się trash-metal, ale te style pomimo momentami znacznej popularności, stały się po trosze nurtami nieco niszowymi. W znacznie większym stopniu niszowymi, niż ambitne formacje sprzed dekady.

Zresztą nawet w samym heavy-metalu, nadal utrzymującym kult wirtuozerii, szybko pojawiały się zespoły grające bardzo uproszczoną wersję tego gatunku. Głównie w Stanach Zjednoczonych dużą popularnością cieszyły się grupy w rodzaju: Motley Crue, Bon Jovi, Van Halen. W Wielkiej Brytanii za ich odpowiednik można by uznać np. Def Leppard.

Perełki” lat 80-tych

Musimy być uczciwi i przypomnieć, że w latach 80-tych pojawiło się także trochę wyjątkowo wartościowych grup. Przypomnę choćby: The Police, U2, Motorhead, Judas Priest, The Cure, The Cult, The Mission, The Smiths, Iron Maiden, Dire Straits i jeszcze kilka/kilkanaście innych.

Ale, żeby być jeszcze bardziej uczciwym, poinformuję ewentualnych niezorientowanych, że wszystkie wymienione zespoły zaczynały występy (niektóre zdążyły nawet wydać jedną lub więcej płyt) jeszcze w latach 70-tych.

Ale i całkowicie nowe zespoły, które zawiązały się już w latach 80-tych, zaatakowały wtedy rynek muzyczny. Należały do nich choćby: Metallica, Slayer, Megadeth czy Guns'n'Roses.

Konkluzja

Czym lata 80-te różniły się od okresu 1967-1980? Tym, że większość produkcji muzycznej była nastawiona na masową sprzedaż płyt klientom, którzy nie należeli do wymagających. Wystarczył skoczny rytm i elektronicznie bełkocące brzmienia syntezatorów, często wspomagane przez automat perkusyjny, błyszczące ciuchy wykonawców oraz ich wymyślne fryzury i od czasu do czasu także łzawy utwór miłosny, żeby zaspokoić potrzeby słuchacza masowego.

To co wartościowe, ponadczasowe i oryginalne przestało mieć dotychczasowe znaczenie.

Słupki sprzedaży, obrót, kasa i wyciskanie z wykonawcy ile tylko się da, zaowocowały ostatecznie tym, że według wielu krytyków, fanów, jak również według mnie, lata 80-te to jeden z najgorszych okresów w historii muzyki. W ogromnej przewadze królował kicz, „plastik” i sztuczność.

Na szczęście przełom lat 80-tych i 90-tych przyniósł kolejną gitarową rebelię.

Ale o tym kiedy indziej...

Marek „Maro” Kulesza

 

Odpowiedz