Przejdź do treści
Wczytuję...

HARMAN KARDON PM 655 Test wzmacniacza

Something with HTML textformat

 

Przede mną wzmacniacz HARMAN KARDON PM 655.

Wylądował na moim stoliku odsłuchowym już wczoraj, w celu dokładnego wygrzania całej elektroniki i sprawdzenia jego dźwięku. Ale dopiero dzisiaj uznałem że jest gotowy na jego uważne słuchanie.

Technicy z zaprzyjaźnionego serwisu często proszą mnie o taką przysługę, dzięki temu sami nie muszą angażować się w wielogodzinne testy odsłuchowe naprawionych przez siebie urządzeń. Ta współpraca jest korzystna również dla mnie. Nie tylko mogę słuchać wielu bardzo różnych wzmacniaczy, odtwarzaczy lub głośników z których dźwiękiem w innych warunkach nawet nie miałbym szansy się zapoznać, ale mogę także dzielić się moimi wrażeniami z naszymi czytelnikami.

 

Nie ukrywam, że z większą ciekawością podchodzę do testowania konstrukcji starszych. Tych z lat 70-tych i nieco późniejszych. Z okresu, który często jest określany jako Złote Lata Audio. Przede wszystkim dlatego, że w tamtych czasach starano się konstruować sprzęty nie tylko w miarę dobrze brzmiące, ale także bardzo trwałe i solidne. Miały służyć przez kilka dekad, a w razie potrzeby były w pełni naprawialne.

Piękne czasy w których galopujący (jednorazowy) konsumpcjonizm i wścibstwo księgowych jeszcze nie wzięły góry nad jakością.

Bohater dzisiejszego testu to właśnie taki sprzęt.

 

Podstawowe dane techniczne:

Produkcja: U.S.A. / Japonia 1985 – 1986

Moc wyjściowa: 2 x 60W przy 8Ω

Pasmo przenoszenia: od 0,2 Hz do 150 kHz (według danych producenta)

Całkowite zniekształcenia harmoniczne: 0,08%

Współczynnik tłumienia: 65

Czułość wejściowa: 0,12 mV (MC), 2,2 mV (MM), 135 mV

Stosunek sygnału do szumu: 77dB (MC), 79dB (MM), 80dB

Wymiary: 44,3cm x 13,4cm x 39,8cm

Waga: 10,3 kg


 

Wygląd

Front panel wykonany jest ze szczotkowanego metalu (prawdopodobnie jest to aluminium) polakierowanego na czarny mat. Już na pierwszy rzut oka można go określić jako „Królestwo gałek i przycisków”, których jest tu bardzo dużo.
 

Umieszczono na nim:

Kwadratowy dosyć duży włącznik sieciowy.

Siedem pokręteł o identycznej średnicy służących do: regulacji balansu i barwy, wyboru pary głośników, wyboru jednej z dwóch pętli magnetofonowych, wyboru źródeł nagrywanych i słuchanych.

Jedną dużą gałkę regulującą poziom głośności.

Dwanaście małych przełączników obsługujących: wyłączenie możliwości regulacji barwy, wycięcie częstotliwości 200 i 400Hz, wycięcie częstotliwości 2kHz i 6kHz, funkcję „kontur”, przełączenie pracy wzmacniacza (integrated/separated), filtry subsonic i high cut, tryb stereo/mono, skokowe wyciszenie o 20dB, przełączanie rodzaju wkładek gramofonowych.

Mały potencjometr skokowy oznaczony jako Cap Trim wyposażony w skalę na której oznaczono pozycje Normal oraz + 100pf, + 200pf, + 300pf.

Wszystkie pokrętła i przyciski wykonane są z czarnego plastiku.


 

Na tylnej ściance zainstalowano:

Terminale dla dwóch par głośników, 9 par gniazd RCA (CINCH) do podłączania różnych źródeł dźwięku, oraz dwie pary RCA służące do współpracy z ewentualną dodatkową końcówką mocy.


 

W trakcie testu użyto
 

HARMAN KARDON PM 655 (wzmacniacz)

AKAI CD 69 (odtwarzacz CD)

DENON DCD 520AE (odtwarzacz CD)

xDuoo XQ 50 Pro2 (adaptor Bluetooth)

B&W DM 602 (monitory)

B&W DM 602 S3 (monitory)

MELODIKA BL40mk3 (kolumny podłogowe)

MONITOR AUDIO MA66 (monitory)

T+A Criterion CR60 (kolumny podłogowe)


 

Brzmienie

Tony wysokie są prezentowane nieco powściągliwie. Nie nazwę ich wycofanymi ani stłumionymi, ale mają w sobie dużo zachowawczości. Właściwie wszystkie szczegóły są słyszalne w wystarczającym zakresie i dużo w nich „powietrza”, ale czasem brakuje im odrobiny blasku.

Wszystkie dźwięki generowane przez talerze perkusyjne mają odpowiednią barwę i długość wybrzmiewania, lecz przydałoby się trochę więcej agresji. Głosy wokalistów i wokalistek na nagraniach obfitujących w sybilanty (syczące dźwięki) wydają się nieco utemperowane.

Można z tego wysnuć wniosek, że wzmacniacz stara się lekko zaokrąglać najwyższe składowe sopranów. Nieco je wyciszać i wygładzać, ale bez ich dosłodzenia. Ostatecznie więc otrzymujemy dźwięk bardzo mocno zakotwiczony w pełnej neutralności.


 

Średnica jest bardzo dobra. Naturalna i delikatnie wypchnięta do przodu. Doskonale współpracuje z tonami wysokimi (pomimo ich delikatnego brzmienia) tworząc całkiem niezłą stereofonię, a przede wszystkim głębię sceny. Niesamowicie potrafią zabrzmieć werble i półkociołki. Momentami miałem wrażenie że znalazłem się na koncercie w jakimś mikroskopijnym klubiku jazzowym.


 

Bas jest typowo amerykański. Najmocniej koncentruje się na swoim górnym i średnim zakresie.

To tutaj wzmacniacz pokazuje co tak naprawdę potrafi. Każdy dźwięk jest idealnie słyszalny, dynamiczny i sprężysty. PM 655 bardzo rzadko zapuszcza się w najniższe rejony, ale zmuszony przez odpowiedni repertuar pokazuje że jednak potrafi to robić, chociaż bez zbytniego przekonania.


 

Moja ocena
 

HARMAN KARDON PM 655 to wzmacniacz pochodzący z połowy lat 80-tych XX wieku.

Z czasów kiedy ta amerykańska firma produkowała większość swoich urządzeń w fabrykach zlokalizowanych w Japonii. Nie powinno to nikogo zmylić, bo cała konstrukcja jeżeli chodzi o elektronikę i filozofię brzmienia nadal była czysto amerykańska.

W dodatku były to jeszcze czasy kiedy Harman bardzo poważnie traktował zagadnienia dźwięku. Potem, kiedy coraz bardziej popularne stawały się różnego typu sprzęty dedykowane do Kina Domowego, sytuacja nieco się zmieniła. Pojawiało się coraz więcej napakowanych różnymi dekoderami amplitunerów (receiverów), które z dźwiękiem w trybie klasycznego stereo nie radziły sobie zbyt dobrze.

Zresztą taka sytuacja trwa do dzisiaj. I teraz, w 2022 roku można z łezką w oku wspominać receivery sprzed dwudziestu lat. Mimo że w stosunku dla klasycznego stereo grały kiepsko to i tak były w tym o niebo lepsze niż te produkowane w ostatnich latach. Lepsze i znaczniej mniej awaryjne. Z kolei w okolicach 2000 roku można było z podobną tęsknotą wspominać typowe wzmacniacze stereofoniczne z lat 70/80/90 jako te, które grały daleko lepiej niż ówcześnie produkowane sprzęty.

Zawsze jest dobry moment, żeby powiedzieć (lub napisać) „kiedyś to produkowano dobrze rzeczy” i głęboko zamyślić się nad degradacją, lub wręcz trywializacją wielu branż.

 

Ale wróćmy do tematu. HARMAN KARDON PM 655 to wzmacniacz, który z pewnością zadowoli wielu wymagających słuchaczy.

Dokładny, naturalny, a jednocześnie wystarczająco detaliczny i dynamiczny. Można przy nim spędzać długie godziny bez najmniejszego zmęczenia.

Zwolennicy tej marki często dyskutują na zagranicznych forach czy lepszy był ten model, czyli PM 655, czy jego mocniejszy brat PM 655 Vxi.

Nie będę zabierał głosu w tej kwestii, ponieważ staram się nigdy nie dopuszczać do jakichkolwiek testów porównawczych. Kiedyś opisywałem test odsłuchowy PM 655 Vxi, ale było to na tyle dawno że już nie pamiętam brzmienia tamtego wzmacniacza. Oczywiście mógłbym sobie odświeżyć pamięć wczytując się w mój tekst z tamtej sesji, ale obawiałem się że mógłbym się niepotrzebnie zasugerować. Postanowiłem skoncentrować się jedynie na tym co dzisiaj słyszałem przez niemal cały dzień, a jeżeli ktoś będzie zainteresowany porównywaniem obu urządzeń to sam odnajdzie opis moich wrażeń dotyczących PM 655 Vxi.
 

Reasumując: PM 655 to kawał dobrze zaprojektowanego, dobrze wykonanego i dobrze grającego wzmacniacza. Jedynym minusem, ale to krytyka tylko „na siłę”, jest nadmiar tych wszystkich przełączników z których przy normalnym słuchaniu i tak się nie korzysta. W dodatku akurat te przełączniki, a konkretnie ich styki, zawsze były pietą achillesową tych wzmacniaczy. Od nowości lubiły lekko trzeszczeć i posykiwać w trakcie przełączania. Nawet wymiana na nowe najczęściej nie przynosi spodziewanego rezultatu... Czyli po prostu Ten Typ Tak Ma.


 

Czy chciałbym go mieć?

Owszem. Doskonale radzi sobie z muzyką akustyczną i nie przerażają go próby posłuchania za jego pośrednictwem Metalliki, czy Slayera. Dzielna maszyna!


 

Tekst: Marek „Maro” Kulesza

Zdjęcia: Yevheniia Kalachova


 


 


 

 

Napisz komentarz