Przejdź do treści
Wczytuję...

Something with HTML textformat

RUSH – Duma Kanady

   RUSH to jedna z najciekawszych formacji pochodzących z kontynentu północno-amerykańskiego. Konkretnie z chłodnej Kanady.

Zespół, który początkowo był odbierany jako typowe power-trio, koncentrujące się na graniu muzyki jednoznacznie hard-rockowej i blues-rockowej. Ich pierwsza płyta zatytułowana po prostu „RUSH” mieściła utwory, które niektórym krytykom, zwłaszcza tym co złośliwszym, kojarzyły się bardzo z twórczością Led Zeppelin. Dlatego RUSH dosyć szybko został określony jako „Epigoni Led Zeppelin”. Prawdę mówiąc, nie do końca mogę się z takimi opiniami zgodzić. Owszem, chłopaki grają hard-rocka, ale robią to po swojemu. Być może momentami słychać delikatne inspiracje, ale moim zdaniem dotyczą Led Zeppelin jedynie w niewielkim stopniu. Wydaje mi się, że w momencie komponowania materiału na debiutancki krążek, byli zauroczeni także grupami w rodzaju: Mountain, CREAM, Jimi Hendrix Experience. Jednak sposób budowania utworów, a także brzmienie, było już wyłącznie ich własnym pomysłem.

   Ale ja nie zaczynałem słuchać RUSH od ich pierwszego albumu. Zdążyli nagrać ich kilka, zanim w ogóle o nich usłyszałem.

Mój pierwszy kontakt z tą muzyką nastąpił w 1978 roku. I jak to często bywało w moim przypadku, zawdzięczam ten fakt Piotrowi Kaczkowskiego i jego audycji „Mini-Max – Minimum słów, Maximum muzyki”.

   Nie wiedziałem jaką płytę będzie prezentował w ten konkretny, czwartkowy wieczór. Ale ponieważ ta audycja była dla mnie czymś, co zawsze gwarantowało świetną muzykę, przygotowałem zawczasu czystą kasetę magnetofonową, dostroiłem tuner najlepiej jak się dało i czekałem. Sama zapowiedź pana Piotra była bardzo obiecująca. Wcisnąłem klawisz nagrywania i po chwili z głośnika popłynęły pierwsze dźwięki. I wiecie co? Po pierwszych kilku minutach stwierdziłem, że to jednak chyba nie dla mnie. Już zamierzałem zakończyć nagranie i wyłączyć magnetofon, ale ostatecznie jednak tego nie zrobiłem. W końcu doprowadzenie nagrania do końca nic mnie nie kosztowało. Zawsze mogłem to wszystko w dowolnym momencie skasować.

Gdzieś tak w połowie prezentacji tej płyty, zrozumiałem, że jednak jakaś Siła Wyższa nade mną musiała czuwać, nie pozwalając przerwać nagrywania.

Muzyka zaczęła do mnie „docierać”. I nie tylko „docierać”, bo chwilę po zakończeniu audycji, uznałem za absolutnie konieczne, ponowne wysłuchanie całego materiału. Tego wieczoru, powtarzałem tą czynność jeszcze trzy razy.

Bezapelacyjnie RUSH mi się spodobał. Była to płyta „Hemispheres”. A największe wrażenie wywarła na mnie suita „Cygnus X-1”.

   Oczywiście powziąłem zamiar poszukania ich innych albumów. Tych wcześniejszych. I tu po raz pierwszy natrafiłem na całkiem spore trudności. Okazało się, że nie tylko ja dotąd nie znałem bliżej tego zespołu. Nikt z moich znajomych ani nie miał ich nagrań, płyt, ani nie posiadał jakiejś konkretniejszej wiedzy na ich temat. Dzisiaj, może się to wydawać dziwne, ale tak właśnie było.

Słuchałem co jakiś czas tej nagranej własnoręcznie kasety, nie przestając poszukiwać wcześniejszych albumów. I nic.

   Dwa lata później Piotr Kaczkowski przedstawił w Mini-Maxie ich kolejne dzieło. Płytę „Permanent Waves”. Był rok 1980.

Album różniący się od poprzedniego. Nie zawierający żadnej suity. Podzielony na kilka utworów, z których większość miała podobny czas trwania. Na „Permanent...” zespół zastosował jeszcze większą ilość brzmień syntezatorów, niż na „Hemispheres”. Jednak fundament hard-rockowy, był wyraźnie słyszalny i obecny we wszystkich „kawałkach”.

To bardzo dobra płyta, chociaż dzisiaj czasem czytuję opinie różnych recenzentów, że ich zdaniem wyraźnie słabsza od poprzednich. No cóż, co człowiek to inny gust. Mnie się ona bardzo podobała i tak mi zostało do dzisiaj.

Nadal nie mogłem trafić na nikogo, kto miałby inne płyty tej formacji. Trudno. Miałem już nagrane dwie i obie uważałem za bardzo pomysłowe połączenie hard-rocka i elementów rocka progresywnego.

   W następnym roku (1981) ukazała się kolejna płyta, czyli „Moving Pictures”. Stylistycznie, była to mieszanka wszystkiego tego, co już znałem z dwóch poprzednich albumów. Można ją uważać za swoiste dopełnienie tamtych.

Co ciekawe, nagle zaczęło się słyszeć więcej o RUSH. W szkole, na imprezach, w radio. Ludzie wymieniali swoje opinie. Jedni „kochali”, inni „nienawidzili”. Jak normalnie. Najważniejsze, że w tym czasie wiele osób weszło w posiadanie niektórych z poprzednich albumów.

   Bodajże pierwszym jaki zdobyłem od znajomych był „Fly by Night”. Nie ukrywam, że odrobinę mnie rozczarował. Zgrabne utwory, łatwe do przyswojenia, nie do końca pokrywały się z moimi oczekiwaniami. Dopiero po latach nauczyłem się tą płytę doceniać. Zrozumiałem, że miało to być swoiste „odcięcie się” od jednoznacznie hard-rockowej stylistyki debiutanckiego albumu. I rzeczywiście, jeżeli ktoś myślał, że grupa będzie kontynuowała brzmienie i sposób artykulacji znany z płyty „RUSH”, to musiał się mocno zdziwić.

Kompletnie inne podejście do sposobu grania i do brzmienia. Ta płyta w Kanadzie, USA i Europie Zachodniej sprzedawała się całkiem dobrze. Dodatkowo „pociągnęła” za sobą pierwszą płytę zespołu. Spory sukces.

   Kolejną płytą, którą zdobyłem był „Caress of Steel”. To kolejne ich wydawnictwo nagrane po „Fly...”. Tym razem trio postanowiło jeszcze bardziej odmienić oblicze. Ewidentnie kierowali się w ambitniejsze rejony. Brzmienie trochę inne, momentami lekko chropawe.

Jest to pierwsza płyta zawierająca obok klasycznych numerów, także rozbudowane, wielowątkowe suity. Trudno powiedzieć, czy chodzi o brzmienie, czy może słuchacze nie byli dotąd przyzwyczajeni do tego typu propozycji ze strony RUSH, w każdym bądź razie sprzedaż tego albumu nie zachwyciła wytwórni dla której grupa nagrywała.

Usilnie starano się zmusić muzyków, by kolejne wydawnictwo zawierało nagrania maksymalnie zbliżone do tego, co wszyscy już znali z ich drugiego albumu, czyli „Fly by Night”.

I wierzcie lub nie, ale większość grup, która za wszelką cenę pragnie jedynie popularności, pieniędzy, nagród itp. skwapliwie by na takie dictum przystała.

A RUSH nie.

Nie zgodzili się na jakiekolwiek ułatwianie swojej wizji. Nie interesowało ich bycie marionetkami w rękach managementu i zarządu wytwórni. A ponieważ mieli już inne propozycje współpracy, więc nie musieli się bać o przyszłość. Ostatecznie sprawa zakończyła się w taki sposób, że otrzymali od dotychczasowej wytwórni „zielone światło” co do kierunku swoich poszukiwań. A skoro tak, to postanowili taki układ wykorzystać w pełni.

    „2112” była ich kolejnym albumem. Również była to moja kolejna zdobycz, tym razem przegrana na magnetofonową szpulę z oryginalnej płyty, którą przywieziono mojemu koledze z tak egzotycznego dla nas „zachodniego świata”.

Oj. Kiedy ją przegrywałem, jednocześnie jej słuchając, kilkakrotnie zdarzyło mi się wysapnąć takie „oj”. Nie da się ukryć, że zespół poszedł w stronę, przed którą tak usilnie starano się go powstrzymać. Całą pierwszą stronę (na winylu) wypełniała bardzo skomplikowana, różnorodna suita. Druga stronę przeznaczono na kilka krótszych utworów. Ale nie było w tym niczego z przysłowiowego „krakowskiego targu”. Bo nawet te krótsze utwory na pewno nie należały do łatwych.

Płyta doskonała. Do dzisiaj wielu fanów, uważa ją za swoiste OPUS MAGNUM zespołu.

Nie ukrywam, że lubię jej słuchać. Czasem robię sobie dłuższą przerwę, trwającą pół roku lub nawet dłużej. Potem, kiedy znowu zasiadam wygodnie żeby się w nią wsłuchać, robi na mnie wciąż świeże, wciąż piorunujące wrażenie. Myślę, że jest to jedna z tych pozycji, jaką każdy fan ambitniejszego rocka powinien posiadać w kolekcji.

   Następnie wpadła mi w ręce ich płyta koncertowa pt. „Exit...Stage Left”.

To była ich już druga „koncertówka”. Pierwszej dotychczas nie miałem możliwości usłyszeć.

Exit...” wydana w roku 1981, zawierała fragmenty koncertów nagranych na przełomie 1980/1981. Cały materiał muzyczny pochodził z płyt wydawanych pomiędzy 1976 a 1980 rokiem.  Czyli od legendarnej „2112” do „Moving Pictures”.

Trzeba zaznaczyć, że dla większości najwierniejszych fanów był to najbardziej twórczy i interesujący okres w całej historii zespołu. I ja również skłaniam się ku tej teorii.

A co do samej płyty, to trzeba przyznać, że to kawał uczciwej, solidnej roboty wykonanej na scenie. Trochę szkoda, że nie jest to zapis jednego występu. Ale i tak robi wrażenie.

Pamiętam, że kiedy przesłuchiwałem ten dwupłytowy album po raz pierwszy, trochę zastanowił mnie tak duży udział syntezatorów. O ile traktowałem to jako normę w przypadku albumów studyjnych, to na koncercie spodziewałem się, że będzie tej elektroniki znacznie mniej.

Dlaczego? Bo zarówno gitarę basową, wokal i syntezatory w trakcie sesji studyjnych obsługiwał jeden człowiek – Geddy Lee. Nigdy bym nie przypuszczał, że na koncercie zajmie się osobiście wszystkimi tymi funkcjami. A ponieważ na okładce płyty figurował jako jedyna osoba, która grała na tych instrumentach, zacząłem podejrzewać jakieś małe oszustwo. Albo jakieś partie klawiszy zostały dograne w studio na etapie post-produkcji, albo na koncercie syntezatory obsługiwał jakiś kontraktowy klawiszowiec, którego z jakiegoś powodu nie wymieniono w opisie.

Myślałem tak, dopóki niedługo później nie zobaczyłem na video jednego z tych koncertów.

No cóż...Stało się dla mnie jasne, że Geddy Lee jest absolutnym geniuszem. Nie tylko fenomenalnie gra na basie, jednocześnie zajmując się śpiewaniem, w dodatku jego partie basowe i wokalne miewają niezwykle skomplikowane rytmicznie fragmenty, to jeszcze znajduje czas na obsłużenie syntezatorów. Zarówno klasyczne manuy (klawiatury obsługiwane dłońmi), jak i specjalnie zaprojektowane zestawy pedałów, które generują różne dźwięki. Hmmm...

Mało kto na świecie potrafi takie rzeczy pogodzić.

 

   Kolejną zdobyczą fonograficzną był dla mnie album „A Farewell to Kings” nagrany w 1977 roku. Płyta mogąca być kontynuacją słynnej „2112”. Niemal identyczne brzmienia, podobny sposób myślenia. To niezwykle dobra płyta, ale osobiście z tamtego okresu wolę jednak właśnie „2112”.                                                                                                              Natomiast każdy, komu „2112” się spodoba, a następnie sięgnie po „A Farewell to Kings”, z pewnością nie poczuje się rozczarowany, czy wręcz zawiedziony. Znam ludzi, którzy oba te albumy wymawiają jednym tchem, jako niemal nierozłączną całość artystyczną, stylistyczną i brzmieniową.

   Jak łatwo zauważą czytelnicy naszej strony, którzy w dodatku doskonale orientują się w twórczości RUSH, udało mi się w roku 1981 zgromadzić wszystkie dotąd wydane albumy z wyjątkiem pierwszej „koncertówki” pt. „All the World's a Stage”. Z niemałym wstydem muszę przyznać, że nie mam jej do dzisiaj. Raz, czy dwa zdarzyło mi się ją usłyszeć u znajomych, ale warunki zazwyczaj były mało melomańskie. Przyswajanie płynów z różnych sfermentowanych zbóż lub owoców, raczej nie sprzyja dokładnym analizom materiału muzycznego.

   Potem nastały długie lata, kiedy moje muzyczne fascynacje przesunęły się na kompletnie inne obszary i nie starałem się nawet zbierać na bieżąco kolejnych albumów. Tym bardziej, że jak się okazało koncertowy album „Exit...Stage Left” był czymś w rodzaju rozliczenia grupy z dotychczasowymi klimatami. Zakończeniem ambitnego, wirtuozerskiego okresu w ich historii.

A skoro tak, to nie miałem już czego śledzić z zapartym tchem.

   Owszem, w następnych latach docierały do mnie artykuły, recenzje i opinie dotyczące ich następnych płyt, ale wszystkie zazwyczaj jasno określały ten nowo obrany kierunek jako niemal pop-rock, momentami lekko przemieszany z nową falą. Syntezatory dominowały w każdej piosence.

Prawdę powiedziawszy takie klimaty w ogóle mnie nie interesowały.

Zresztą trzeba sobie jasno uzmysłowić, że ta wolta w stronę lżejszych, łatwiejszych utworów, szybko się na grupie zemściła. Być może zyskała jakąś niewielką ilość nowych słuchaczy, ale straciła znacznie większą rzeszę tych starszych, dla których RUSH był czymś niezwykle ważnym.

Zwróćcie uwagę, że wykonali to samo i w tym samym czasie, co YES, Jethro Tull czy Genesis.

Trudno.

 

   Nagrywali kolejne coraz bardziej trywialne i banalne płyty. W sumie sześć. Dopiero w 1993 roku coś się powoli zaczęło zmieniać.

Płyta „Counterparts” zwiastowała kolejny zwrot sytuacji. Choć nadal była wypełniona stosunkowo prostymi utworami, i nadal ogromną rolę pełniły syntezatory, to jednak wyraźnie słyszało się tęsknotę zespołu za dawną chwałą herosów ambitnych połączeń hard-rocka i art-rocka. I od tego momentu, powoli, krok za krokiem i płyta za płytą, grupa coraz bardziej przypominała ten dobry stary RUSH.

   Niektóre z tych płyt słyszałem, ale jedynie fragmentarycznie, więc trudno mi się wypowiedzieć co do całości materiału na nich zawartego. Jednak rzeczywiście można chyba stwierdzić, że z płyty, na płytę zespół wracał do coraz bardziej ambitnych klimatów.

Być może z czasem postaram się i te albumy dodać do mojej kolekcji.

Kolejne już się raczej nie ukażą, ponieważ na początku 2018 roku grupa podjęła decyzję o ostatecznym zakończeniu działalności.

Na ewentualną, choćby krótkotrwałą reaktywację nie ma już nawet cienia szansy, ponieważ w styczniu 2020 roku zmarł Neil Peart. Nie tylko genialny perkusista, ale również twórca wszystkich tekstów zespołu.

 

Muzycy

Niemal od samego początku działalności (z wyjątkiem debiutanckiej płyty), RUSH tworzyli niezmiennie ci sami muzycy:

  • Geddy Lee – wokal, gitara basowa, instrumenty klawiszowe

  • Alex Lifeson – gitary

  • Neil Peart – perkusja, instrumenty perkusyjne, teksty

 

Ciekawostką może być fakt, że czasem RUSH bywa nazywany (nieco złośliwie) jedyną kapelą słowiańską, która zrobiła olbrzymią karierę na całym świecie. Trochę prawdy w tym jest, ale nie do końca. Skąd się wzięło takie określenie?

Otóż Geddy Lee jest synem polskich żydów, którzy wyemigrowali z kraju w 1947 roku

Alex Lifeson (prawdziwe nazwisko Alexa Żivojinović) jest potomkiem emigrantów z Jugosławii

Neil Peart (w niektórych biografiach występuje jako Nicola Petrović) i podobno jego dziadkowie również byli jugosłowiańskimi emigrantami.

Jeżeli zaś chodzi o umiejętności muzyków, to zawsze byli oni uważani za wyjątkowych mistrzów w opanowaniu swoich instrumentów. Podziw budzili szczególnie Geddy Lee za umiejętność godzenia dosyć trudnych partii basu, ze śpiewem, który często prowadzony był w całkowicie innych podziałach rytmicznych. Neil Peart imponował nowatorskimi pomysłami rytmicznymi, dokładnym, niemal klinicznie czystym uderzeniem i umiejętnością obsługi instrumentów perkusyjnych w rodzaju wszelkich wibrafonów, glockenspielów, dzwonów rurowych itp. Alex Lifeson uważany był za jednego z najciekawszych gitarzystów. Zarówno jeśli chodzi o dokładność gry, jak i wykreowane brzmienie.

Interesujące dla czytelników może być także to, że „chłopcy z Kanady” byli uważani za jeden z najinteligentniejszych bandów rockowych w historii. I w tym przypadku nie chodzi mi o ich muzykę, ale o indywidualny intelekt każdego z nich.

Teksty

Od momentu przystąpienia do zespołu, czyli od drugiej płyty („Fly by Night”) autorem wszystkich tekstów był Neil Peart. Jego teksty, podobnie jak teksty zespołu YES przez jednym krytyków uważane są za grafomańskie, przez innych za czystą, wyjątkowo wysublimowaną poezję.

 

 

Dyskografia

(jak zawsze jedną gwiazdką oznaczam płyty bardzo dobre, dwiema płyty wybitne)

 

STUDYJNE

 

1974 – RUSH

1975 – Fly by Night *

1975 – Caress of Steel *

1976 – 2112 **

1977 – A Farewell to Kings **

1978 – Hemispheres **

1980 – Permanent Waves **

1981 – Moving Pictures **

1982 – Signals

1984 – Grace Under Pressure

1985 – Power Windows

1987 – Hold Your Fire

1989 – Presto

1991 – Roll the Bones

1993 – Counterparts

1996 – Test for Echo

2002 – Vapor Trails

2004 – Feedback (EP)

2007 – Snakes & Arrows

2012 – Clockwork Angels

 

KONCERTOWE

 

1976 – All the World's a Stage

1981 – Exit...Stage Left **

1989 – A Show of Hands

1998 – Different Stages

2003 – Rush in Rio

2005 – R30: Anniversary World Tour

2006 – Grace Under Pressure Tour

2008 – Snakes & Arrows Live

2011 – Time Machine: Live in Cleveland

 

Wpływ na inne grupy

Do inspiracji twórczością RUSH przyznawało się wielu wykonawców. W muzyce niektórych z nich jest to wyraźnie słyszalne, a w przypadku innych dosyć trudno to uchwycić.

Wśród grup, które twierdzą, że gdyby nie fascynacja RUSH, to prawdopodobnie nigdy nie rozpoczęłyby kariery, są między innymi: Dream Theater, Tool, Iron Maiden, oraz co może się wydawać zaskakujące: Metallica, Anthrax, Primus

 

Marek „Maro” Kulesza

Odpowiedz