Przejdź do treści
Wczytuję...

Muzyka - Jakiej słuchamy i dlaczego ?

Something with HTML textformat

Każdy człowiek z czasem wyrabia własny gust.

Dotyczy to wszystkiego. Jajecznica lekko ścięta (glutowata), czy mocno wysmażona (sucha)? Więcej soli, czy więcej pieprzu?

Można mnożyć przykłady bez końca.

Z czasem, wraz z biegiem lat wyrabiamy w sobie nawyki. Wyrabiamy także preferencje dotyczące każdego aspektu naszego życia. Dzieje się to powoli. Zawsze na zasadzie prób i eksperymentów.

Nie ma ludzi, którzy twierdzą, że lubią tylko jeden sposób przyrządzania jakiejkolwiek potrawy, jeżeli nie spróbowali kilku innych.

Logiczne?

Podobnie jest ze słuchaniem muzyki.

To znaczy POWINNO być podobnie, ale niestety nie zawsze tak jest. Wszystko zależy nie tylko od nas, ale często również od środowiska w którym się obracamy. Ma ono na nas większy wpływ niż może się nam wydawać. Dotyczy to tzw. dress codu, czyli określonego sposobu ubierania się, noszenia biżuterii lub nie, fasonu czapki itp.

Zazwyczaj środowisko kształtuje nas w sposób, którego nawet nie zauważamy. Traktujemy to wszystko jako zjawisko całkowicie naturalne i oczywiste.

Niewiele osób ma w sobie siłę i potrzebę bycia kimś oryginalnym. Innym niż otaczający ich ludzie.

Jest to zrozumiałe i powszechne. Większość przedstawicieli gatunku homo sapiens ma potrzebę wpasowywania się w istniejące struktury, tradycje, społeczne umowy i tylko będąc małym fragmentem większej całości, czują się bezpieczni, szczęśliwi i normalni.

Z moich obserwacji wynika, że jeżeli ktoś wyrósł pośród ludzi słuchających np. hip-hopu, najczęściej również słucha tylko takiej muzyki. Jego sprawa.

Jeśli jednak słucha jej wyłącznie dlatego, że znajomi tego od niego oczekują, to już nie jest dobrze.

Zauważcie, że przez stosunkowo długi czas wielkomiejskie blokowiska były niejako oazą Hip-Hopu, zarówno jeżeli chodzi o zagadnienia modowe jak i czysto muzyczne.

Dalekie przedmieścia dużych miast, małe miasteczka i wioski, były z kolei od dawna ostoją Disco-Polo.

Ale w obu środowiskach egzystowali przecież także ludzie słuchający kompletnie czegoś innego niż koledzy i sąsiedzi. Jeżeli było ich więcej niż pojedynczy fan, to siłą rzeczy tworzyli małe enklawy na swoim terenie. Wyróżniali się nie tylko posiadaną płytoteką, ale także dress-codem kojarzonym z określonymi stylami muzycznymi. Miłośnicy cięższego grania (heavy-metalu, hard-rocka, trashu, death-metalu, punk-rocka) wyglądali na tle typowego blokowiska dość egzotycznie.

Długie włosy i skórzane kurtki potrafiły budzić głęboką niechęć ze strony jegomości w baseballowych czapeczkach i dresach. Niejednokrotnie dochodziło do starć. Nie zawsze tylko słownych.

Ale taka bywa cena oryginalności.

Natomiast jedno trzeba wiedzieć. Skoro pośród całej masy monotematycznych muzycznie słuchaczy, trafiały się (i nadal trafiają) jednostki pragnące słuchać kompletnie innej muzyki niż większość rówieśników, to niemal zawsze jest to rezultatem poszukiwań.

I to właśnie jest prawidłowe podejście do tematu.

Nie można się zmuszać do egzystowania z produktami, do których czujemy organiczną niechęć.

Nie tylko nas nudzą, ale również irytują, a czasem śmieszą (w tym bardzo niepozytywnym sensie).

Z biegiem lat środowiskowo-regionalny podział gustów nieco się pozacierał.

Zwróćcie uwagę, że zwłaszcza disco-polo przekroczyło granice ośrodków miejskich, i rozgościło się w nich na całego. Niewykluczone, że jest to ściśle powiązane z migracją mieszkańców wsi do dużych miast. To co jeszcze kilkanaście lat temu było uważane za marginalne zjawisko o pochodzeniu wiejskim, lub wiejsko-weselnym, teraz znalazło całe rzesze nowych fanów. W różnym wieku, o różnym pochodzeniu i wykształceniu.

Na dzień dzisiejszy jest to bodaj najpopularniejszy w naszym kraju styl muzyczny. Ku mojemu utrapieniu. Bo to świadczy jedynie o bardzo poważnym spadku poziomu gustu w moich współobywatelach.

Szczerze mówiąc nie dziwi mnie to aż tak bardzo. Nasza nacja nigdy właściwie nie brylowała na świecie jako reprezentanci wyrafinowanych i wysublimowanych gustów. Pod każdym względem.

Mimo to, w latach 70-tych, 80-tych i przez całe 90-te nasz gust nie był aż tak zły. Mowa wyłącznie o guście muzycznym. Dopiero potem uwyraźniło się zamiłowanie do ludycznych, amatorskich lub w najlepszym razie pół-amatorskich rozwiązań. Im prościej, im głupiej tym lepiej. Byle było melodyjnie. I cóż z tego, że melodia też nie najwyższych lotów, grunt żeby można było się przy tym pobawić. Są także tacy fani gatunku, którzy nie tylko się przy tym bawią, ale także uważnie śledzą roszady personalne w czołowych formacjach, kolekcjonują dyskografie itp.

Niby znane powiedzenie twierdzi, że „o gustach się nie dyskutuje”.

Nie zamierzam i ja dyskutować. Bardziej interesuje mnie przyczyna, aż takiego upadku.

Dlaczego ludzie starsi pokochali disco-polo? Nie wiem, ale najwyraźniej zawsze potrzebowali czegoś łatwego, prostego i nie wymagającego myślenia. Generalnie nie przywiązywali do muzyki specjalnej wagi. Ot, żeby coś grało...

Natomiast zaskakuje mnie to, że bardzo dużo ludzi młodych przyznaje się do sympatii dla tego nurtu.

Powód tego upatruję w szkolnictwie. Tak, dobrze przeczytaliście. W szkolnictwie.

Odkąd ze szkół wycofano, lub w najlepszym razie ograniczono Wychowanie Muzyczne, trudno jest dojrzewającej części populacji wytłumaczyć i pokazać różnicę pomiędzy sztuką a komercją, czy wręcz komercyjną chałturą.

Kiedyś uczono (jeszcze w Szkole Podstawowej) zapisu nutowego, odróżniania Bacha od Beethovena, a nawet śpiewu. Po 1989 wprowadzono inny rodzaj nauczania. Poprzez praktykę. Pamiętam, że w tamtym okresie niełatwo było kupić w sklepach z instrumentami urządzenie zwane fletem prostym. Każdy uczeń musiał go mieć. I coś na nim zagrać. Śpiew nadal był w programie edukacyjnym.

Potem Muzyka wyszła ze szkół.

Wkrótce potem MUZYKA (właśnie wyrażana wielkimi literami) zaczęła powoli opuszczać domy statystycznych Polaków. Domy i umysły.

Stąd to wielkie powodzenie i popularność gatunków, które ze sztuką właściwie nie mają niczego wspólnego.

Co nie znaczy, że wszyscy jak jeden mąż oddają się słuchaniu byle czego.

Na szczęście nadal są ludzie, którzy poszukują takiej muzyki, która do nich przemówi, spowoduje dreszcz emocji i zadowolenia. Jest ich mniej niż kiedyś, ale przecież nadal są. A może wbrew pozorom jest ich nadal bardzo dużo, tyle że już nie rzucają się w oczy. Faktycznie zauważam, że dress-code powiązany z ulubionym stylem muzycznym nie ma już takiego znaczenia. Zdarza mi się spotykać nobliwych, świetnie i drogo ubranych panów, którzy uwielbiają twórczość grupy Slayer. Zdarzają się także osobnicy o dosyć „groźnym” wyglądzie, kibicujący bardzo lekkim wykonawcom.

Ale dopóki istnieją osoby otwarte na poszukiwania, na słuchanie różnych ambitnych produkcji, dopóty warto tworzyć muzykę zaangażowaną tekstowo i skomplikowaną kompozytorsko.

Z pewnością znajdą się słuchacze, którzy docenią ideę twórców, kunszt wykonania i jakość nagrań.

Jeżeli wykonawcy ograniczą trochę „chodzenie na skróty” i Łatwiznę, to i publiczność zacznie wsłuchiwać się w niuanse na które w tej chwili nie zwraca uwagi.

 

Marek „Maro” Kulesza

 

 

Odpowiedz