Przejdź do treści
Wczytuję...

Something with HTML textformat

McIntosh MA 6300 – Test wzmacniacza

  W moich testach głównie koncentruję się na słuchaniu urządzeń będących w zasięgu przeciętnego obywatela. Z doświadczenia wiem, że właśnie takie testy odsłuchowe są najbardziej pożądane. Niestety stosunkowo rzadko pojawiają się w profesjonalnych periodykach. Redakcje najbardziej cenionych wydawnictw najczęściej publikują testy sprzętów drogich lub bardzo drogich, co szczerze mówiąc, średnio zamożnym Polakom jest mało przydatne.

To sytuacja trochę podobna do tej, znanej z branży motoryzacyjnej. Typowy „Kowalski” lub „Nowak”, chętnie przeczyta lub obejrzy uczciwy test i ocenę samochodu, który byłby w jego zasięgu. Natomiast niespecjalnie go interesują osiągi, czy nowe rozwiązania techniczne zastosowane w najnowszym Ferrari, czy Lamborgini.

Zresztą mnie takie super-samochody nigdy nie kręciły. Podobnie jak urządzenia audio sytuowane w bardzo wysokich pułapach cenowych.

Tym razem mam jednak możliwość posłuchać audio-odpowiednika motoryzacyjnych super-potworów.

A skoro tak, to spróbuję wcielić się w rolę irytującego dziennikarza zachwycającego się osiągami, technologiami i cenami, zarezerwowanymi wyłącznie dla bardzo zamożnych konsumentów.

Próbował będę, ale czy mi się uda?

McIntosh MA 6300

Wzmacniacz, który trafił do naszego serwisu cierpi na nietypową i niezwykle rzadko uchwytną usterkę polegającą na lekkim przerywaniu dźwięku. Zjawisko występuje na tyle rzadko, że jest trudne lub niemożliwe do uchwycenia. Może też nie wystąpić przez wiele dni.

Natomiast taki typ usterki absolutnie nie wpływa na jakość dźwięku i brzmienie wzmacniacza.

Wobec tego postaram się przybliżyć czytelnikom moje wrażenia z obcowania z produktem tej legendarnej firmy.

Wygląd

Ma 6300 to typowa dla McIntosha wielka bryła. Naprawdę olbrzymia.

  Na front panelu umieszczono: włącznik sieciowy, gniazdo słuchawkowe typu Jack, osiem sztuk przełączników źródeł, regulator balansu, regulator siły głosu (oba regulatory rozmieszczone symetrycznie po obu stronach przedniej ściany)                               Najbardziej jednak zwracają uwagę duże okienka wskaźników mocy. Są takie jak trzeba. Nie za małe i nie przesadnie czy bezsensownie wielkie. Podświetlone są na miły, spokojny turkusowy odcień. A przynajmniej moja koleżanka z pracy tak twierdzi. A co jak co, ale kobiety jednak lepiej niż mężczyźni potrafią właściwie określić odcienie różnych barw.

Ogólnie rzecz biorąc wzmacniacz robi od przodu wrażenie bardzo zacne i profesjonalne.

  Na tylne ściance umieszczono wysokiej klasy zaciski do podłączenia jednej pary głośników i gniazda umożliwiające przyłączenie wielu źródeł, z czego niektóre mogą być przyłączone zarówno kablami RCA jak i XLR. No cóż, firma ultra audiofilska, więc i wachlarz gniazd zdecydowanie audiofilski.

Do odsłuchu używałem

  • McIntosh MA 6300 (wzmacniacz)

  • Harmann Kardon HD 400 (odtwarzacz CD)

  • Marantz CD 63mkII KI Signature (odtwarzacz CD)

  • Marantz CD 67mkII Oryginal SE (odtwarzacz CD)

  • Elac CL142 (duże kolumny podłogowe)

  • Tannoy Sensys DC2 Maple (średnie kolumny podłogowe)

  • ATL 705 (małe kolumny podłogowe)

Brzmienie

  Niezależnie od rodzaju współpracujących odtwarzaczy CD (dwa doskonałe, choć budżetowe Marantze i Harmann Kardon pochodzący z czasów, kiedy jeszcze ta firma arcy-poważnie podchodziła do jakości swoich produktów) brzmienie wykazywało takie same cechy.

Ponieważ zdarzało mi się już słuchać wzmacniaczy od kultowych audiofilskich producentów, to spodziewałem się czegoś bardzo podobnego. Czyli klinicznego, dosyć mocno osuszonego dźwięku o specyficznym „pudełkowatym”, lub jak kto woli „kartonowym” sposobie prezentacji.

MA 6300 jest trochę inny. Gdzieś, ta bardzo przez mnie nielubiana pudełkowatość pobrzmiewa, nie jest jednak na tyle dokuczliwa, żebym czuł nieprzejednaną ochotę na wyłączenie sprzętu. Jest na tyle przyjemny, że jednak słucha się go raczej miło. Owszem, całość dźwięku jest jak na mój gust odrobinę zbyt szczupła, ale to również niespecjalnie przeszkadza.

Wzmacniacz gra wyraźnie, pokazuje wszystkie szczegóły nagrań chociaż momentami miałem wrażenie, że jednak stara się czasem co nieco upiększać. Nie epatuje wysokimi rejestrami. Lekko je tuszuje w najwyższym paśmie.

Podobnie jest z basem. Górny zakres basów jest wyraźny, dokładny czy nawet dosadny, ale dołu moim zdaniem brakuje. Ani razu nie pojawiły się naprawdę niskie pomruki. I to przy różnych poziomach głośności. Trochę mnie to zdziwiło, ponieważ na części odsłuchiwanego materiału muzycznego, niskie basy występują na 100%. Czyli ten McIntosh nad wyraz ostrożnie obchodzi się również z najniższym basem. Tak bardzo ostrożnie, że go chyba trochę ignoruje. A szkoda, bo przydałoby się nieco więcej takiego uczciwego, pomrukującego fundamentu w przypadku wielu nagrań.

Natomiast średnica jest marzeniem. Wszystko dokładne, poukładane, wyraziste, o bardzo przyjemnym wybrzmiewaniu. Niczego więcej nie potrzeba w tym zakresie.

Trochę rozczarowała mnie przestrzeń i stereofonia. Wszystkie wydarzenia wydawały się usytuowane na linii głośników i nie szerzej niż ich obrys.

Fakt, że żadne z biorących udział w teście kolumn nie dorastają swoją klasą nawet do pięt temu wzmacniaczowi. Bardzo możliwe, że na solidnych Sonus Faberach, lub czymś jeszcze bardziej wyrafinowanym, całość prezentacji mogłaby bardzo mnie zaskoczyć (in plus), ale takimi nie dysponuję, więc zapewne nigdy się o tym nie przekonam.

Jednak należy zwrócić uwagę na jedną szczególną umiejętność tego olbrzymiego urządzenia.

Potrafi grać bardzo wyraźnie i detalicznie nawet przy bardzo, bardzo cichym słuchaniu. Nie ma potrzeby rozkręcania pokrętła siły głosu do „godziny 9 lub 10”, żeby wszystko było czyste i dokładne. Ten potrafi to robić przy położeniu potencjometru w pozycji na „godz.7.30”.

Cenna umiejętność. Nawet miałem momentami wrażenie, że właśnie przy tak cichym poziomie głośności, pojawiała się większa przestrzeń i szersza stereofonia, która stopniowo zanikała przy głośniejszym słuchaniu.

Konkluzja

McIntosh MA 6300 – Droga elektronika dla wyrobionego, a przy tym bardzo zamożnego słuchacza.

Przy tańszej elektronice współpracującej i stosunkowo niedrogich głośnikach, z pewnością nie zachwyca. Mam nadzieję, że przy równorzędnych partnerach może pokazać na co tak naprawdę go stać.

Natomiast we współpracy z urządzeniami i kolumnami z typowej klasy budżetowej brzmi raczej mizernie. Brak mu nieco góry. Brak mu sporo basu. Bardzo brak szerokiej sceny i głębi.

Wspomniałem o klockach z poziomu budżetowego. Szczerze mówiąc, co najmniej połowa wzmacniaczy z „audiofilskiej budżetówki” potrafi wciągnąć mnie o wiele bardziej.

Czy chciałbym go mieć?

Gdyby stać mnie było na ten wzmacniacz i całą towarzyszącą elektronikę, która należałaby do tej samej ligi, to być może faktycznie bym chciał. O ile stać by mnie było również na odpowiednie kolumny...

Ale ponieważ życie jest tylko życiem, to....nie chcę.

No i nie udało mi się wcielić w irytująco zachwyconego recenzenta, w typie tych z branży motoryzacyjnej... Ferrari i Lamborgini to chyba nie jest propozycja dla mnie...

 

Marek „Maro” Kulesza

Odpowiedz