Przejdź do treści
Wczytuję...

Something with HTML textformat

   Uriah Heep wcale nie jest zespołem łatwym do zaklasyfikowania. Od samego początku istnienia grupy, muzycy starali się mieszać różne style i brzmienia. Stąd ich twórczość bywała czasem określana jako najbardziej „kolorowa” ze wszystkich brytyjskich nagrań z początku lat 70-tych.

Początkowo zafascynowani rockiem psychodelicznym rodem z USA, dodawali do niego nową wartość. Przemycali stopniowo coraz mocniejsze brzmienie gitary, coraz większą ilość brzmień syntezatorów i organów Hammonda, aż uzyskali całkowicie własne, niepowtarzalne brzmienie.

Szybko także zrezygnowali z psychodelii. Chociaż na ich pierwszej płycie „Very 'eavy...Very 'umble” z 1970 roku, jeszcze jej echa są słyszalne. Na następnej „ Salisbury” nagranej w 1971 roku już nie.

Uszczęśliwili tym krytyków, którzy z miejsca „przydzielili” ich do szufladki z metką Hard-Rock.

I chociaż ich sposób gry rzeczywiście pokrywał się z ogólnie pojętym rozumieniem tego stylu, to jednak w ich brzmieniu można było odnaleźć także elementy pasujące również do łatwiejszych odmian rocka progresywnego. Natomiast sposób artykulacji rozbudowanych chórków, powodował czasem złośliwe komentarze określające zespół jako „Beach Boys hard rocka”.

   Muzyka proponowana przez Uriah Heep najbardziej przypominała dokonania Deep Purple z tamtego okresu. Miała swój własny charakter, swoje własne brzmienie, ale mimo to, ze wszystkich „klasycznych” brytyjskich formacji hard-rockowych tylko Głęboka Purpura momentami kojarzy się z nagraniami bohaterów tego felietonu. Oba te zespoły, zarówno brzmieniem, jak i konstrukcją utworów odróżniały się wyraźnie od reszty tuzów gatunku, czyli Led Zeppelin i Black Sabbath.

 

   Kiedy krytycy piszą o najważniejszych, pionierskich grupach hard-rockowych, jednym tchem wymieniają: Led Zeppelin, Black Sabbath i Deep Purple. Tylko czasem, ktoś dołącza do nich nazwę Uriah Heep. I jest to moim zdaniem krzywdzące dla tego zespołu, że nie zawsze jest traktowany jako ta „czwarta” ważna grupa. Ważna dla rozwoju gatunku.

 

   Po raz pierwszy zetknąłem się a nagraniami Uriah Heep około 1977 roku. W tym czasie byłem niezwykle mocno zafascynowany płytami Deep Purple, i od razu skojarzyłem oba te zespoły.

Wydaje mi się, że najwcześniej usłyszałem album „The Magician's Birthday”. Pamiętam, że utwór „Sunrise” wywarł na mnie spore wrażenie. Oczywiście, jak to ja, rozpocząłem poszukiwanie nagrań wśród kolegów i rodziny. Następnym doświadczeniem było zdobycie płyty „Uriah Heep – Live'73”.

Ależ to był koncert. Nagrań dokonano w Birmingham, w czasie jednego występu. I nawet jeżeli potem dokonano jakichś korekt w studio, to podobno były one nieznaczne.

A zatem warto posłuchać, bo do dzisiaj stanowi pewien wzór. To koncert bardzo sprawnej grupy, nagrany na tzw. „setkę” czyli bez upiększeń, zmian kolejności utworów itp.

No i zawiera świetny materiał muzyczny. Obok „Made in Japan” Deep Purple i „Bursting Out” Jethro Tull zalicza się do najlepszych płyt koncertowych w historii rocka.

Właściwie jest to jedyna płyta Uriah Heep do której wracam bardzo często. Co najmniej dwa razy w miesiącu muszę, po prostu MUSZĘ jej wysłuchać od początku do końca. Gdybym tego nie robił, a próbowałem, czegoś by mi brakowało. Czegoś co uważam za niezbędne do życia, psychicznej higieny, czy jak zechcecie to nazwać.

W czasach, które opisuję album koncertowy był już traktowany jako „dzieło”.

Kiedy już wystarczająco zapoznałem się z owym „dziełem” i znałem je na pamięć, logiczne było, że będę eskalował wysiłki, żeby zdobyć pozostałe płyty.

Płyta „Very 'eavy..very 'umble” ich pierwsza, nie zrobiła na mnie szczególnie kolosalnego wrażenia, chociaż utwór „Gypsy” uważałem za powalający. I tak mi zostało na zawsze.

Natomiast wszystkie inne albumy, no może z wyjątkiem „Wonderland”, były w moim przekonaniu, naprawdę dobre. Właściwie potwierdzały tylko moje wcześniejsze wrażenia wyniesione ze słuchania płyty „Live'73”. Bardzo dobry zespół, z ciekawą wizją i niezwykłymi umiejętnościami instrumentalistów.

W ciągu niecałego roku zebrałem na kasetach wszystkie płyty Uriah Heep nagranymi z wokalistą Dave'm Byronem. Czyli wszystko to co powstało pomiędzy rokiem 1970 a 1976.

 

   Następne płyty, z nowymi wokalistami i wielokrotnie zmieniającym się składem najczęściej były już dla mnie rozczarowujące. Aż przyszedł moment, kiedy przestałem śledzić karierę tego zespołu.

Do tego stopnia, że kiedy zagrali na Stadionie X-lecia, jeszcze zanim powstał tam niechlubny Jarmark Europa, nie poszedłem na koncert.

Zresztą cały występ był transmitowany na żywo w Telewizji Polskiej. Jako ciekawostkę napiszę, że mieszkałem wtedy mniej więcej 7 kilometrów od Stadionu. Dźwięk koncertu był tak wyraźnie słyszalny pomimo tej odległości, że przy otwartym balkonie można było niemal „uczestniczyć” w koncercie. A zatem obraz miałem w telewizorze, a dźwięk dobiegał przez otwarte okno balkonowe.

Zaprawdę mocarne nagłośnienie koledzy z Uriah ze sobą przywieźli.

   Potem w prasie pojawiały się krytyczne artykuły, że sam koncert i owszem na najwyższym światowym poziomie wykonawczym, dramaturgia występu i dobór repertuaru doskonałe. Ale po wyjeździe zespołu na lotnisko, w garderobie znaleziono strzykawki po narkotykach, butelki po alkoholach z gatunku tych mocniejszych. Z tego ostatniego powodu jakaś część ówczesnej prasy wydawała się być zbulwersowana.

Jakby do tej pory nie zdawali sobie sprawy, że Uriah Heep jest jednym z tych zespołów, które uległy nałogom i to w znacznym stopniu.

   Alkohol i narkotyki towarzyszyły na artystycznej drodze wielu wykonawcom. Jedni się z tego potrafili szybko otrząsnąć, wyrwać z macek nałogu, innym dopiero po wielu, wielu latach się to udawało umiarkowanie lub wcale. No cóż. Rock'n'Roll nigdy nie był sportem zdrowym. Szczególnie dla zawodowców.

Nałogi były niemal od początku istnienia zespołu poważnym problemem.

Alkoholizm Dave'a Byrona dotkliwie dawał się we znaki nie tylko kolegom z grupy, ale także fanom, bo bywało, że albo koncerty przerywano w połowie, albo wręcz odwoływano.

A zresztą koledzy przecież także święci nie byli. Gitarzysta Mike Box i basista Gary Thain również za kołnierze nie wylewali, a ponadto bardzo cenili wszelkie używki uznawane za niedozwolone.

Uzależnienia były przyczyną z powodu której najsilniejszy skład zespołu ostatecznie przestał istnieć w 1976 roku. Wraz z odejściem wokalisty, a zaraz potem basisty, epoka świetności Uriah Heep zakończyła się bezpowrotnie.

I chociaż zespół istnieje do dzisiaj, nagrywa płyty i koncertuje, to od dawna w jego muzyce nie ma tego co tak przykuwało uwagę niegdyś.

 

Dyskografia:

(jak zwykle zaznaczam gwiazdką płyty bardzo dobre. Dwie gwiazdki oznaczają albumy wybitne)

 

1970 - Very 'eavy...Very 'umble

1971 – Salisbury   *

1971 – Look At Yourself   **

1972 – Demons & Wizards  *

1972 – Magician's Birthday   *

1973 – Sweet Freedom   *

1973 – Live'73   **

1974 – Wonderworld

1975 – Return to Fantasy  *

1976 – High and Mighty

1977 – Firefly

1977 – Innocent Victim

1978 – Fallen Angel

1980 – Conquest

1982 – Abominog

1983 – Head First

1985 – Equator

1989 – Raging Silence

1991 – Different World

1995 – Sea of Light

1998 – Sonic Origami

2008 – Wake the Sleeper

2011 – Into the Wild

2014 – Outsider

2018 – Living the Dream

 

Uriah Heep to jedna z legend brytyjskiego hard-rocka. Polecam ją każdemu, kto chce poznać pełne spektrum reprezentantów gatunku, który wpłynął w zasadniczy sposób na powstanie późniejszych nurtów jak choćby heavy-metal czy thrash-metal.

 

Marek „Maro” Kulesza

 

 

Odpowiedz