Przejdź do treści
Wczytuję...

Something with HTML textformat

    Genesis był pierwszym reprezentantem nowego kierunku moich poszukiwań muzycznych.

Kiedy już osłuchałem się z brytyjskim hard-rockiem, oraz kilkoma reprezentantami ciężkiego grania z USA, zapragnąłem poznawać inne gatunki rocka. Szczególnie te, gdzie istotną rolę pełniły ambicje kompozytorskie w połączeniu z wirtuozerią instrumentalistów jeszcze większą niż w przypadku muzyków specjalizujących się w hard-rocku.

   Ponieważ już wcześniej dane mi było „liznąć” dwie pierwsze płyty King Crimson i jedną czy, dwie z dorobku Procol Harum, Genesis wydał mi się zespołem, który w cudowny sposób łączył wszystko to, czego chciałem słuchać. Maestria wykonania, struktura kompozycji, a wszystko to podane w sposób dosyć przystępny. Oczywiście przystępny dla ludzi już mocno osłuchanych, bo wielu moich znajomych w tamtym czasie uważało takie granie za niemal awangardę. Ale nie można im się dziwić. Wszyscy zaprzyjaźnieni koledzy i koleżanki, będący w moim wieku, słuchali w tamtym czasie głównie Disco. BoneyM, Eruption, a już wkrótce Bee Gees. Dla nich byłem kimś w rodzaju odszczepieńca błąkającego się po całkowicie nieznanych, a przez to dziwnych ścieżkach.

Z kolei mój starszy brat cioteczny i jego znajomi, mieli Disco „w głębokim poważaniu” i ich rozwój muzyczny pokrywał się z moim. A właściwie to ja rozwijałem się tuż za nimi, korzystając często z ich rad i podpowiedzi. Niby różnica wieku nieznaczna, bo raptem 2-3 lata, ale w okresie nastoletniości jednak uważana za dużą. Cóż, jeżeli chodzi o gusta muzyczne mojego rocznika w porównaniu do tych nieco wcześniejszych, to muszę zdecydowanie stwierdzić, że urodziłem się odrobinę za późno.

   Genesis zacząłem słuchać w 1977 roku. Pierwsza płytą, którą przegrałem sobie metodą z magnetofonu na magnetofon była „Tresspas”. To ich drugi album, ale ciekawostką jest, że w wielu dyskografiach występuje jako pierwszy. Trudno powiedzieć dlaczego niektórzy fani uparli się pomijać płytę nagraną w 1969 jako pierwszą, czyli „From Genesis to Revelation”. Być może chodzi o to, że dopiero na „Trespass” zaczął się krystalizować styl zespołu, który był ceniony przez słuchaczy przez następną niemal dekadę. Do dzisiaj ten ich drugi album, jest dla mnie płytą ważną. Może dlatego, że od niego rozpocząłem wsłuchiwanie się w Genesis. Ot sentyment. Ale to płyta bardzo dobra. Jedna z najlepszych w całej, długiej historii zespołu.

   Następnie zdobyłem „Nursery Crime”, czyli jak dotąd „leciałem” po kolei. Na tym albumie słychać już było wszystko to, co miało być charakterystyczne dla ich twórczości w okresie kiedy wokalistą i tekściarzem był Peter Gabriel. Struktura kompozycji, brzmienie, długie i rozbudowane utwory sąsiadujące z urokliwymi miniaturkami. Całość stwarzała wrażenie obcowania ze światem nieco baśniowym, odrobinę abstrakcyjnym jak opowieści Lewisa Carrolla opisujące przygody Alicji po drugiej stronie lustra. Warto zwrócić uwagę na okładki płyt Genesis z tamtych czasów, jakby obrazy na nich przedstawione miały wprowadzać słuchających w odpowiedni nastrój. Nie wiem jak innych, ale mnie one nastrajają do dzisiaj. Często zdarza mi się odtwarzać CD i trzymając w ręku okładkę, wpatrywać się w nią po to by „popłynąć”, dać się ponieść atmosferze nagrań.

   Nie mogłem nigdzie zdobyć następnej w kolejności płyty „Foxtrot”. Nikt ze znajomych jej nie miał, ale kolejną, czyli „Selling England by the Pound” zdobyłem już po kilku dniach poszukiwań.

Zdania na jej temat zawsze były mocno podzielone. Jedni miłośnicy grupy uważali, że to swoisty Opus Magnum zespołu, inni twierdzili, że był nim inny album. Ale do tego dojdziemy później. 

   „Selling England...” jest moim albumem dyżurnym. Wracam do niego ilekroć mam ochotę na genialne połączenie delikatności, kunsztu i dynamicznych rozbudowanych zrywów.

Ciekawa dramaturgia całości sprawia, że słucha się go od początku do końca z zapartym tchem.

Ponadto nagrany został w najmocniejszym, najbardziej twórczym składzie.

   Dosłownie „chwilę” później natknąłem się na pojedynczy album koncertowy „Genesis – Live” z 1973 roku. Nie była to płyta szczególnie dobra. Jakość dźwięku raczej przeciętna. Ale nie to było największą bolączką. W tym miejscu należy się czytelnikom odrobina wyjaśnienia.

Od niemal samego początku działalności koncertowej, występy Genesis były czymś w rodzaju rockowego teatru. Spektaklu, w którym główną rolę grał Peter Gabriel, wcielając się w różne postacie ze swoich tekstów. Konieczne były błyskawiczne przebieranki, ponieważ tych postaci było wiele, a każda istotna. Ciekawostką może być wiadomość, że angażowano tak zaawansowane środki sceniczne, jak konstrukcja pozwalająca wokaliście zawieszonemu na cienkich linkach, latać nad sceną i nad częścią widowni. Niestety te szybko wykonywane zmiany kostiumów, oraz dyskomfort śpiewania będąc w specjalnej uprzęży, miały ogromny wpływ na poziom wykonawczy wokalisty. To co wyglądało świetnie na koncercie, niekoniecznie dobrze brzmiało na płycie.

I chociaż dobór utworów nie pozostawiał wiele do życzenia, to ten album koncertowy nie miał szans zasłynąć jako szczególnie udany i nigdy nawet nie zbliżył się do czołówki kultowych płyt koncertowych.

   Kolejnej płyty „The Lamb Lies Down on Broadway” również nie znalazłem w tamtych czasach.

Za to „Wind and Wuthering” miała większość znajomych. To druga płyta nagrana przez Genesis po odejściu Gabriela. Funkcję wokalisty przejął dotychczasowy perkusista, niejaki Phil Collins.

Już wcześniej zdarzało się, że udzielał się jako wokalista wiodący w dwóch lub trzech utworach, ale tym razem miał nim zostać „na pełen etat”. Stało się to trochę przez przypadek. W czasie tworzenia, a następnie nagrywania materiału na płytę „A trick of the Tail”, grupa gorączkowo szukała następcy Gabriela, a partie wokalu Collins nagrał tylko tymczasowo. Szybko okazało się, że godnego następcy nie uda się znaleźć. A przynajmniej nie w krótkim czasie. Natomiast po wysłuchaniu wersji tymczasowych, muzycy odkryli, że tembre głosu Collinsa tak bardzo przypomina tembre Gabriela, że dalsze poszukiwania po prostu nie mają jakiegokolwiek sensu.

I tak Phil Collins rozpoczął karierę frontmana.

   Kolejnym wydawnictwem spod znaku Genesis jakie zdobyłem, był drugi już album koncertowy, tym razem podwójny.

„Seconds Out” to płyta nagrana i zagrana perfekcyjnie. Wszystko na niej jest dokładne. Pytanie, czy była poprawiana w studio, czy nie. Dla jakości wykonawczej ważne było, że grupa odeszła już od tworzenia technicznie skomplikowanych spektakli, więc Collins, jakby nie było, miał ułatwione zadanie. O ile na płytach studyjnych pełnił również rolę dotychczasową, czyli perkusisty, to na trasy koncertowe angażowano najczęściej znanych i cenionych pałkerów, pozostawiając Collinsowi tylko zadanie śpiewania. Chociaż w trakcie koncertu zasiadał na moment przy drugim zestawie perkusyjnym by zagrać solówkę.

Muszę przyznać, że ta płyta podobała mi się na tyle, że dosyć długo miałem ją nagraną na taśmie.

I chociaż nie przepadałem, i nadal nie przepadam za Genesis z Collinsem jako wokalistą, to „Seconds Out” był kawałem dobrze wykonanej roboty.

 

   Potem przez wiele lat słuchałem Genesis raczej okazjonalnie. Przesiadłem się w końcu na standard CD i powoli próbowałem kompletować dyskografie moich ulubionych wykonawców.

Ciekawe, że zbierałem je w podobnej kolejności i te same tytuły, co w latach 70-tych.

Dopiero stosunkowo niedawno wyposażyłem się w albumy: „Foxtrot”, „The Lamb lies Down on Broadway” oraz „A Trick of a Tail”.

„Foxtrot” to niezwykle fajny album. Pierwszy nagrany w najlepszym składzie. Ogólnie stylowo i brzmieniowo nawiązujący do poprzedniego, czyli „Nursery Crime”, ale będący jego stylistycznym uzupełnieniem, udoskonaleniem.

„A Trick of a Tail” to płyta już z Collinsem-wokalistą. Doskonały, genialny pierwszy utwór. Reszta niestety nawet nie zbliża się do niego poziomem. W moim pojęciu po prostu nudna brzmieniowo i nudna kompozycyjnie.

  A teraz wrócę do tematu Opus Magnum. Dla mnie jest to zdecydowanie „The Lamb Lies Down on Broadway”. Tak wiem. Są fani, którzy zarzucają mu nadmierne „przegadanie”, posądzają o zastosowanie czasowych wypełniaczy. I być może album ma swoje momenty nieco słabsze, ale całość jest powalająca. To rozwinięcie całego dotychczasowego stylu wypracowanego przez zespół.

Ponadto materiał jest obfity, bo to album podwójny. I koncepcyjny. Oraz ostatni nagrany z Peterem Gabrielem.

 

  Wiem, że teraz narażę się wszystkim fanom twórczości Genesis z samej końcówki lat 70-tych i wszystkiego co późniejsze. Ale NIE POWAŻAM tego co robili bez Gabriela. Owszem, w latach 1975-1977 jeszcze jakoś się toczyli siłą rozpędu, ale moim zdaniem każda ich kolejna płyta była „na siłę” upraszczana muzycznie i tekstowo. Tak jakby nie wierzyli, że ich dotychczasowi fani nadal oczekują wysublimowanych i skomplikowanych dzieł. A może chcieli zdobywać nowe rzesze wielbicieli o mniej wyrafinowanym guście. I to chyba najbardziej prawdopodobne. W dodatku im się powiodło. Bo z grupy tworzącej niemal wyłącznie dla „szanujących się” miłośników art-rocka (rocka progresywnego), przedzierzgnęli się w formację grającą łatwiejszą i schlebiającą prostszym gustom muzykę. Nawet z czasem zaczęli mieć w dorobku typowo radiowe przeboje.

   W tamtych czasach nie oni jedni obrali taką drogę. Natomiast trzeba jasno zdać sobie sprawę z konsekwencji takiego kierunku działań. Stali się bardziej popularni w masowej świadomości, ale jednocześnie utracili większą część dawnych fanów, którzy nie byli w stanie znieść postępującej komercjalizacji swoich idoli. Następną ciekawostką może być fakt, że ci dawni, lubiący ambitne granie słuchacze, najczęściej „przerzucali” się wtedy na kibicowanie grupie Marillion, która przez krytyków określana była jako epigoni, naśladowcy starego Genesis. I coś w tym jest. Wystarczy uważnie wsłuchać się w kilka pierwszych płyt Marillion, a następnie w płyty Genesis nagrane z Gabrielem, by odkryć całą masę podobieństw. Podobne brzmienie, łudząco podobny tembre głosu wokalisty, i sposób konstrukcji utworów. Ja również skłaniam się ku opinii, że Marillion z pierwszej połowy lat 80-tych, to po prostu Genesis II. Oczywiście tylko stylistycznie, bo personalnie nie mieli koligacji.

Zatem i ja dołączyłem do fanów Genesis, którzy chętniej sięgali po płyty Marillion, niż te nowe albumy Collinsa i spółki. Właściwie to nie sięgnąłem ani razu, bo dla mnie była to profanacja legendy.

 

Jak zwykle przypomnę dyskografię zespołu, oznaczając jedną gwiazdką płyty dobre, dwiema gwiazdkami płyty wybitne.

 

Dyskografia:

 

1969 – From Genesis to Revelation

1970 – Trespass    **

1971 - Nursery Crime   **

1972 – Foxtrot     **

1973 – Selling England by the Pound   **

1973 – Genesis Live (pojedyńczy album koncertowy)

1974 – The Lamb lies Down on Broadway   **

1976 – A trick of a Tail   *

1976 – Wind and Wuthering   *

1977 – Seconds Out (podwójny album koncertowy)   *

1978 – And Then There Were Three

1980 – Duke

1981 – Abacab

1983 – Genesis

1986 – Invisible Touch

1991 – We Can't Dance

1997 – Calling All Stations

 

 

Marek „Maro” Kulesza

Odpowiedz