Przejdź do treści
Wczytuję...

OMEGA

Something with HTML textformat

 

Oraz kilka najbardziej popularnych w Polsce  grup rockowych z Krajów Demokracji Ludowej

Lata 70-te

 

Czytelnicy śledzący na bieżąco historię mojego poznawania muzyki rockowej wiedzą już jak przebiegał ten proces. Orientują się, że w tamtym czasie najwyżej ceniłem wykonawców brytyjskich, ale lubiłem także niektóre propozycje z innych krajów Europy, lub zza oceanu.

Czasem klienci dokonujący zakupu w Sklepie Audio Vintage w którym pracuję, powołują się na lekturę tych moich wspomnień. Jest to zawsze okazja to wymiany poglądów i wspominków.

Kilka razy dzwonili do mnie ludzie, którzy dziękowali za przypomnienie im ich młodości i zainteresowań, które w dużej mierze pokrywały się z moimi.

Co ciekawe zarówno ci pierwsi jak i drudzy pytali mnie, czy pamiętam także grupy pochodzące z krajów socjalistycznych, które w tamtym okresie były bardzo popularne w naszym kraju i czy również mam dla nich jakiś sentyment.

 

Przypomnę tylko, że w moich wspomnieniach nadal jesteśmy w latach 70-tych...

 

Pamiętam te kapele z bratnich państw. Kilka z nich było naprawdę bardzo dobrych i rzeczywiście nie tylko ja, ale także większość moich szkolnych kolegów posiadała ich longplaye.

W tamtym czasie chyba najbardziej znane i lubiane były zespoły z Węgier. Było ich dużo i miały u siebie łatwiejsze życie niż rockmani z NRD, Czechosłowacji i Polski. Niewykluczone, że tamtejsza władza życzliwszym okiem spoglądała na ten typ twórczości. A może po prostu nie widziała sensu w rzucaniu kłód pod nogi bożyszczom miejscowej młodzieży.

 

OMEGA

Kiedy zacząłem interesować się rockiem OMEGA była w Polsce już od dłuższego czasu zespołem o statusie niemal legendy. Nic dziwnego. Wszakże ich drugi album wydany w 1969 roku zawierał dwa genialne utwory: „Gyongyhaju lany” i „Tizezer lepes”. Oba świetnie wpasowywały się w rodzące się w światowej muzyce nowe nurty. Po trosze jeszcze psychodeliczne, po trosze już progresywne, cieszyły się znaczną popularnością nie tylko na Węgrzech i sąsiednich krajach, ale także zostały dostrzeżone w Wielkiej Brytanii i Japonii.

Do dzisiaj „Gyongyhaju Lany” („Dziewczyna o perłowych włosach”) jest utworem bardzo często prezentowanych w rozgłośniach radiowych na całym świecie. Ośmielę się zaryzykować twierdzenie, że ten kawałek zna niemal każdy. Nawet jeżeli nie wie, że to utwór OMEGI.

Podobna sytuacja dotyczy kompozycji „A Whiter Shade of Pale”. Chyba wszyscy ją słyszeli, ale mało kto wie, że jej autorami są muzycy PROCOL HARUM. Oczywiście PROCOL HARUM to Anglicy, więc teoretycznie mieli łatwiejszy dostęp do słuchaczy na całym świecie niż węgierska OMEGA.

A jednak i Węgrom udało się zaistnieć poza własnym krajem. Po latach powstawały nawet covery „Dziewczyny o perłowych włosach”. Nagrali je między innymi; polski KULT (po węgiersku) i niemiecki SKORPIONS (po angielsku).

Utwór ten, w oryginalnym wykonaniu, towarzyszy mi przez całe życie. Nie mam aktualnie żadnej płyty OMEGI, ale nie wyobrażam sobie sytuacji, żeby choć raz w miesiącu ta piosenka nie zagościła na antenie którejś z polskich stacji rockowych.

 

Wróćmy jednak do mojej opowieści. Kiedy poznałem OMEGĘ, jej płyty pojawiały się w polskich sklepach z płytami, księgarniach, a nawet w „budkach RUCH-u” (małych kioskach lub sklepikach należących do zrzeszenia RUCH). Ale były to longplaye wydawane na bieżąco, natomiast nie można było nigdzie kupić albumów z początkowego okresu działalności zespołu.

Legendarna płyta „10 000 lepes” była niczym marzenie ściętej głowy. Nawet w Instytucie Węgierskim jej nie miewali. Trzeba było cieszyć się tym co było na rynku. I tym właśnie cieszyliśmy się, ja i moi rówieśnicy...

OMEGA z każdą kolejną płytą coraz mocniej sterowała w kierunku mieszanki progresywnych klimatów z hard-rockiem i zyskiwała coraz większą popularność w Polsce. Wielokrotnie koncertowała w warszawskiej Sali Kongresowej, każdorazowo zapełniając ją po brzegi.

Jednak mimo całego szacunku dla tej grupy, zawsze mi czegoś brakowało w ich muzyce. To nie było do końca to brzmienie i ten typ kompozycji, które mogłyby mnie przekonać w stu procentach.

 

LOCOMOTIV GT

W 1976 roku Polskie Nagrania wydały płytę „Locomotiv GT – In Warsaw” będącą rejestracją koncertu, który zespół zagrał w tym samym roku w Sali Kongresowej.

Kiedy pojawiła się w sklepach ustawiały się po nią kolejki. Dziwne? Być może trochę dziwne, ale takie były czasy. Jakimś cudem fani rocka dowiedzieli się, że nakład tego albumu będzie niewielki, więc każdy bał się że jeżeli nie kupi go od razu i będzie zwlekał zbyt długo, to być może będzie musiał obejść się smakiem.

Stałem w takiej kolejce. Jakieś trzy urocze godzinki...

Przyniosłem płytę do domu i położyłem na talerzu gramofonu.

Zupełnie inny świat od tego który zdążyłem dotąd poznać. Bo muszę się przyznać, że wcześniej słyszałem o węgierskiej supergrupie o nazwie Locomotiv GT, ale nie miałem okazji jej posłuchać. Z rozmów starszych, bardziej „dorosłych” kolegów mogłem tylko wnioskować, że to solidny i ciekawy zespół. To od nich wiedziałem, że Locomotiv jest klasyczną supergrupą złożoną z muzyków którzy wcześniej grali w OMEGA, HUNGARIA i METRO. Na bazie tych opowieści chyba oczekiwałem czegoś innego.

Nie ukrywam, że słuchałem „In Warsaw” w kółko. Początkowo wyłącznie po to, żeby się do tej muzyki jakoś przekonać. W końcu uczciwie ją wystałem w kolejce. I udało się. Po mniej więcej dwudziestu przesłuchaniach w końcu mnie olśniło. Zrozumiałem tą przecież wcale niełatwą twórczość madziarskich wirtuozów. Potem już z najprawdziwszą przyjemnością wyjmowałem ten album z okładki i umieszczałem na gramofonie.

O ile wśród starszych kolegów LOCOMOTIV GT był zespołem szanowanym, to moi rówieśnicy zupełnie nie rozumieli o co w tym chodzi. Byłem jedyną osobą w klasie która miała płytę LOCOMOTIVU. I nie tylko miała, ale także jej słuchała.

Słyszałem potem kilka innych płyt tej grupy, ale jednak mnie nie przekonywały. W moim pojęciu zespół był bardzo nierówny. W ramach jednej płyty świetne kawałki sąsiadowały z bardzo kiepskimi. Ponadto po każdej w miarę niezłej płycie, pojawiała się następna, która była bardzo nieciekawa.

Nie mogłem też się połapać w dyskografii zespołu.

Wtedy nie dysponowałem takimi informacjami do jakich mam dostęp dzisiaj. Nie wiedziałem, że LOCOMOTIV GT prowadził swoją karierę niejako dwutorowo. Będąc czymś w rodzaju węgierskiego towaru eksportowego, nagrywał płyty przeznaczone na rynek węgierski, a jednocześnie na Zachodzie i w USA ukazywały się inne wydawnictwa. Nie chodzi o anglojęzyczne wersje oryginalnych albumów, ale o kompletnie inny materiał muzyczny.

Spore zamieszanie.

I właśnie to zamieszanie, oraz brak wyrównanego poziomu twórczego, spowodowały że nigdy nie przywiązałem się do LOCOMOTIV GT.

 

GENERAL

Tak naprawdę to GENERAL był tą pierwszą węgierską grupą którą usłyszałem.

Nie miałem nigdy żadnego jej albumu, ale moi koledzy mieli nagrany w języku angielskim „Rockin' and Rollin'”. Ktoś nawet miał płytę „General II”. I tyle...

Pamiętam, że szczególnie ta anglojęzyczna płyta podobała nam się bardzo. Wtedy żaden z nas nie potrafiłby sprecyzować jaki to był gatunek rocka. Ważne że był to rock!

Dzisiaj mogę się pokusić o zdefiniowanie tej niezwykle bogatej i bardzo eklektycznej mieszanki różnych wpływów. Bo nie oszukujmy się, GENERAL z pewnością nie należał do kasty twórców odkrywczych i oryginalnych.

Cała ta muzyka była czymś w rodzaju bezpośredniego nawiązania do tego co wtedy (i kilka lat wcześniej) robili muzycy z zespołów SLADE, SLY AND THE FAMILY STONE, GENTLE GIANT. Jeśli w miarę dobrze zna się twórczość tamtych, jakże świetnych w swoich gatunkach wykonawców, to bardzo łatwo doszukać się analogii czy wręcz zapożyczeń.

Tak czy siak, GENERAL robił niezłe wrażenie.

W dodatku był także jedną z najbardziej zapracowanych koncertowo formacji z Obozu Socjalistycznego. Był chętnie zapraszany do Polski, NRD, Czechosłowacji i Jugosławii, ale sporą część każdego roku spędzał występując w Holandii, Niemczech, Francji, a także Wielkiej Brytanii.

Ta energetyczna, lecz mocno wtórna muzyka nie była w stanie zainteresować mnie na tyle żebym chciał kupować płyty GENERAL.

 

SKORPIO

To kolejna węgierska supergrupa. Założona w 1973 roku przez byłych muzyków LOCOMOTIV GT, HUNGARIA i MINI.

Myślę, że działo się to w 1976 roku, kiedy będąc w domu u kolegi z klasy zobaczyłem okładkę płyty „A rohanas” (debiutanckiego albumu z 1974).

Nic nie wiedziałem ani o takim zespole, ani o tej płycie. Tak naprawdę należała do starszego brata mojego kolegi. Po uzyskaniu jego zgody mogłem jej posłuchać, a potem nawet na kilka dni pożyczyć. A pożyczyć bardzo chciałem, bo ta płyta niesamowicie na mnie działała.

Wszystko mi na niej odpowiadało; brzmienie, dynamika, melodyczność. Wydała mi się dziełem absolutnie fenomenalnym. Nawet to, że zawierała coś tak nietypowego jak rockowa wersja „Blue Rhapsody” Gershwina. Dzisiaj myślę, że było to nieco ryzykowne posunięcie ze strony zespołu i chyba niepotrzebne, bo nie do końca pasowało do reszty materiału. I to jedyny zgrzyt na tej płycie. Pozostałe utwory były doskonałe!

Tak też uważam do dzisiaj i chętnie wracam do tej płyty. Niestety nie mam jej na CD, więc jestem skazany na różne portale muzyczne. Ale jeśli znajdę ją gdzieś za niezbyt wysoką kwotę to z pewnością ja nabędę...

Następne płyty SKORPIO: „Unnepnap” i „Kelj fel” wydały mi się już znacznie słabsze. Pozbawione tej niesamowitej energii i chwytliwości jakie wypełniały pierwszy album.

 

PIRAMIS

To chyba ostatnia rockowa grupa z Węgier której przez jakiś czas lubiłem słuchać.

W 1979 roku wydała płytę koncertową pod tytułem „A nagy buly”. Wcześniej nic o tej formacji nie wiedziałem, ale zobaczyłem tą płytę w sklepie i nabyłem ją trochę w ciemno. Skusiła mnie jej okładka. Było to „rozmyte” zdjęcie przedstawiające zespół w trakcie występu.

Tego zakupu nie żałowałem. Solidny koncert bardzo przyzwoitego zespołu o charakterystycznym brzmieniu przypominającym pierwszą płytę SKORPIO.

Z perspektywy czasu łatwo zauważyć, że węgierskie grupy nawiązujące do hard-rocka wypracowały własne, niepowtarzalne brzmienie. Dzisiaj z pewnością może ono wielu słuchaczy nieco razić, lub nawet śmieszyć, ale miało swój urok.

Dopiero po dokładnym przyswojeniu materiału z „A nagy buly” rozpocząłem poszukiwania ich wcześniejszych nagrań. Wbrew pozorom nie było to szczególnie trudne, bo jak się okazało niemal każdy z moich kolegów miał w domu któryś z ich pierwszych trzech albumów (płyta koncertowa była czwartym albumem). Co prawda na ogół były własnością starszych braci i sióstr, ale bez problemów uzyskiwałem zgodę na ich przegranie.

Nie wszystkie mi się podobały. Każdy zawierał po dwa-trzy ciekawe utwory i niezbyt interesującą resztę. Moim zdaniem, gdyby z trzech pierwszych płyt PIRAMIS zebrać najlepsze numery, to powstałby jeden album niemal genialny.

 

COLLEGIUM MUSICUM

Ten zespół był jedynym pochodzącym z Czechosłowacji, który trochę „namieszał” wśród polskich fanów progresywnego rocka.

Grupa przechodziła różne koleje losu nie mogąc się jednoznacznie zdeklarować czy chce być świetną, ambitną formacją progresywną, czy jedynie zespołem akompaniującym innym czechosłowackim wykonawcom (piosenkarzom).

COLLEGIUM MUSICUM wydało w 1973 roku doskonały album koncertowy pt. „Live” i cieszył się on w Polsce znaczną popularnością wśród publiczności szukającej możliwie najambitniejszego podejścia do muzyki. Ten album w pełni takie oczekiwania spełniał.

Płytę wypełniały utwory wyłącznie instrumentalne, będące rockowymi adaptacjami dzieł muzyki poważnej. Całość przypominała nieco legendarne „Pictures at an exhibition” supergrupy EMERSON, LAKE & PALMER.

Od tej płyty długo nie mogłem się uwolnić. Miałem ją jedynie przegraną na kasetę której nie kasowałem przez dobre pięć lat. Pożyczyłem ją komuś i ślad po niej zaginął.

Jeżeli trafię gdzieś na wydanie CD, to z pewnością je kupię.

 

DIE PUHDYS

Grupa z NRD. Chyba jedyna, której płyty posiadało wielu moich znajomych.

Ich muzyka była przedziwną mieszanką różnych trendów. Zawierała pierwiastki klasycznego rocka, folk-rocka, a nawet elementy hard-rockowe, czy glam-rockowe.

Dawało się tego słuchać w miarę przyjemnie, chociaż w moim pojęciu DIE PUHDYS nie dorównywało grupom węgierskim.

Natomiast w 1977 roku nagrali płytę, która w Polsce była rozchwytywana. „Rock'n'roll Music” było zestawem największych i najbardziej znaczących kompozycji z okresu wczesnego rock and rolla, ale zaaranżowanych nowocześnie i zagranych znacznie ostrzej.

 

 

PODSUMOWANIE

We wczesnej młodości przeszedłem okres fascynacji niektórymi twórcami z krajów socjalistycznych. Po pierwsze część z nich była całkiem niezła, po drugie o ich nagrania było w ówczesnej rzeczywistości o wiele łatwiej niż o płyty wykonawców zachodnich.

Albumy grup z Węgier, Czechosłowacji i NRD pojawiały się w polskich sklepach płytowych i księgarniach. Czasem sprzedawano je również w kioskach RUCH-u. Bywało tez tak, że po te najciekawsze i najbardziej poszukiwane chodziło się do Instytutu Węgierskiego i Czechosłowackiego.

Chciałbym także przypomnieć, że płyty wydawane przez „bratnie” wytwórnie fonograficzne w rodzaju Pepity, Hungarotonu, Amigi i Supraphonu nie tylko były świetnie wytłoczone, ale były opakowane w piękne, doskonale wykonane okładki często przewyższające poziomem poligrafii wyroby z „Zachodu”.

Naszym krajowym wytwórniom: Polskim Nagraniom i Tonpressowi nigdy taka sztuka się nie udała.

Przykre.

 

 

Marek „Maro” Kulesza

 

 

 

 

 

Odpowiedzi

Agata (niezweryfikowany)
śr., 01/26/2022 - 00:02 Adres
Dzięki takim artykułom człowiek dowiaduje się o ciekawych artystach. Nie miałam pojęcia o większości z nich. Dziękuję. Aga
marek
śr., 01/26/2022 - 18:33 Adres
Aga. Dowiadywać się czegoś nowego to jedno. Ale choćby w internetach można dzisiaj tamtych kapel posłuchać i ocenić Ale nie z perspektywy minionego czasu tylko przeanalizować ich twórczość na tle tego co wówczas się działo na świecie. Można się zdziwić.
Polecam podobny artykuł o polskich zespołach z lat 70-tych... Też nie byliśmy tacy najgorsi.
Naprawdę warto się o tym przekonać "własnousznie". :-)

Napisz komentarz