Przejdź do treści
Wczytuję...

Musical Fidelity M6SI - Test wzmacniacza

Something with HTML textformat

Następny ciekawy „brytyjczyk” zjawił się na moim stoliku odsłuchowym. W dodatku jest to wytwór firmy, którą bardzo lubię i posiadam w domowej kolekcji dwa wzmacniacze tego producenta. Co prawda nie tej klasy, ale jednak.

M6SI jest wzmacniaczem typu Dual Mono. Dwie oddzielne końcówki mocy, pracujące w jednej obudowie. Duża i ciężka maszyna wyposażona w dość spore radiatory, pozwala domyślać się poważnego dźwięku i całkiem poważnych ilości wydzielanego ciepła.

Lubię Musical Fidelity nie tylko za ich specyficzną filozofię brzmienia, ale również za typowo audiofilski minimalizm designerski. M6SI jest wykonany zgodnie z tradycyjną już dla tej firmy elegancją godną bardziej Gentlemana niźli goniącego za aktualną modą Dandysa.

Wygląd

Front panel wykonany jest z grubego i solidnego metalu, pomalowanego na kolor o którym jedni ludzie mówią, że to ciemny grafit, a inni że czarny mat. W dotyku jego powierzchnia jest dosyć chropowata.

Umieszczono na nim olbrzymie, srebrne pokrętło wzmocnienia oraz 9szt bardzo małych, również srebrnych przycisków. Jednym z nich jest włącznik sieciowy, a reszta to przyciski wyboru źródeł, w tym również gramofonu analogowego.

Na tylnej ściance widzimy: gniazdo do przewodu zasilającego, zaciski dla jednej pary głośników, gniazda XLR (1 para), gniazda CINCH (7szt), przełącznik rodzaju wkładki gramofonowej, gniazdo do podpięcia uziemienia gramofonu.

Do testu używałem

  • Musical Fidelity M6SI (wzmacniacz)
  • Marantz CD67mkII Original SE (odtwarzacz CD)
  • Marantz CD63 KI Signature (odtwarzacz CD)
  • Cerwin Vega Cabinet (monitory)
  • ATL 705 (małe kolumny podłogowe)

Brzmienie

Urządzenie wymagało solidnego wygrzania po dokonanych naprawach i konserwacji.

Dlatego przez półtora dnia grało z małymi poziomami głośności. Mimo to, już od pierwszego uruchomienia stało się jasne, że rozczarowania nie będzie, i że ten wzmacniacz będzie grał tak, jak większość znanych mi Musical Fidelity potrafi.

To jest bardzo charakterystyczny typ prezentacji.

Wysokie tony są bardzo ładnie podane. Każdy, najmniejszy nawet szczególik jest wyraźny a jednocześni nie kłujący w uszy. I nawet kiedy górne pasmo próbuje ostro zaatakować słuchacza ogromem informacji i bardzo „błyszczącym” ofensywnym dźwiękiem, ten wzmacniacz pokazuje wszystko to w sposób nie tyle uspokojony, czy wycofany, ale bardzo rygorystycznie poukładany.

Średnica jest swoistą poezją dźwięku. Klasyka brytyjskiego podejścia do tego tematu. Jest ciepła i lekko wyeksponowana. Wydaje się bliższa słuchacza niż w przypadku większości znanych wzmacniaczy, szczególnie japońskich.

Jednocześnie muszę przyznać, że na pewno niczego nie zamula. Instrumenty i głosy ludzkie są bardzo wyraźne i doskonale separowane. To głównie właśnie tony średnie stanowią o wartości tego urządzenia.

Bas jest doskonały. W trakcie odsłuchu realizacji gdzie rzeczywiście jest go dużo, wzmacniacz kontrolował ten podzakres rygorystycznie, nawet na moment nie powalając na swobodne i oderwane od muzyki tłuste pomruki.

Natomiast na płytach, gdzie bas jest nagrany raczej sucho i delikatnie, Musical Fidelity potrafi to niemiłe zjawisko nieco poprawić. Tak jakby chciał ratować nagranie, poprzez dodanie odrobiny mięsistości. To tylko moje subiektywne odczucie, ale jednak mam wrażenie, że tak się to odbywa.

Konkluzja

To świetny wzmacniacz. Typowe brzmienie ze szkoły Musical Fidelity.

A jest to szkoła dźwięku nadzwyczaj zacna. Większość średnio osłuchanych fanów audio, często wspomina o charakterystycznym brzmieniu brytyjskich urządzeń. To prawda. Grają odmiennie od popularnych na naszym rynku konstrukcji japońskich, skandynawskich lub niemieckich.

Są spokojniejsze, naturalniejsze i bardziej dosłowne.

Tyle, że sama „brytyjska szkoła wzmacniaczy” różni się także pomiędzy sobą. Inaczej zagrają produkty Musical Fidelity, NAD, Creek, Cambridge Audio.

Właściwie wszystkie te firmy łączy tylko jedno; koncentrowanie się głównie na przekazie tonów średnich. Soprany oraz bas są jedynie wykończeniem/podkreśleniem tego co się dzieje w konkretnym materiale muzycznym. Natomiast każda „wyspiarska” firma ma na to „wykończenie” nieco inną receptę. Na pewno nie grają identycznie.

I tu można dostrzec najważniejsze różnice pomiędzy zarówno wzmacniaczami pochodzącymi od poszczególnych brytyjskich producentów, jak i odróżniające je od innych konstrukcji z Europy, Azji czy U.S.A.

W tym przypadku model M6SI reprezentuje bodaj najciekawsze brzmienie z tych jakie słyszałem.

Być może zależy to jedynie od mojego indywidualnego gustu, od lat już przyzwyczajonego do moich dwóch domowych wzmacniaczy wyprodukowanych przez Musical Fidelity.

Oczywiście posiadane przez mnie E1 i E11 to znacznie niższa półka, ale ogólna filozofia dźwięku jest ta sama. Słyszałem także E1001, A2 i A3. To wciąż podobny sposób prezentacji.

Czy M6SI jest od wymienionych urządzeń lepszy?

Przez chwile zapomnijmy o tym, że jest wielokrotnie droższy.

Moim zdaniem gra dźwiękiem ciepłym, co mnie kojarzy się głównie z E1. Wyrazistość średnicy i góry jest nieco podobna do tej znanej z E10 i E11, ale dokładniejsza. I zapewne stąd głównie bierze się cena tego sprzętu.

Czy chciałbym go mieć?

Tak. Zdecydowanie. Byłby to już trzeci w moim domu wzmacniacz tej firmy.

Taki do zadań (odsłuchów) specjalnych.

 

Marek „Maro” Kulesza

Odpowiedzi

marcin sarnecki (niezweryfikowany)
wt., 02/01/2022 - 19:47 Adres
NO TO CZEKAM NA KONKLUZJĘ Z MOJEGO A WŁAŚCIWIE SYNA FIDELITY A 1000
marek
śr., 02/02/2022 - 13:34 Adres
To zupełnie inne maszyny. Inny czas, inna wizja technologiczna. Ja zdecydowanie wolę te starsze, czyli np. A1000. Ale posłuchamy, zobaczymy, napiszemy... :-)

Napisz komentarz