Przejdź do treści
Wczytuję...

Lato Miłości 1967 - 1970

Something with HTML textformat

Kiedy rozmawiam z różnymi ludźmi o tamtych czasach, większość z nich myśli, że tak zwane „Lato Miłości” miało swój początek, a zarazem koniec, podczas festiwalu w Woodstock w 1969 roku.

To błąd. W rzeczywistości Lato Miłości, czasem określane także jako Czas Wodnika trwało przez ponad trzy lata.

Kiedy się rozpoczęło? I tu jest mały problem, ponieważ jego początek przypisuje się dwóm wydarzeniom. Pierwszym było wydanie w maju 1967 przez grupę The Beatles albumu „Sgt. Peppers Lonely Hearts Club Band”. Drugim festiwal muzyczny w Monterey (Kalifornia), który odbył się w połowie czerwca tego samego roku. Zdania badaczy tamtej epoki, głównie socjologów, są podzielone, a każda frakcja zażarcie broni swoich teorii.

Moim zdaniem jednak to festiwal Monterey Pop był zarzewiem całej serii wydarzeń, głównie muzycznych, ale także obyczajowych i socjologicznych, które miały zmienić świat na zawsze. Oczywiście zmienić na lepszy. Cała ideologia Dzieci Kwiatów, czyli hippisów opierała się właśnie na przeświadczeniu, że zastana przez ich pokolenie rzeczywistość może zostać naprawiona, uleczona i niemal zbudowana od nowa. Miłość i Pokój, były głównymi hasłami, niemal motto tej subkultury. Hippisi wyrzekali się przemocy, wojen, przymusu, zinstytucjonalizowanych religii i niemal wszystkiego co należało do dotychczasowego, tradycyjnego sposobu myślenia społeczeństw zachodnich.

Hasła „Make Peace not War” oraz „Peace and Love” ozdabiały flagi i ubrania podczas wszelkich, częstych w tamtych latach manifestacji. A manifestowano przede wszystkim przeciwko wojnie w Wietnamie (pod koniec lat 60-tych miała miejsce eskalacja działań wojennych w Wietnamie), ale również przeciwko rasizmowi, nierównemu traktowaniu kobiet (temat ostatnio powrócił w naszym kraju). Walczono także o prawa wszystkich mniejszości seksualnych. W trakcie takich manifestacji, które często budziły nadmierną wściekłość kół rządzących i brutalność policji, hippisi reagowali na agresję w sposób być może dzisiaj zaskakujący. Do nadstawionych w ich kierunku luf karabinowych wtykali kwiaty. Kwiaty tak kolorowe jak oni sami.

1967 Monterey Pop Festival

W połowie czerwca 1967 ta kolorowa niczym ptaki i wolna jak ptaki społeczność zjechała się do Monterey w Kalifornii, leżącego opodal San Francisco. A San Francisco, jak zapewne wiecie to miasto uważane za kolebkę hippisów. Czyli spora część z nich daleko nie miała...

Trzy dni przeznaczone na koncerty wielu rockowych wykonawców, odbiły się szerokim echem na całym świecie i właściwie od razu przeszły do historii, i to nie tylko tej dotyczącej muzyki, ale również stały się obiektem badań socjologów, psychologów i wszelkich naukowców zgłębiających zagadnienia społeczne.

Na festiwalu wystąpiło wielu debiutantów ramię w ramię z już uznanymi gwiazdami rocka, country, bluesa i blues-rocka.

Nie będę wymieniać wszystkich, ale popatrzcie na skrócona listę:

Johnny Rivers

The Animals

Simon & Garfunkel

Canned Heat

Janis Joplin

Country Joe and The Fish

Al Kooper

Paul Butterfield Blues Band

Steve Miller Band

Moby Grape

The Byrds

Jefferson Airplane

Booker T and The M.G.'s

Otis Redding

The Jimi Hendrix Experience

Ravi Shankar

Buffalo Springfield

The Who

Grateful Dead

Scott McKenzie

The Mamas & the Papas

Większość z tych wykonawców jeszcze nie miała płytowego debiutu. W swoich kręgach byli znani, cenieni, ale brakowało zainteresowania wytwórni fonograficznych. Udział w festiwalu dał im jeszcze większą popularność wśród fanów rocka i przyciągnął uwagę wydawców.

Należy przypomnieć, że to właśnie tam rozpoczęła się oszałamiająca, światowa kariera Jimiego Hendrixa. Także Grateful Dead, Jefferson Airplane i Canned Heat miały odtąd stać się nowymi bohaterami. Symbolami tej nowej, szybko zdobywającej sympatię subkultury.

Tylko The Who, The Animals, Otis Reding i Simon & Garfunkel byli w tym gronie gwiazdami ogólnoświatowymi.

Jednocześnie stało się jasne, że tak wielkie przedsięwzięcia jak Monterey Pop, mogą być organizowane cyklicznie i przyciągać kolejne rzesze publiczności łaknącej nowych doznań muzycznych, towarzyskich i takich o których nie wypada pisać wprost...

A przypomnę, że zgromadzona publiczność liczyła nieco ponad 200 tysięcy fanów.

1968

Pomimo, że Monterey uznano za wielkie wydarzenie, godne powtórzenia, nie udało się tak wielkiego przedsięwzięcia powtórzyć w 1968 roku. Managerowie poszczególnych zespołów próbowali co prawda organizować wspólne występy kilku grup, ale nie było to łatwe. Wcześniej umówione terminy koncertowe większości zespołów były na tyle rozrzucone w kalendarzu, że wspólne mini-festiwale nie doszły do skutku. Inna sprawa, że koncentrowano się głównie na znanych kapelach, całkowicie ignorując rokujących potencjalną karierę debiutantów.

1969 (Woodstock)

W świadomości wielu osób słabo znających historię muzyki rockowej, a także historię poszczególnych subkultur, to właśnie rok 1969 był tym, co funkcjonuje jako pojęcie „Lata Miłości”  Kojarzą z tym terminem jedynie sam festiwal Woodstock i te kilka dni przed i po tym wydarzeniu.

A wydarzenie było zaiste wielkie. I wysiłek organizatorów olbrzymi. Festiwal miał przynieść duży zysk, niestety już pierwszego dnia okazało się, że dochodu nie będzie i jeżeli zwróci się nakład na organizację, wypłaty dla artystów, to i tak będzie to cudem.

Dlaczego tak się stało? Otóż na farmę Woodstock zjechało tylu fanów, że jeszcze przed początkiem pierwszego występu zabrakło biletów. A wciąż nadjeżdżały następne fale miłośników muzyki. Wszystkie drogi dojazdowe w promieniu 20-tu kilometrów, były całkowicie zakorkowane pojazdami różnego typu, wśród których królowały pomalowane jaskrawo i kwieciście Volkswageny Garbusy i Volkswageny Transportery T1. Szczególnie ten drugi jest do dzisiaj uznawany za symbol tamtych wyzwolonych, kolorowych czasów.

A sokoro padło słowo „Wolność”, to i organizatorzy postanowili ostatecznie „uwolnić” całą imprezę. Zdemontowano bramki, płotki i każdy kto chciał mógł swobodnie poruszać się po całym terenie festiwalu.

Była połowa sierpnia. Hasłem przewodnim wybranym na użytek imprezy było; „Peace, Love and Happiness” (Pokój, Miłość i Szczęście).

Trudno w to uwierzyć, ale na tą niewielką farmę położoną w pobliżu miasteczka Bethel w stanie Nowy Jork, zjechało się ponad 400 tysięcy ludzi, (organizatorzy zakładali maksimum 190 tysięcy) z czego przytłaczającą większość stanowiły Dzieci Kwiaty, czyli hippisi. Byli wśród nich oczywiście także modzi ludzie nie przyznający się do żadnej ideologii, ale ceniący muzykę i nowe trendy jakie się wtedy kształtowały.

Ponieważ całe przedsięwzięcie początkowo miało zostać zorganizowane w innym miejscu, a pozwolenie na festiwal wydano dosłownie na kilka dni przed pierwszym dniem koncertów, a w dodatku przeniesiono go właśnie na farmę Woodstock, to impreza mocno kulała pod wieloma względami. Nie wystarczyło czasu, żeby odpowiednio przygotować zaplecze sanitarne (toalety, prysznice, umywalnie) jak również gastronomiczne. Oczywiście wszystkie te wygody były przygotowane, ale nie w wystarczającej ilości, zdolnej obsłużyć aż tak wielką ciżbę.

Dodatkowo pogoda wyjątkowo nie sprzyjała ani publiczności, ani ekipom technicznym. Kilkakrotnie padające deszcze zamieniły teren festiwalu w jedno wielkie błotniste, bagno. Wilgoć źle wpływała na kable oświetleniowe sceny, przewody gitar, wzmacniaczy a nawet na membrany instrumentów perkusyjnych.

Na domiar złego, drugiego dnia festiwalu, pod wieczór, nad Woodstock przechodziła burza, która jeszcze pogłębiła problemy. Mimo to, z krótkimi lub dłuższymi przerwami technicznymi, występy były kontynuowane.

W trakcie tych trzech dni będących najprawdziwszym świętem muzyki, nakręcono obszerny film dokumentalny, ukazujący zarówno sporą część artystów w trakcie występów, jak i „codzienne” życie publiczności koczującej na pobliskich polach. Ukazały się także dwa podwójne albumy, na których zamieszczono najciekawsze koncerty (materiał skrócono do kilku-kilkunastu minut na każdego artystę).

Warto spojrzeć na listę uczestników (zamieszczam tylko tych, którzy byli już znani, a także tych, którym występ w Woodstock dał przepustkę do kariery)

Ritchie Havens

Sweetwater

Ravi Shankar

Joan Baez

Country Joe McDonald

Santana

John Sebastian

Canned Heat

Mountain

Grateful Dead

Creedence Clearwater Revival

Janis Joplin

Sly & the Family Stone

The Who

Jefferson Airplane

Joe Cocker

Country Joe and Fish

Ten Years After

The Band

Johnny Winter

Blood Sweat & Tears

Crosby Stills Nash & Young

Paul Butterfield Blues Band

Sha Na Na

Jimi Hendrix

Nieprawdopodobny zbiór ciekawych wykonawców.

Wielu obserwatorów jednogłośnie twierdziło potem, że zespoły z Wielkiej Brytanii wypadły na żywo lepiej od swoich amerykańskich kolegów. Rzeczywiście film dokumentalny pokazuje to dosyć wyraźnie. Brytyjczycy byli lepszymi i sprawniejszymi muzykami? Nic z tych rzeczy. Szybko okazało się, że grupy z Europy i Kanady, były po prostu bardziej wstrzemięźliwe w przyswajaniu wszelkich płynów i substancji chemicznych. A przynajmniej nie oszałamiały się aż tak, jak Amerykanie, bezpośrednio przed samym wyjściem na scenę.

Chyba jednym z najlepszych koncertów Woodstock, było to co na scenie pokazała grupa The Who. Będąca u szczytu sławy i możliwości. Oprócz kilku swoich sztandarowych „wymiataczy” koncertowych, zaprezentowała także niektóre utwory ze świeżo nagranego albumu „Tommy”, który jest do dzisiaj uznawany za pierwszą w historii rock-operę.

Podobnie formacja Ten Years After zaszokowała publiczność energią i umiejętnościami, a jej leader, gitarzysta i wokalista Alvin Lee ugruntował tym występem swoją renomę „najszybszego gitarzysty świata”.

Festiwal zamykał Jimi Hendrix. Miał wystąpić około godziny 3-4 w nocy. Niestety na skutek opóźnień spowodowanych problemami technicznymi poprzednich artystów, wyszedł na scenę dopiero rano. I to nie rześkim świtem, ale około godziny 9.00

Do historii przeszedł nie tyle jego cały występ, ale odegrany przez niego hymn USA.

„Star Spangled Banner”.

Kiedy czasem moi znajomi słyszą to nagranie, niemal zawsze pytają mnie jak to się stało, że Hendrix do dzisiaj jest uważany za jednego z najlepszych gitarzystów w historii, skoro nie potrafił zagrać poprawnie hymnu własnego kraju?

I tu trzeba jasno i przystępnie wytłumaczyć jego interpretację. Momentami wzorcowa, obfitowała jednak w niezwykle nieczysto i fałszywie zagrane dźwięki. Myślicie zapewne, że był tak bardzo zamroczony LSD, czy czymś podobnym, że nie poradził sobie z tym utworem.

W żadnym wypadku. Ta jego wersja narodowego hymnu miała dać ludziom powód do zastanowienia, myślenia. Chodziło o to, że hymn USA jest wypełniony różnymi budującymi hasłami i ideami. A pod koniec lat 60-tych te chwalebne idee, okazały się jedynie pustymi frazesami. Rzeczywistość socjologiczna, społeczna a także ingerencja w Wietnamie, zdecydowanie były niezgodne z tym wszystkim, o czym miał mówić hymn.

Dlatego właśnie jego wersja jest przepełniona zamierzonymi, bardzo fałszywymi nutami. Tak jak fałszywe było amerykańskie społeczeństwo, absolutnie nie żyjące w zgodzie z ideałami Ojców Założycieli USA, ani późniejszych porozumień wywalczonych w trakcie Wojny Secesyjnej.

Od tamtej pory ta wersja hymnu, niebywale kontrowersyjna dla tzw. patriotów, jest często odtwarzana. Szczególnie w momentach, kiedy polityka USA rażąco zaczyna odbiegać od idei zawartych w tekście „Gwiaździstego Sztandaru”.

1969 (Altamont)

Do dzisiaj niejasną sprawą jest ewentualny udział Rolling Stonesów w festiwalu Woodstock. Część biografów tego zespołu twierdzi, że proponowano im występ, ale inne zobowiązania koncertowe Stonesów nie pozwoliły na to. Inni uważają, że organizatorzy w ogóle nie wyszli z taką propozycją.

Jaka by nie była prawda, faktem jest, że Rolling Stonesi postanowili sami zorganizować taki festiwal, ze sobą jako główną gwiazdą, która swoim występem uświetni, a jednocześnie zakończy cały event.

Natomiast z pewnością nie miał to być kolejny olbrzymi festiwal w rodzaju Monterey i Woodstock, a jedynie duży koncert kilku zaproszonych (a jednocześnie chętnych) zespołów. Kolejną różnicę stanowiły zakładane długości występów poszczególnych artystów. O ile w Woodstock większość z nich miała do dyspozycji około godziny, to w Altamont mogli dawać znacznie dłuższe koncerty.

Miejscem w którym ostatecznie odbył się ten mini-festiwal było Altamont w stanie Kalifornia. Konkretnie był to tor znany z wyścigów samochodowych.

6 grudnia 1969 w Altamont zameldowały się zespoły mające tam wystąpić i publiczność w liczbie około 300 tysięcy.

Od samego początku imprezy panowała atmosfera, która niewiele miała wspólnego z letnim festiwalem w Woodstock. O ile w sierpniu na wschodnim wybrzeżu wszyscy byli usposobieni pokojowo, przyjaźnie i towarzysko, to w Altamont czuło się coś zupełnie innego. Podobno niechęć i agresja dosłownie wisiały w powietrzu. Ale być może twierdzi się tak dzisiaj, kiedy znamy wszystkie wydarzenia mające tam miejsce.

Co się stało? Otóż management Rolling Stonesów zapragnął, żeby cała impreza była zorganizowana profesjonalnie i porządnie. A skoro tak, to oprócz zaplecza sanitarnego i gastronomicznego przydałyby się „służby porządkowe” czuwające nad bezpieczeństwem uczestników. Ostatecznie jednak postanowiono, że te „służby” mają strzec przede wszystkim sprzętu nagłośnieniowego i artystów.

Wieść głosi, że to Jerry Garcia, gitarzysta formacji Grateful Dead podsunął pomysł zatrudnienia w tym celu jednego z gangów motocyklowych. Był nim Hell's Angels. W dodatku motocykliści byli niezwykle tani, bo jako zapłatę zażądali jedynie piwa o wartości 500 dolarów (w przeliczeniu na dzisiejsze wartości to pewnie ok. 2500 USD)

Zatrudniono ich i było to jedno z najgorszych posunięć jakie tylko można by sobie wyobrazić.

Hell's Angels odgradzali szczelnym kordonem scenę od publiczności, od początku racząc się bez umiaru złocistym napojem. W krótkim czasie wielu z nich było już mocno pijanych.

Publiczności, z której spora część cztery miesiące wcześniej była w bardzo „swobodnym” Woodstocku, bardzo się to nie podobało. Złośliwe komentarze rzucane pod adresem motocyklistów, szybko przerodziły się w przepychanki, czy nawet bijatyki. Co gorsza na festiwalu pojawiły się także małe grupki należące do konkurencyjnych gangów motocyklowych, które jeszcze zaogniały sytuację podżegnując do większej agresji.

Cała sytuacja osiągnęła apogeum podczas finalnego występu. Na scenie główna gwiazda, czyli Rolling Stonesi. Przed sceną upojeni alkoholem Hell's Angels. A za nimi tłum fanów muzyki, z których część również już niezbyt pewnie trzymała się na nogach. Czego więcej potrzeba, żeby doszło do tragedii? To prowokowanie losu.

I los okazał się nieubłagany. W pewnym momencie, kiedy Stonesi wykonywali genialny kawałek „Sympathy for the Devil” (Sympatia dla Diabła) wybuchła kolejna ostrzejsza przepychanka. W ruch poszły nawet kije bilardowe i baseballowe, w które uzbrojeni byli Hell's Angels.

Jeden z uczestników bijatyki Meredith Hunter, który już wcześniej próbował siłą wedrzeć się na scenę i został z niej brutalnie zepchnięty, nagle wyciągnął rewolwer. Reakcja ze strony „Służby Porządkowej” była do przewidzenia. Ponieważ myśleli, że będący wyraźnie pod wpływem narkotyków Hunter, zamierza oddać strzał w kierunku Stonesów, rzucili się na niego. W ferworze walki, oparach piwa i adrenaliny, poszły w ruch noże. Hunter zginął na miejscu. A Rolling Stonesi nawet nie przerwali gry, mimo że cała ta sytuacja odbyła się na ich oczach. Potem twierdzili, że oślepieni reflektorami, nawet tego nie zauważyli.

No cóż. Od dawna pracowali na sławę „złych chłopców”, a tym razem rzeczywiście wszyscy zaczęli ten przydomek traktować jak najbardziej serio.

W Altamont wystapili:

Santana

Jefferson Airplane

Flying Burrito Brothers

Crosby Stills Nash & Young

The Rolling Stones

Po pięknych i kolorowych festiwalach w Monterey i Woodstock, jedyne z czym kojarzy się Altamont to agresja, wściekłość i zabójstwo.

Mimo to Lato Miłości trwało nadal, chociaż już nie było tak niewinne jak dwa lata wcześniej.

1970 ( Wyspa Wight)

Tym razem akcja przeniosła się do Wielkiej Brytanii. A konkretnie na leżącą u wybrzeży Anglii wyspę Wight. Chociaż w latach 1968-1969 odbywały się w tym miejscu festiwale rockowe i występowały na nich wielkie gwiazdy, to jednak do historii przeszedł jedynie ten, który odbył się pod koniec sierpnia 1970 roku.

Nie tylko trwał aż 5 dni, ale także zgromadził rekordową ilość publiczności. Na wyspie pojawiło się 600 tysięcy fanów rocka.

I chociaż nastroje nie były aż tak dobre jak w Woodstocku, czy Monterey, to jednak jaskrawo różniły się od wszystkiego co miało miejsce w Altamont.

Zgromadzono olbrzymią ilość sprzętu nagłaśniającego z którego lwia część należała do The Who.

Przygotowano oświetlenie sceny, jakiego dotąd nie widziano. Organizacja ekip technicznych, zmiany ustawień konsolety akustyków, wymiana zestawów perkusyjnych i instrumentów odbywały się znacznie sprawniej i szybciej niż na wcześniejszych festiwalach. Jednym słowem wykonano świetną i rzetelną robotę jeżeli chodzi o kwestię zgrania wszystkich elementów niezbędnych dla tak dużego przedsięwzięcia.

W Festiwalu wzięli udział m.in.

Redbone

Kris Kristofferson

Supertramp

Black Widow

Taste

Chicago

Family

Procol Harum

Cactus

John Sebastian

Joni Mitchel

Miles Davis

Ten Years After

Emerson Lake & Palmer

The Doors

The Who

Sly and the Family Stone

Free

Donovan

Pentangle

The Moody Blues

Jethro Tull

Jimi Hendrix

Joan Baez

Leonard Cohen

Ritchie Havens

Hawkwind

 

Wyspa Wight była ostatnim festiwalem zaliczanym do całej serii spinającej jak klamra epokę Dzieci Kwiatów.

W przyszłości odbywały się i nadal odbywają równie wielkie imprezy, ale brak im tej duszy, tej ideologii, która wtedy poruszała uczucia, umysły zarówno ludzi bardzo młodych, jak i sporo starszych. Po roku 1970 nikt już tak bardzo nie wierzył, że świat może stać się piękniejszy, bardziej przyjazny, wolny od przemocy, agresji, wojen, przymusu, i bezkrytycznego przywiązania do wszelkich tradycji.

Czy wydarzenia z Altamont, aż tak bardzo rzuciły mroczny, złowieszczy cień na epokę, która miała być pełna miłości i pokoju?

Moim zdaniem tak.

A szkoda. Prawdziwa szkoda. Zmarnowano zryw, który mógł jednak nieco poprawić świat.

Gdybym mógł wybrać sobie czas narodzin, to bez najmniejszego zastanowienia wybrałbym taki, żeby mieć 20-21 lat w 1967 roku. I oczywiście chciałbym się urodzić gdzieś w okolicach San Francisco. Brać w tym wszystkim udział...

 

Marek „Maro” Kulesza

 

 

 

 

 

Odpowiedz