Przejdź do treści
Wczytuję...

Powrót MONO?

Something with HTML textformat

 

Przenośne głośniki Bluetooth

 

Z góry informuję, że ten Felieton nie dotyczy zagadnień związanych ze słuchawkami wykorzystującymi Bluetooth

 

Od pewnego czasu obserwuję rosnącą popularność mobilnych głośników wyposażonych w odbiorniki Bluetooth. Na rynku dostępny jest szeroki wachlarz urządzeń tego typu. Dowolnie można sobie wybrać kształt, kolor i moc muzyczną. W kształcie tuby, piramidy, wzmacniacza gitarowego i co kto sobie tylko wymarzy.

Zdarzało mi się jakiś czas temu brać udział w pracach przygotowujących do otwarcia nowe sklepy należące do sieci ogólnoprzemysłowych, wielkopowierzchniowych outletów. Dwa różne sklepy, dwie różne sieci. I dwie różne ekipy. Pod każdym względem.

Za każdym razem, w trakcie długotrwałych i nużących prac pojawiał się jednak jeden element wspólny. Zawsze znalazł się ktoś, kto żeby umilić pracę sobie i innym, przynosił ze sobą przenośny głośnik Bluetooth.

Czasem były to niewielkie urządzenia, których dźwięk ginął w wielkiej hali, a czasem solidne, znacznych rozmiarów walcowate monstra, które wypluwały z siebie zaskakujące ilości decybeli. Oczywiście ich właściciele uruchamiali je, łącząc się z nimi używając smartfonów.

Tak najłatwiej i najszybciej.

Można także łączyć się z nimi z użyciem tabletów lub laptopów, o ile posiadają one wbudowany nadajnik Bluetooth.

Wtedy przyszło mi do głowy pewne skojarzenie.

Jak łatwo zauważyć takie przenośne „speakery” mogą pełnić, a w zasadzie już pełnią dokładnie taką samą rolę jak kiedyś małe tranzystorowe radyjka, a następnie radiomagnetofony. I jedne i drugie świetnie sprawdzały się zarówno na wakacyjnych wyjazdach, jak również w domu. Często były jedynym domowym źródłem słuchania muzyki, wiadomości etc. Czasy kiedyś nie były łatwe, więc nie ma się co dziwić.

 

Teraz sytuacja materialna społeczeństwa zmieniła się zasadniczo. Z pewnością nie wszyscy, ale jednak większość obywateli dysponuje wystarczającymi ilościami gotówki, by mieć w domu sprzęt, który można jednoznacznie określić jako „domowe audio”. Nawet jeżeli jest to tanie Kino Domowe, to i tak posiada możliwość lepszego lub gorszego odtwarzania muzyki w trybie stereo.

Czy jest coś, co łączy dawne radiomagnetofony, które zwiedzały z nami świat, z tymi nowymi głośnikami zaopatrzonymi w połączenie Bluetooth?

Oczywiście.

Bo jednak nie wszystkich stać na uczciwe domowe stereo. I podobnie jak niegdyś dla wielu ludzi radiomagnetofony, czy małe murarskie radyjka, tak teraz dla części kolejnego pokolenia głośniki Bluetooth stanowią jedyne urządzenie służące do słuchania muzyki. Z przyczyn czysto ekonomicznych.

Ale istnieje cała rzesza ludzi, którzy wcale nie mają zamiaru wyposażać się w żadne poważne instalacje. Mimo, że byłoby ich stać na coś przyzwoitego. Absolutnie wystarczy im Tuba, czy imitacja gitarowego pieca. W domu i na wyjeździe.

Uniwersalne audio przenośne jest wszystkim czego potrzebują. A te głośniki im to gwarantują.

Tyle, że obarczone są pewnymi wadami.

Po pierwsze jakość dźwięku przesyłanego poprzez Bluetooth ma pewne ograniczenia. A to powoduje, że sygnał nie jest tak czysty jak w przypadku przesyłu przez przewód.

Właściwie wszystko wydaje się jak najbardziej w porządku. Jest dynamika, jest niezła rozdzielczość i nasycenie barw. Ale jeżeli przeprowadzimy bezpośrednie porównanie pomiędzy przesyłem dźwięku przez kabel a po chwili posłuchamy tego samego materiału z pomocą połączenia Bluetooth, to niejednemu słuchaczowi zapewne zrzednie mina. Mam na myśli słuchaczy, którzy twierdzą, że wszystko jedno jaką drogą przesyła się sygnał zawierający informacje muzyczne.

 

Rzecz jasna trudno taki porównawczy test przeprowadzać z udziałem któregoś z wcześniej wspomnianych głośników przenośnych. Można go jednak przeprowadzić przy użyciu jakiegoś bardziej zaawansowanego sprzętu. Choćby któregoś ze współcześnie produkowanych stacjonarnych wzmacniaczy stereo. Niektóre z nich oprócz szeregu klasycznych funkcji, mają także wbudowany odbiornik Bluetooth. Jak znaczna jest różnica w brzmieniu, można zrozumieć w najprostszy z możliwych sposobów. Wystarczy do odtwarzacza CD włożyć jakąkolwiek w miarę dobrze zrealizowaną płytę. Tą samą płytę znaleźć na którymś z portali internetowych będących serwisami muzycznymi. Mam na myśli te ogólnodostępne, bezpłatne serwisy.

Dobrze jest rozpocząć odtwarzanie najpierw jednego standardu, a w chwilę potem drugiego.

Zasada jest następująca: najpierw słuchamy muzyki przez moment np. płyty z odtwarzacza, a po chwili przełączmy się na odtwarzanie z odbiornika Bluetooth.

Kilka razy miałem możliwość słuchania takich bezpośrednich porównań. Za każdym razem różnica była na tyle wyraźna, że nawet osoby twierdzące jakoby nie posiadały słuchu niemal wcale, odczuwały nieco gorszą jakość dźwięku poprzez Bluetooth.

Co prawda takie różnice występują wyraźniej, im lepszej (wyższej) klasy jest sprzęt na którym dokonuje się testu porównawczego, ale nawet na stosunkowo niedrogich klockach rozbieżność jakości jest już zauważalna.

 

Nie zamierzam nikogo przekonywać na siłę, że mimo wszystko standard Bluetooth jest gorszym sposobem na słuchanie muzyki, niż klasyczne połączenie kablami. Jeżeli ktoś zechce, być może kiedyś spróbuje sprawdzić to sam.

Poza tym oprócz bezpłatnego dostępu do muzyki z internetu, zawsze można skorzystać z portali płatnych, które oferują dźwięk o lepszej jakości. To ostatnie rozwiązanie polecam osobom, które zamierzają słuchać w ten sposób muzyki w domu, łącząc w miarę przyzwoity domowy sprzęt audio z jakimś niezłym, również stacjonarnym odbiornikiem Bluetooth. Różnice dźwięku pomiędzy płatnymi i bezpłatnymi serwisami stają się wtedy wyraźne.

 

Natomiast tytuł tego felietonu dotyczy czegoś innego.

Jest to zapytanie, czy obecnie obserwujemy coś w rodzaju powrotu do trybu MONO.

Tyle, że jest to zapytanie nieco przewrotne. Bo nie chodzi mi o klasyczne MONO znane z zamierzchłych czasów sztuki audio.

Mam na myśli fakt, że słuchanie muzyki z urządzenia, które nawet jeżeli ma kilka zamontowanych membran, to są one położone tak blisko siebie że różnice pomiędzy kanałem lewym i kanałem prawym całkowicie zanikają. Jeżeli słuchamy takiego urządzenia z pewnej odległości np. z 2-3 metrów, to efekt stereofonii właściwie przestaje istnieć. Słychać stereo jedynie w przypadku, kiedy przybliżymy głowę bardzo blisko takiego urządzenia ( i pośrodku jego szerokości...)

Takie właśnie są przenośne głośniki Bluetooth.

Niektóre z nich można łączyć w pary, czwórki lub nawet większą ilość i w ten sposób uzyskać prawdziwy dźwięk stereofoniczny.

Ale jeżeli posługujemy się tylko jednym, to trudno nam będzie ocenić inwencję reżyserów dźwięku, którzy pracowali nad słuchanymi przez nas nagraniami. A aspekt efektów stereofonicznych jest dla nich sprawą arcyważną. Bez nich, bez tego wyraźnego rozdziału pomiędzy akcją dziejąca się w poszczególnych kanałach, większość legendarnych płyt nigdy nie stałaby się legendami.

Osoby używające przenośnych głośników Bluetooth jedynie okazjonalnie mają tego świadomość.

Na wakacjach, lub w pracy (jeżeli warunki i pracodawca na to zezwalają) korzystają z tych urządzeń na identycznej zasadzie, na jakiej kiedyś korzystano z małych „murarskich” radioodbiorniczków, czy później radiomagnetofonów mono lub stereofonicznych.

W domu i tak na ogół wolą słuchać muzyki z klocków poważniejszych. Wzmacniaczy, kolumn itp. To jest grupa słuchaczy "uświadomionych stereofonicznie".

 

Natomiast osoby, które na co dzień słuchają wyłącznie bluetoothowych, mobilnych, samograjów, często nawet nie uświadamiają sobie, że dźwięk docierający do ich uszu, to właściwie MONO.

Co z tego, że te głośniki są tak zaprojektowane, żeby uwodzić dynamiką, nasyceniem górnego i dolnego skraju, czyli oszołomić spektakularnością brzmienia skoro nie bardzo da się w nich usłyszeć to, co w materiale muzycznym (nieważne jaki to gatunek muzyki) jest niezwykle istotne.

Nie da się usłyszeć rzetelnej stereofonii.

A sokoro tak, to trudno także zachwycać się doskonałymi realizacjami.

Na szczęście, lub na nieszczęście (jak kto woli to nazwać) użytkownicy takich sprzętów, traktujący je jako stałe i jedyne źródło muzyki, nie traktują tej muzyki zbyt poważnie. Chodzi jedynie o to, żeby coś grało. Czasem cicho i szemrząco, a czasem całkiem głośno. Czasem dla poprawienia nastroju, czasem dla zabawienia towarzystwa.

Znam kilka takich osób i zauważam w rozmowach z nimi, że mówienie o ciekawych fragmentach niektórych płyt nie spotyka się z ich zrozumieniem. Nic w tym dziwnego. Nie mieli nigdy okazji usłyszeć przemieszczających się od głośnika do głośnika, zgrzytów, szeptów i pojękiwań w utworze „Whole Lotta Love” grupy Led Zeppelin. Podobnie jak nigdy nie słyszeli stereofonii niemal w pełni rozdzielonej na dwa osobne kanały, którą słychać na kilku ostatnich krążkach The Beatles.

Dla nich to po prostu jedna zwarta, zmasowana informacja dźwiękowa. I nic dziwnego skoro muzyka dobiega tylko z jednego miejsca.

 

Czyli de facto jest to Nowe MONO!

 

 

Marek „Maro” Kulesza

 

 

 

 

Odpowiedz