Przejdź do treści
Wczytuję...

SONY TA-F210 Test wzmacniacza

Something with HTML textformat

 

Najczęściej opisuję testy odsłuchowe urządzeń z górnych i średnich półek jakościowych, ale uważam że nie należy zapominać o sprzętach należących niegdyś do podstawowej oferty producentów.

Dzisiaj będę słuchał wzmacniacza firmy SONY, model TA-F210.

W pierwszej połowie lat 90-tych był to model drugi od dołu (po TA-F110) w wachlarzu SONY.

Ogólna opinia o wzmacniaczach tego producenta nigdy nie była najlepsza. Myślę, że nie jest to twierdzenie sprawiedliwe. SONY miało na koncie wiele konstrukcji, jedne brzmiały lepiej, inne gorzej. Nigdy jednak nie dane mi było usłyszeć wzmacniacza tej firmy który zagrałby jednoznacznie źle.

Przyjrzyjmy się zatem modelowi, który w zamyśle konstruktorów skierowany był do mało zamożnych i niezbyt wymagających klientów.

 

Wygląd

TA-F210 to typowy design drugiej połowy lat 80-tych i pierwszej 90-tych. Obudowa o prostych krawędziach, bez prób wyróżniania się wyglądem na tle konkurencji. Niemal identycznie prezentowały się w tamtym okresie wzmacniacze Pioneera, Kenwooda, AKAI i Technicsa.

TA-F210 nie jest przesadnie wysoki, ani ciężki, ale jego montaż budzi szacunek. Wszystkie elementy obudowy są doskonale spasowane i wykonane z dobrych materiałów.

 

Na przednim panelu wykonanym ze szczotkowanego, polakierowanego na czarno metalu umieszczono:

włącznik sieciowy, gniazdo słuchawkowe typu Jack, włącznik funkcji Loudness, przełącznik trybu Source Direct, skokowe potencjometry wyboru źródeł i par głośników, potencjometry regulacji barwy i balansu, oraz duży potencjometr do regulacji siły głosu.

 

Na tylnej ściance zainstalowano:

zaciski do podłączenia dwóch par głośników i 8 szt gniazd RCA (CINCH) do współpracy z różnymi źródłami dźwięku.

 

W trakcie testu użyto

SONY TA-F210 (wzmacniacz)

SONY CDP-212 (odtwarzacz CD)

SONY CDP-XE 510 (odtwarzacz CD)

Pioneer PD 7700 (odtwarzacz CD)

Monitor Audio MA66 (monitory)

KEF Carlton III (monitory)

ELAC 108.2 (kolumny podłogowe)

 

Brzmienie

Jeden z najtańszych wzmacniaczy w ówczesnej ofercie SONY wcale nie prezentuje taniego dźwięku.

Wysokie tony są wyraźne, ale nie szkliste i szorstkie jak to bywa w najtańszych konstrukcjach. Sprawiają wrażenie lekko wygładzonych w swoim górnym zakresie. Natomiast są śmielsze i głośniejsze na przełomie ze średnicą, co pozwala bez trudu śledzić dość gęste aranżacje większości nagrań muzyki pop. Czytelność dźwięków orkiestry symfonicznej nie jest już tak szczegółowa i przejrzysta.

Średnica nie jest w tym wzmacniaczu najważniejsza. Właściwie powinienem napisać, że jest ważna ale jako drugi plan. Nie powinno to dziwić zważywszy że był to wzmacniacz niedrogi.

Gdyby średnica była w nim idealna to po pierwsze kosztowałby drożej (znacznie drożej), a po drugie nie trafiałby w gust mniej wymagających konsumentów.

Bas potrafi zejść nisko. Nie są to dźwięki które spowodują drżenie szyb w oknach, ale na większości nagrań nie odczułem jego niedostatku. Jednak basy bezlitośnie obnażają klasę wzmacniacza. Lubią dudnić jednostajnie i chociaż ich brzmienie jest przyjemne to jednak nie daje się odróżniać poszczególnych nut w partiach kontrabasu.

 

Moja ocena

Nie ukrywam, że kiedy go uruchomiłem po raz pierwszy oczekiwałem całej masy dokuczliwych wysokich tonów, które „wytoczą krew” z moich uszu. Nic takiego się nie stało.

SONY TA-F210 okazał się dżentelmenem jeżeli chodzi o soprany. Są przyjemne i melodyjne. Z pewnością nie jest to przekaz całkowicie naturalny, ale poprzez wygładzenie najwyższego zakresu wysokich tonów, uzyskano efekt chociaż trochę zbliżony do tego co audiofile nazywają neutralnością.

Kolejne godziny wygrzewania wzmacniacza nie zmieniły tej prezentacji, czyli jest to efekt zamierzony przez inżynierów z SONY.

Średnica, mimo że bardzo przeciętna i dosyć jednostajna również nie spowoduje bólu głowy u większości potencjalnych nabywców. Niezbyt dobrze radzi sobie z bardzo gęstymi aranżacjami i z pewnością nie jest to także wzmacniacz do muzyki akustycznej. Zwłaszcza takiej w której akcja rytmiczna opiera się na kontrabasie. Czyli raczej kameralny jazz nas nie zachwyci.

Ale przecież ten wzmacniacz nie powstał z myślą o fanach wyrafinowanych realizacji jazzowych, więc nie będziemy go krytykować za coś czego nie potrafi, bo wcale nie miał tego potrafić.

Najsłabszy jednak jest bas. Doskonale nada się do ogólnie pojmowanej muzyki elektronicznej, a szczególnie tych jej odmian, które wymagają niskiego, jednostajnego dudnienia. O dziwo w ostrych nagraniach rockowych to małe urozmaicenie niskich tonów, nie razi aż tak bardzo.

Solidność obudowy pozwala mieć nadzieję, że przy umiarkowanym dbaniu o wnętrze (okresowe przeglądy techniczne) wzmacniacz może przetrwać w dobrym stanie bardzo długo. A jeżeli coś się w nim zepsuje to wystarczy go naprawić i nadal będzie cieszył posiadacza przez kolejne długie lata.

 

Czy chciałbym go mieć?

W kategorii tanich wzmacniaczy, to nie jest zła propozycja. Potrafi zaskakująco dużo i większość osób nawet nie zauważy jego mankamentów.

Ale ponieważ jestem już osobnikiem mocno zmanierowanym jeśli chodzi o wymagania w stosunku do sprzętu audio, to muszę napisać, że nie chciałbym go mieć.

 

Marek „Maro” Kulesza

 

 

Odpowiedz