Przejdź do treści
Wczytuję...

KRAFTWERK

Something with HTML textformat

Muzyka robotów

 

W trakcie mojej wędrówki po wspomnieniach związanych z poznawaniem poszczególnych gatunków muzycznych i wykonawców, nie mogę nie napisać o grupie KRAFTWERK.

Dowiedziałem się o ich istnieniu pewnie gdzieś tak około 1977 roku. Moi szkolni koledzy niezwykle się ich twórczością fascynowali. Ciekawe, że byli to koledzy, którzy pomimo bardzo młodego wieku marzyli o tym, żeby w przyszłości zostać elektronikami. I już wtedy, a był to przecież dla nas jeszcze okres nauki w szkole podstawowej, próbowali coś tam naprawiać, lutować itp.

Pamiętam, że miałem wtedy przywieziony z zagranicy przez ojca spory radiomagnetofon ITT. Od początku był zepsuty. Działał, ale magnetofon kompletnie nie trzymał obrotów. Dźwięk pływał na całego. Kilku fachowców z licznych w tamtym czasie serwisów elektronicznych poddało się. Nie potrafili tej usterki wyeliminować. Wyobrażacie sobie krostowatego nastolatka (dziecko właściwie), który zdziwił się, że można nie umieć naprawić tak prostej awarii? Wziął mój radiomagnetofon pod pachę i poszedł z nim do domu. Po dwóch dniach przytargał go z powrotem. Magnetofon miał stabilne obroty i działał potem przez wiele lat. U mnie niedługo, ale potem u mojego znajomego, który go ode mnie odkupił.

No cóż, jakie czasy takie dzieci...

 

Tak czy owak, znajomi którzy lubili Kraftwerk to właśnie tacy elektroniczni fascynaci.

Ponieważ ja wtedy byłem dosłownie zanurzony w różnych odmianach rocka (przede wszystkim hard-rocka i art-rocka) muzyka niemieckiej formacji niespecjalnie mi się podobała.

Przypominam, że tak naprawdę na rynku polskim znane były tylko ich trzy ostatnie płyty: „Autobahn”, „Radioactivity” oraz „Trans-Europe Express”. Dla mnie były one za bardzo schematyczne, monotonne i odhumanizowane. Nieszczególnie też lubiłem brzmienie syntezatorów, których używali.

I tak koledzy-elektronicy zachwycali się Kraftwerkiem i innymi elektronicznymi grupami, które w tamtych czasach święciły triumfy. Ja natomiast słuchałem wtedy głównie muzyki którą uważałem za bardziej wysublimowaną i po prostu bardziej „muzyczną”.

Aż w pewnym momencie przyszło olśnienie, kiedy zrozumiałem o co chodzi ekipie z Duseldorfu.

W 1978 roku ukazała się płyta „The Man Machine”. Bardziej przystępna od poprzednich, chociaż bazowała na tej samej, wypracowanej przez zespół recepcie. Nadal było bardzo monotonnie i mechanicznie, a jednak utwory stały się bardziej urozmaicone. Niektóre mogły niemal aspirować do ówczesnych list przebojów. Gdyby te listy zauważały twórców takich jak Kraftwerk...

Trzeba jednak przyznać, że płyta od początku stała się bardzo popularna i z każdym miesiącem jej popularność rosła. Wtedy „zaskoczyłem”. Dotarło do mnie o co chodzi w ich muzyce-niemuzyce.

Dodam, że wiele osób również wtedy odkryło ten zespół dla siebie. I wiele z nich fascynowało to, że już w pierwszym utworze na płycie pojawiało się kilka polskich słów. Dla nas wtedy wszystko co pochodziło z tamtej strony „Żelaznej Kurtyny” było czymś egzotycznym, nieosiągalnym i niemal abstrakcyjnym. To był inny, lepszy w naszym mniemaniu świat, a każdy popularny artysta był kimś o wiele bardziej wyjątkowym niż dla późniejszego pokolenia, wychowanego po przemianach ustrojowych. Pamiętam te rozmowy prowadzone w trakcie szkolnych przerw, kiedy wymienialiśmy się wrażeniami po wysłuchaniu kolejnych płyt. W przypadku tej absolutnie przełomowej dla kariery dla Kraftwerk płyty, wszyscy byli pod wrażeniem, że tak ciekawa formacja używa polskiego języka. Emocje były naprawdę duże.

Potem okazało się, że wspomniane słowa w rzeczywistości były rosyjskie...

Wtedy ponownie próbowałem zaprzyjaźnić się z ich poprzednimi płytami, ale nadal nie mogłem się do nich przekonać. Odpuściłem wszelkie próby tego typu, co jakiś czas ciesząc uszy wyłącznie tą płytą, która mnie zafascynowała jako pierwsza.

Warto także zwrócić uwagę na jej okładkę. Czterech muzyków ubranych w czerwone koszule i wąskie czarne krawaty, ucharakteryzowanych na manekiny lub androidy, stojących jeden za drugim i półprofilem ustawionych do obiektywu.

Ta okładka weszła na zawsze do historii nie tylko muzyki, ale również pop-kultury jako takiej. Wielokrotnie była powielana, cytowana. Była inspiracją dla fotografów, plastyków i każdego artysty związanego z pop-artem.

Po wydaniu „The Man Machine”, przez kilka lat zespół nie nagrał żadnego nowego albumu. Odbywał za to liczne trasy koncertowe, które cieszyły się wielkim wzięciem publiczności, która pojawiała się na koncertach ubrana i ucharakteryzowana podobnie jak sami wykonawcy. Każdy taki koncert był swoistym „zlotem manekinów-androidów”.

Grupa postarała się także o odpowiednią oprawę swoich koncertów. Oświetlenie nowego typu, wykorzystujące coś w rodzaju laserów i wielkie tło na tyłach sceny, na którym wyświetlano różne techniczno-elektroniczno-abstrakcyjne ruchome obrazy, dopełniały mechanikę ruchową muzyków. Stojący nieruchomo, każdy przy swojej konsoli będącej de facto syntezatorem, rzeczywiście sprawiali wrażenie robotów. Żadnego podrygiwania, żadnych emocji. Absolutnie nowe zjawisko w świecie muzyki, bądź co bądź popularnej.

W tamtym okresie grupa dokonała wyczynu na nieznaną wcześniej skalę.

Był to okres kiedy dokonywano prób z łącznością satelitarną. I nie wiadomo, czy inicjatywa wyszła od zespołu, czy może dostał taką propozycję od firmy będącej głównym animatorem nowego typu łączności.

Dokonano ciekawego eksperymentu, a właśnie Krafwerk nadawał się do tego jak żaden inny zespół.

Tego samego dnia, o tej samej godzinie grupa zagrała koncert w Paryżu i jednocześnie w Nowym Yorku. Na żywo, na scenie...

I tu zdania fanów są podzielone.

Jedni twierdzą, że na jednym z koncertów zespół wystąpił na żywo, a dźwięk drogą satelitarną został przekazany przez ocean, gdzie ekipa techniczna obsługiwała zmechanizowane podobizny muzyków. I ta część miłośników dałaby sobie obciąć cokolwiek, że byli na tym „właściwym” koncercie z fizycznym udziałem grupy.

Inni twierdzą z uporem, że Kraftwerk co prawda grał jak najbardziej na żywo, ale zamknięty w studio, skąd dźwięk był przekazywany jednocześnie do Paryża i Nowego Yorku.

Kto ma rację? Nie wiadomo. Do dzisiaj nie natknąłem się na żadną jednoznaczną informację pochodzącą od któregoś członka zespołu, który potwierdziłby którąś z wersji.

Zresztą oni nigdy nie byli szczególnie rozmowni i „medialni”.

Po kilku latach koncertowania, grupa wypuściła na rynek swoje nowe wydawnictwo „Computer World”. O ile poprzednią płytę „Man Machine” różniła od wcześniejszych albumów większa przystępność i momentami nawet coś w rodzaju przebojowości, to „Computer World” był kolejnym krokiem w tym kierunku.

Wydany w 1981 od razu stał się bestselerem.

Nie ukrywam, że w tamtym czasie ja również byłem pod wielkim wrażeniem tej płyty. Niby trochę podobna do poprzedniej, a jednak miała cechy, które ją wyraźnie odróżniały. Przede wszystkim łatwiej wpadała w ucho, pomimo wciąż rygorystycznie utrzymywanej mechaniczności i identycznego brzmienia syntezatorów. Słuchało się jej rewelacyjnie.

Był chyba rok 1982 kiedy Kraftwerk odwiedzili Polskę.

Zagrali na warszawskim Torwarze. Tym starym, który słynął z bodaj najgorszej akustyki na świecie. Wiele gwiazd pierwszej wielkości, które wystąpiły tam wcześniej, totalnie poległo. Ktokolwiek by tam występował i jakikolwiek gatunek muzyki reprezentował, publiczność słyszała jedynie jazgot. Tworzył się dźwiękowy kocioł z którego trudno było cokolwiek wychwycić.

Kraftwerk przywiózł swoją aparaturę nagłośnieniową i tylko na niej bazował. Zaprawdę musiała być to aparatura nie byle jaka, bo jednak pokonała wszelkie akustyczne błędy hali. Wszystko było słychać dokładnie i przejrzyście. A basy były tak potężne, że dźwigary podtrzymujące dach niemal się chwiały. Doskonały dźwięk, doskonały koncert wraz z całą już wtedy słynną oprawą wizualną. Reflektory, lasery i wielki „ekran” na tle którego widoczne były sylwetki muzyków, pozostawiły niezatarte wspomnienie. Nie tylko moje.

A potem znowu nastała długa cisza.

Dopiero pięć lat później, w 1986 roku ukazał się kolejny album „Electric Cafe” i nie zyskał tak przychylnego przyjęcia ani ze strony krytyków, ani fanów. Bardzo monotonne i nieco rozciągnięte utwory sprawiały wrażenie próby powtórzenia atmosfery zawartej na płytach „Radioactivity” i „Trans Europe Express”, ale nie były tak dobre ani tak nowatorskie. Nie słuchało się tej płyty ani tak przyjemnie, ani z takim emocjami jak poprzednich.

Kolejna płyta ukazała się dopiero w 1991 roku i nosiła tytuł „The Mix”.

Kiedy jej słuchałem odniosłem wrażenie, a nawet byłem całkowicie pewny, że nie jest ona dziełem Kraftwerk, a grupa jedynie udzieliła komuś czegoś w rodzaju licencji i błogosławieństwa na ponowne zmiksowanie i unowocześnienie co ciekawszych utworów z przeszłości. Drażnił mnie zmieniony rytm automatu perkusyjnego, drażniły poszczególne nuty w kilku kawałkach, które zagrano z nieco innym feelingiem. Dopiero po latach dotarło do mnie, że to sama grupa Kraftwerk postanowiła odświeżyć swoje najpopularniejsze dzieła z kilku najważniejszych płyt i trochę je przystosować do rzeczywistości początku lat 90-tych.

Naprawdę nie przepadałem za tą płytą. Dla mnie była niepotrzebną próbą komercjalizacji dokonań niezwykle przecież nowatorskiego zespołu. Musiało minąć wiele lat i dzisiaj moje zdanie jest inne. To jednak fajna płyta. Dowód na to, że zespół miał dystans do własnej twórczości i potrafił zabawić się własnym kosztem. Dodam, że ta płyta sprzedawała się o wiele lepiej niż „Electric Cafe”.

Więc przy okazji zespół przypomniał się szerszej publiczności i zdobył sporo nowych zwolenników.

A potem przez dwanaście lat trzeba było czekać na kolejne dokonania grupy.

W 2003 roku światło dzienne ujrzała płyta „Tour de France Soundtracks”.

Ciekawe, że materiał muzyczny zawarty na tej płycie został niejako „zamówiony” dwadzieścia lat wcześniej (w 1983) przez organizatorów słynnego wyścigu kolarskiego. Wówczas powstał jedynie utwór tytułowy, który wydano na singlu. Miał on być akompaniamentem dla wszelkiego typu filmów dokumentalnych nakręconych w trakcie tej sportowej imprezy. Po nagraniu singla pracę nad resztą materiału zawieszono i zespół powrócił do pomysłu dopiero po dwóch dekadach.

Niestety w moim pojęciu ta płyta była chyba jeszcze słabsza i niż „Electric Cafe”. Podobnie monotonna i bazująca przede wszystkim na różnego rodzaju efektach naniesionych na motoryczny rytm automatu perkusyjnego.

Od tamtej pory Kraftwerk milczy.

Odrobina historii

Grupa powstała znacznie wcześniej niż kiedyś mi się wydawało. I przede wszystkim nie powstała jako zespół elektroniczny.

Od 1970 do 1974 roku była eksperymentalnym zespołem, wykorzystującym początkowo żywe instrumenty: perkusję, skrzypce, flet.  Warto dodać,że na początku byli typowymi muzykami tamtej epoki. Długie włosy, brody itp.

Z każdą kolejną płytą muzycy zmierzali jednak do uzyskania surowości, mechaniczności.

Ich zamiarem było stworzenie całkowicie nowej wartości muzycznej (i brzmieniowej) która oddawałaby klimat zdecydowanie futurystyczny.

Przełomem była płyta „Autobahn” nagrana w 1974 roku. Na niej wyraźnie uwidocznione są już wszystkie symptomy tego, co w rok później będzie już znakiem firmowym grupy. Szczególnie tytułowa suita ma dokładnie ten sam sposób konstrukcji, co nagrania z dwóch następnych albumów.

Lata 1975 i 1976 to dwa już w pełni elektroniczne, „zmechanizowane” albumy.

Również image grupy przeszedł całkowite przeobrażenie. Początkowo pojawiły się jednakowe garnitury i przylizane, krótko obcięte włosy. Wkrótce muzycy zaczęli także smarować gładko ogolone twarze błyszczącymi kremami, by upodobnić je do plastiku.

Wyglądali jak manekiny.

I w pewnym momencie zaczęli także poruszać się na scenie jak manekiny. Uwiązane do miejsca w którym stały, do konsoli obsługiwanych sztywnymi, mechanicznymi, minimalistycznymi ruchami.

Wkrótce zaczęli się kojarzyć z robotycznymi kopiami ludzi. Z androidami.

W czasie kiedy wydawano płyty „The Man Machine” i „Computer World” ten wizerunek był już doprowadzony do perfekcji. Dopiero po wielu latach muzycy zaczęli się znowu upodabniać do żywych ludzi. Ale nie do końca. W końcu nierozsądnie byłoby niszczyć własną legendę. Chociaż kto wie? To przecież Kraftwerk. Od początku przeszli już tyle zmian, tyle zabaw własnym wizerunkiem...

 

Wpływ na innych

Kraftwerk to grupa, która uchodzi za jedną z najbardziej wpływowych w historii.

To od nich rozpoczęły się kolejne nowe gatunki bazujące głównie na instrumentach elektronicznych. Bez nich nigdy nie byłoby ani Techno, Techno-Disco ani New Romantic, ani Elektro-Pop. Echa ich twórczości pobrzmiewały w utworach: Ultravox, Human League, Eurythmics, Depeche Mode, Yello. To te bardziej znane i bardziej komercyjne przykłady. Cała niemiecka scena Techno z lat 80-tych opierała się głównie na schematach i brzmieniach wypracowanych przez Kraftwerk.

A pierwsza płyta początkowo nowo-falowego brytyjskiego wykonawcy Gary'ego Numana to niemal więcej niż inspiracja zespołem z Niemiec. W dodatku Numan właściwie dosłownie skopiował wygląd Niemców z okresu płyt „Radioactivity” i „Trans Europe Express”. Dopasowany garnitur, ulizane włosy wyglądające jakby wykonano je z plastiku i błyszcząca kamienna twarz. Zero uczuć, zero ludzkości. Za sam wizerunek powinien płacić tantiemy Kraftwerkowi.

Jako ciekawostkę, na sam koniec uświadomię wszystkich, którzy kiedykolwiek twierdzili jakoby muzycy Kraftwerk tworzyli tak uproszczoną i mechaniczną formę muzyki, ponieważ nie potrafili na niczym grać na tyle dobrze, żeby komponować bardziej skomplikowane i wymagające rzeczy.

Otóż, byli w swoim czasie studentami Wyższej Szkoły Muzycznej im. Shumanna w Duseldorfie. A zatem byli wykształconymi muzykami, którzy postanowili burzyć kanony.

 

Dyskografia

( tak jak do tej pory jedną gwiazdką oznaczam płyty dobre, dwiema gwiazdkami płyty wybitne)

 

1970 - „Kraftwerk”

1972 - „Kraftwerk 2”

1973 - „Ralf und Florian”

1974 - „Autobahn”

1975 - „Radioactivity”

1977 - „Trans Europe Express”

1978 - „The Man Machine”

1981 - „Computerworld”

1986 - „Electric Cafe”

1991 - „The Mix”

2003 - „Tour de France”

 

Skład zespołu

Florian Schneider (1970-2008) syntezator, wokal wspomagający, vocoder, flet, skrzypce

Wolfgang Flur (1973-1987) perkusja elektroniczna

Karl Bartos (1975-1990) perkusja elektroniczna, wibrafon, skrzypce

Klaus Dinger (1970-1971) perkusja

Andreas Hohmann (1970) perkusja

Michael Rother (1971) gitara elektryczna

Klaus Roder (1974) gitara elektryczna, skrzypce elektroniczne

Fernando Abrantes (1991) perkusja elektroniczna, syntezator

 

Ralf Hutter (1970- ) główny wokal, vocoder, syntezator, organy, fortepian

Fritz Hilpert (1987- ) perkusja elektroniczna

Henning Schmitz (1991- ) perkusja elektroniczna, syntezator

 

Podsumowanie

Grupie Kraftwerk, wizjonerom i eksperymentatorom, świat muzyczny zawdzięcza bardzo wiele.

Sami z pewnością nie byli osobami nastawionymi na popularność jaka na nich spadła w drugiej połowie lat 70-tych. Przez długi czas ich koncerty odbywały się w galeriach sztuki nowoczesnej i opuszczonych halach fabrycznych. Ich modernistyczne i futurystyczne podejście do komponowania i choreografii występów, najlepiej sprawdzało się właśnie w takiej scenerii.

A potem, niemal z dnia na dzień, przyszło im grać w wielkich halach i na stadionach. Myślę, że zaczęto od nich oczekiwać coraz bardziej przystępnych, łatwiejszych w odbiorze płyt. I w pewnym momencie powiedzieli; DOSYĆ!

Powrócili do swojego świata w którym czuli się najlepiej. Schematyzmu, mechaniczności, robotycznej motoryki, industrializmu. I chociaż dzisiaj nowe pokolenia słabo ich kojarzą, to jednak duch ich muzyki unosi się nad wieloma dzisiejszymi produkcjami.

 

 

Marek „Maro” Kulesza

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Odpowiedz