SANYO DCA-611 Test wzmacniacza

Sanyo DCA-611 Test wzmacniacza

Jakiś czas temu opisałem moje wrażenia wyniesione z sesji odsłuchowej wzmacniacza Sanyo DCA-411. 
Tamten model jak najbardziej zasługuje na uwagę poszukiwaczy używanych wzmacniaczy, szczególnie tych, reprezentujących najbardziej klasyczny okres urządzeń audio, potocznie określany jako „vintage”
Jego dźwięk, był zdecydowanie odmienny od tego jakim dysponują współcześnie produkowane wzmacniacze. Skoncentrowany na miłej i słodkawej górze, przyjemnej średnicy nie odbiegającej od naturalności i ciepłym, miękkim, nisko schodzącym basie.
Słuchanie tego modelu było czystą przyjemnością.

Dzisiaj postanowiłem przybliżyć naszym czytelnikom garść informacji o innym modelu wzmacniacza Sanyo pochodzącym z tego samego przedziału czasowego.
Jest nim DCA-611.
Mocniejszy i lepiej wyposażony od swojego „mniejszego” brata.
Ten egzemplarz również należał do oferty sprzedażowej naszego Sklepu Vintage Audio, ale znaleźliśmy mu już nowy dom, w którym z pewnością jego zalety będą właściwie docenione.

Czy jego brzmienie zaprezentuje się podobnie jak w DCA-411?
Zobaczmy...


Wygląd

Wzmacniacz jest wysoki, nawet jak na standardy lat 70.
15cm, nawet przy szerokości 42cm, sprawia wrażenie, że wzmacniacz jest jeszcze większy i masywniejszy niż w rzeczywistości.

Na front panelu wykonanym ze szczotkowanego aluminium, pomalowanego na kolor czarny, umieszczono:

Cztery dosyć duże przełączniki dźwigniowe (czasem nazywane potocznie „hebelkami”) służące jako: włącznik sieciowy, włączniki filtrów tonów wysokich i niskich, uruchamianie funkcji Loudness.
Cztery prostokątne pokrętła potencjometrów, będące przełącznikami wyboru: par głośników, trybu mono/stereo, wyboru źródeł dźwięku (w tym możliwość współpracy z dwoma magnetofonami i dwoma gramofonami).
Trzy średniej wielkości potencjometry zaopatrzone w okrągłe pokrętła służące do regulacji barwy dźwięku (wysokie tony, niskie tony, średnie tony)
Jedno duże pokrętło będące regulatorem poziomu głośności, zespolonym z regulacją balansu.
Gniazdo słuchawkowe typu Jack
Gniazdo DIN5 do podłączenia drugiego magnetofonu.
Dwa średniej wielkości wskaźniki mocy podświetlone przyjemnym żółtawym światłem.

Na tylnej ściance znajdziemy:

Osiem par gniazd RCA (CINCH) i jedno DIN5 do podłączania różnych źródeł dźwięku.
Gniazda przyłączeniowe dla dwóch par głośników.
Terminal przyłączenia uziemienia gramofonu.
Przełącznik napięcia zasilającego urządzenie: 110V/220V

 

Podstawowe dane techniczne:

Produkcja: Japonia 1978 – 1980

Moc: 2 x 60W przy 8 Ω (stereo)
Pasmo przenoszenia: 20 Hz do 20 000 Hz
Całkowite zniekształcenia harmoniczne: 0,08%
Czułość wejściowa: 2,5 mV (MM), 150 mV (linia)
Stosunek sygnału do szumu: 70dB (MM), 100dB (linia)
Wyjście: 150mV (linia)
Pobór energii elektrycznej: max. 280W
Wymiary: 42cm x 34cm x 15cm
Waga: 9,9 kg

 

W trakcie testu użyto:

Sanyo DCA-611  (wzmacniacz)
AKAI CD 79  (odtwarzacz CD)
Meridian 504 (odtwarzacz CD)
Marantz CD 6007 (odtwarzacz CD)
xDuoo XQ 50 Pro2 (odbiornik Bluetooth)
Spendor 1/2  (monitory podstawkowe)
B&W Matrix 2 Series 2 Custom (monitory podstawkowe)
KEF 104AB  (monitory podstawkowe)
Diora Yellow Line (kolumny podłogowe)
Mordaunt Short VS300 Custom (kolumny podłogowe)
IQ Lady 120 (kolumny podłogowe)

 

Brzmienie

SANYO DCA-611, to konstrukcja bazująca na dwóch firmowych kościach STK stanowiących końcówki mocy i de facto, będących jednocześnie tranzystorami i wspomagającymi je kondensatorami, zamkniętymi w jednej obudowie (jedna kość na jeden kanał).
Sanyo bardzo propagowało takie rozwiązania w latach 70. i na początku 80. XX wieku. Nie tylko stosowało je we własnych wzmacniaczach i amplitunerach, ale również wyposażało w nie także urządzenia marki Fisher, należącej do Sanyo.
A ponieważ w tamtym czasie wielu innych producentów sprzętu audio zainteresowało się tą technologią, można było wspomniane STK-i spotkać także i w innych modelach wprowadzonych na rynek przez różne brandy. 
Kiedy bohater tego testu został już dokładnie przejrzany przez zaprzyjaźniony serwis (wymagał wyeliminowania wielu drobnych usterek) trafił w nasze ręce.


Zwyczajowo, przed wystawieniem go do sprzedaży, musieliśmy najpierw dobrze go „wygrzać”, a następnie przekonać się jakim typem dźwięku dysponuje. 
Wiedza absolutnie konieczna. 
Wszak doradca klienta w stacjonarnym sklepie, powinien dokładnie poznać dźwięk każdego posiadanego w ofercie urządzenia. Tak, by mógł nie tylko odpowiedzieć na pytania potencjalnie zainteresowanych nabywców, ale również skojarzyć ze sobą różne urządzenia w taki sposób, by móc szybko uzyskać finalny rodzaj brzmienia, zgodny z wyobrażeniami, lub potrzebami klientów.

Już w kilka minut po uruchomienia tego urządzenia, wiedzieliśmy, że prezentuje typowy dźwięk większości wzmacniaczy Sanyo z lat 70. Po kilkunastu godzinach jego nieustannego działania, mogliśmy jedynie potwierdzić nasze pierwotnie spostrzeżenie.

Wysokie tony są niezwykle przyjazne dla uszu słuchacza. Wygładzone w najwyższym zakresie i bardzo detaliczne, krystalicznie czyste w średnim i niższym.


Średnica nie należy do ultra przejrzystych i przestrzennych, natomiast łatwo dostrzega się w niej ponadnormatywną, jak na okres produkcji tego wzmacniacza, naturalność wybrzmiewania wszystkich głosów wokalistów, wokalistek, a także instrumentów w rodzaju saksofonu barytonowego. Ich dźwięk jest nie tylko zaskakująco prawdziwy, ale wydaje się również odrobinę wychodzić w kierunku słuchacza, czyli odnosi się momentami wrażenie, że głos np. Diany Krall dobiega do nas sprzed linii głośników.


Bas, to już kwintesencja tego, z czego słynęły i za co ceniono wzmacniacze o takim sposobie prezentacji tego pasma. Należały do nich modele Sanyo, Kenwooda, niektóre Fishery, oraz Marantze.
Jest miękki. Dosłownie otula słuchającego welwetowym tembre, który jednocześnie mimo braku sztywności potrafi być dynamiczny i podążać nawet za dosyć skomplikowanymi, szybko zagranymi i gęsto zaaranżowanymi utworami wykonawców w rodzaju Dream Theater. Umiejętność cenna, bo z jednej strony dodaje muzyce większej potęgi, a z drugiej, całość brzmi bardzo wiarygodnie, wciągająco i „po ludzku”.  


Moja ocena

 

Właściwie główne różnice pomiędzy ocenianym wcześniej modelem DCA-411, a słuchanym dzisiaj DCA-611, polegają na sporo większej mocy tego ostatniego, oraz wyposażenia go w jeden dodatkowy filtr (tonów niskich) i oczywiście oddzielny potencjometr, odpowiadający wyłącznie za regulację nasycenia tonów średnich.


Zawsze stosujemy rygorystycznie przestrzeganą zasadę, by wszelkie odsłuchy odbywały się przy ustawieniu wzmacniaczy „na zero”, czyli regulatory barwy powinny znajdować się pozycji całkowicie neutralnej, nie używamy żadnych filtrów, ani nie korzystamy z funkcji Loudness.
Zawsze twierdziliśmy i nadal tak uważamy, że żeby poznać klasę i jakość wzmacniacza, należy korzystać z niego w trybie jak najbardziej liniowym.


Tym razem, przez większą część sesji odsłuchowej również tak czyniliśmy, ale momentami sprawdzaliśmy sprawność działania wszystkich przełączników, potencjometrów itp.
W tym, także oddzielnego regulatora tonów średnich.
Spotykaliśmy się już z takim rozwiązaniem w kilku innych urządzeniach z tamtej epoki. Przede wszystkim wyższych modelach amplitunerów Sansui, ale także we wzmacniaczach kilku różnych firm. 


Czy rozwiązanie konstrukcyjne, zakładające zastosowanie aż trzech potencjometrów regulujących oddzielnie barwę trzech pasm miało sens? Naszym zdaniem i tak, i nie.


Nie, ponieważ uważamy, że stosowanie regulatorów ma negatywny wpływ na ogólną jakość dźwięku. Nie tylko wprowadza dosyć dużo zniekształceń, ale powoduje rozbieżność dźwięku z oryginalnym materiałem muzycznym.


Tak, bo mamy świadomość, że głośniki z którymi przyjdzie pracować różnym wzmacniaczom, mogą cierpieć na pewien niedobór w sferze każdego z pasm. Niektóre mogą mieć zauważalnie zbyt mało tonów wysokich, inne za płytki i suchy bas. Inne, ewidentnie wycofaną średnicę.
Wówczas rzeczywiście regulacja może okazać się bardzo przydatna, a nawet ratująca sytuację, ale mimo to, lepiej wyposażyć się w kolumny i monitory, które generują na tyle neutralny i naturalny dźwięk, że żadna korekcja barwy nie wyda się użytkownikom konieczna.

 

Czas jednak na ogólną ocenę/podsumowanie tego testu odsłuchowego.

Oba modele wzmacniaczy Sanyo: DCA-411 i DCA-611 są urządzeniami brzmiącymi bardzo podobnie. Co prawda, nie słuchaliśmy ich bezpośrednio jednego po drugim. Testy dzieliło kilka miesięcy, ale nawet taka przerwa nie zatarła  wrażeń wyniesionych z pierwszego odsłuchu. A zresztą, nawet gdyby pamięć nam nie dopisywała, to posiadamy dokładne notatki, które robimy każdorazowo i które pozwalają nam odnieść się do oceny dźwięku różnych sprzętów, nawet po dłuższym czasie. Tym razem jednak notatki były jedynie ściągawką z której ostatecznie nie musieliśmy skorzystać.


A zatem powtarzam – Oba wzmacniacze mają bardzo podobne brzmienie. Dokładne, wyraźne, i miękkie. Obu można słuchać nie tylko całymi godzinami, ale nawet całymi dniami i...nocami. To wzmacniacze stworzone dla relaksu i głębokiej przyjemności czerpanej ze słuchania muzyki dla samej muzyki. Nie stworzono ich dla miłośników analizowania mikrodetali zawartych w każdym z zakresów, uwielbiających „przyłapywać” każde urządzenie na drobnych rozbieżnościach z dźwiękiem idealnie  naturalnym.


Który wybrać?


Pytanie trudne. Oba są ciekawe wizualnie, oba grają wręcz czarująco. 
DCA-411 jest wzmacniaczem, który w zupełności zaspokoi potrzeby olbrzymiej większości fanów muzyki. 
Jeśli jednak dysponuje się bardzo dużym pomieszczeniem odsłuchowym, a ponadto głośniki z którymi będzie miał współpracować wzmacniacz mają niską dynamikę, są duże i raczej trudne do wysterowania, to w takim przypadku DCA-611 będzie wyborem lepszym.

 

Tekst: Marek „Maro” Kulesza
Zdjęcia: Oleg Tsapiuk

 

Kontakt

tel. 797 936 220
mail: audio@iviter.pl
Pl. Konstytucji 5, Neon Instrumenty Muzyczne Warszawa

Serwis:  tel. 22 113 40 88  mail: serwis@iviter.pl

godziny otwarcia : 10.00 - 19.00

“Their Satanic Majesties Request” to bodaj najbardziej niedoceniany album w historii Rolling Stonesów. Do tego stopnia, że przez jakiś czas pomijano go przy okazji wznowień i remasteringów dyskografii tej grupy. I…

Nadal jesteśmy w pamiętnym 1967 roku, który obfitował w niemal niezliczoną ilość doskonałych, interesujących płyt. Większość z nich została niesłusznie zapomniana, ale wydano wówczas również takie, które do dzisiaj…

Jimi Hendrix, człowiek z olbrzymim doświadczeniem studyjnym i scenicznym, ale jako sideman, lub muzyk kontraktowy, postanowił założyć własny zespół. Zespół z którym będzie grał taką muzykę jaką zechce.

Supergrupa CREAM powstała w 1966 roku i składała się z cenionych i niezwykle sprawnych instrumentalistów. Gitarzysta Eric Clapton był wówczas nazywany Bogiem. Perkusista Ginger Baker wytyczał nowe szlaki i metody gry…