Przejdź do treści
Wczytuję...

Czas albumów koncertowych cz.2 1977-1979

Something with HTML textformat

 

W mojej podróży po wspomnieniach związanych z poznawaniem kolejnych twórców i ich muzyki, nie mogę pominąć niezwykle dla mnie ważnego okresu.

Lata 1978-79 to kolejny w historii muzyki rockowej moment, kiedy nastąpiła prawdziwa kumulacja wydawnictw koncertowych. Wcześniej taki wysyp miał miejsce pomiędzy 1972, a 1973 rokiem.

Grupy które jeszcze nie wydały swoich albumów „live” teraz postanowiły uzupełnić ten brak. Tym bardziej, że w tamtych czasach płyty koncertowe były bardzo cenione przez fanów. W dużej mierze stanowiły o tym w jaki sposób postrzegano wykonawców. W końcu praca w studio i korzystanie z jego ułatwień technicznych, zawsze była czymś innym niż wykonywanie swojej muzyki na żywo, stojąc oko w oko z publicznością. Zwłaszcza, że w latach siedemdziesiątych, na koncerty popularnych artystów wykorzystywano głównie wielkie obiekty sportowe. Stadiony i największe hale. Nawet najbardziej doświadczeni i sprawni muzycy, miewali olbrzymią tremę mając świadomość, że przyjdzie im zagrać półtoragodzinny, lub dłuższy koncert dla 40 000 fanów zgromadzonych np. w hali Madison Square Garden w Nowym Yorku, lub dla nawet 100 000 miłośników muzyki na londyńskim stadionie Wembley.

Takie koncerty były wielkim przeżyciem dla oddanych fanów konkretnego zespołu, ale i dla samych muzyków z pewnością stanowiły stress.

Właśnie dlatego tak bardzo wyczekiwano ukazania się koncertowych albumów ulubionych wykonawców, żeby przekonać się co tak naprawdę są warci. Czy ich warsztat instrumentalny jest rzeczywiście tak zaawansowany jak na to wskazywały płyty studyjne... Bo przecież nie każdy, choćby najwierniejszy fan miał szansę zobaczyć ( i posłuchać) swoich bohaterów na żywo.

 

Dzięki albumom koncertowym miałem możność poznać twórczość kapel, które wcześniej znałem jedynie z nazw, natomiast nigdy nie słyszałem ich utworów. Dostępność do płyt lub nagrań na taśmach była tysiące razy mniejsza niż dzisiaj, kiedy wystarczy wpisać nazwę zespołu lub tytuł albumu do komputera. Wtedy trzeba było cierpliwie szukać nagrań wśród bliskich lub dalszych znajomych, a i tak szansa że będą posiadali w swoich kolekcjach coś mniej popularnego i oczywistego była raczej nikła.

Wśród wykonawców którzy wypuścili w latach 78-79 albumy koncertowe byli i tacy, których co prawda znałem z kilku pojedynczych utworów, ale nie zrobili na mnie wrażenia wystarczającego, żebym chciał zebrać ich dyskografię. Mocno lansowane przez Piotra Kaczkowskiego w audycji Mini-Max płyty tego typu, poszerzały moje horyzonty muzyczne w stopniu większym i szybszym niż dotychczas.

Oczywiście niektóre albumy koncertowe wydane w tamtym czasie, były zapisem występów grup, które już całkiem dobrze znałem. Ale dzięki tym płytom poznałem je jeszcze lepiej.

 

Wykonawcy wcześniej przeze mnie nieznani

 

AC/DC - „If You Want Blood … You Got it”

W pierwszym rzędzie muszę tu wymienić genialną (pojedyńczą) koncertówkę formacji AC/DC.

Moje pierwsze zetknięcie z tą muzyką wywarło na mnie piorunujące wrażenie. Siła, brutalność i totalny luz, były dla mnie wartością całkowicie nową. Nie tylko muzyka tego typu, tak prosta i bezkompromisowa, ale i nazwa zespołu były dla mnie całkowicie świeżym odkryciem.

Od tamtej pory rozpocząłem poszukiwanie wcześniej wydanych płyt studyjnych AC/DC, ale także śledziłem ich kolejne poczynania. Tak jest do dzisiaj.

 

KANSAS - „Two For the Show”

Dwupłytowy album amerykańskiego zespołu Kansas był sporym zaskoczeniem. Do tamtej pory uważałem, że większość, o ile nie wszystkie, zespoły trudniące się tworzeniem progresywnego rocka, to w głównej mierze formacje z Wielkiej Brytanii.

Amerykanie kojarzyli mi się raczej z różnymi odmianami blues-rocka, hard-rocka oraz mieszaniem tych gatunków z psychodelią. A tu proszę. Świetny album, perfekcyjnie grającego zespołu progresywnego z USA.

W dodatku nawet na moim miernym magnetofonie słychać było, że ta płyta została zrealizowana bardzo dokładnie. Czyste, piękne brzmienie każdego instrumentu pozwalało dokładnie wsłuchiwać się w partie poszczególnych muzyków. I trzeba przyznać, że byli to bardzo dobrzy instrumentaliści.

Atmosfera płyty z pewnością należy do najbardziej interesujących jakie słyszałem. Dobór i kolejność utworów powodowały chęć poznawania całej zawartości płyty. Ani momentu na znużenie czy nudę. Fenomenalny album.

Do dzisiaj muszę go przesłuchać od początku do końca, przynajmniej raz na dwa miesiące. I nadal podoba mi się dokładnie tak, jak w dniu kiedy go nagrałem z audycji Mini-Max.

Ciekawostką jest fakt, że nigdy nie zapoznałem się dokładnie z płytami studyjnymi tego zespołu. Słyszałem je jedynie fragmentarycznie i wiem, że są naprawdę bardzo dobre, ale kiedyś były mało dostępne w Polsce. No cóż. Może jeszcze kiedyś pokuszę się o zebranie kilku, przynajmniej tych najciekawszych pozycji z dyskografii grupy.

 

U.K. - „Night After Night – Live”

U.K. (United Kingdom) było klasyczną supergrupą stworzona przez muzyków znanych z poprzednich zespołów. W przeszłości mieli za sobą współpracę z m.in. King Crimson, Yes, Genesis, Uriah Heep, Curved Air.

Po dwóch albumach studyjnych wydawanych w latach 1978 i 1979, postanowili nagrać płytę koncertową. Ukazała się w 1979 i to wówczas po raz pierwszy dowidziałem się o istnieniu tej grupy. Oczywiście z Mini-Maxu prowadzonego przez Piotra Kaczkowskiego.

Wcześniej Pan Piotr prezentował na antenie radiowej obie studyjne płyty, ale jakimś cudem te audycje mi umknęły. Natomiast wśród moich znajomych, nawet jeżeli ten zespół słyszeli, U.K nie był na tyle popularny żeby dzielili się swoimi opiniami na jego temat.

Tak więc, kiedy miałem możliwość nagrać z radia płytę koncertową, był to dla mnie pierwszy kontakt nie tylko z tą muzyką, ale i z samą nazwą. Już same nazwiska muzyków wymienione na początku audycji przez pana Kaczkowskiego zapowiadały prawdziwą ucztę melomana. I w istocie tak było.

Jeżeli ktoś był fanem progresywnego rocka, a podobnie jak jak nie znał jeszcze U.K. To z pewnością wysłuchał tej płyty w skupieniu i z przyjemnością. Nie ma na niej nowatorskich rozwiązań. Kompozycje nawiązują do wszystkiego co członkowie supergrupy robili w poprzednich formacjach. To rodzaj połączenia różnych dotychczas istniejących odmian takiego gatunku.

Ale właśnie to umiejętne łączenie sprawiło, że słuchając tej płyty nie miałem wrażenia deja vu. Każdy utwór brzmiał świeżo i słychać było, że muzycy doskonale bawili się konwencją w sposób naturalny i niewymuszony.

Kiedy ten album zaczął zdobywać popularność w Polsce i miłośnicy prog-rocka liczyli na kolejne ciekawe płyty, grupa zakończyła działalność. Czyli de facto był to album pożegnalny. Myślę, że to podnosi jego wartość.

 

Wykonawcy wcześniej znani przeze mnie jedynie z nazwy, lub kilku utworów

 

U.F.O. „Strangers in the Night”

Płyta objawienie.

Wcześniej słyszałem raptem dwa utwory tej grupy, ale wydawały mi się nieco zbyt proste („Doctor, Doctor” i „Shoot, shoot”). Sprawiały na mnie wrażenie czegoś w rodzaju glam-rocka, który co prawda bardzo lubiłem na wczesnym etapie mojej fascynacji muzyką rockową, ale w 1978 roku zdecydowanie wolałem słuchać ambitniejszych gatunków.

Album koncertowy był zaprzeczeniem moich wyobrażeń i sądów na temat UFO. Udowodnił, że to niezwykle sprawna hard-rockowa maszyna, której energia w trakcie występów może być stawiana na równi z klasykami gatunku, a konkretnie z Deep Purple. Wspaniała, dynamiczna płyta.

Również jest to jedna z pozycji, której muszę słuchać co jakiś czas i zawsze sprawia mi to olbrzymią przyjemność.

Podobnie jak w przypadku Kansas, nigdy nie udało mi się stworzyć kolekcji płyt tego zespołu. Słyszałem kilka, ale moim zdaniem studio odbierało tej grupie całą energię i urok.

 

THIN LIZZY - „Live and Dangerous”

To kolejna płyta, która była sporym zaskoczeniem. I z tego co wiem nie tylko dla mnie.

Zespół był już wcześniej w miarę popularny w naszym kraju, ale z pewnością nie miał tylu fanów co konkurencja. Muzyka grupy, mocno osadzona w blues-rocku i delikatniejszej odmianie brytyjskiego hard-rocka nie robiła zbyt wielkiego wrażenia na większości polskich słuchaczy.

Album koncertowy pokazał Thin Lizzy w całkiem nowym świetle. Grupa zyskała na potędze brzmienia, na drapieżności, a nawet pewnej zadziorności. Również umiejętności i dokładność muzyków nakazywały szacunek dla tego zespołu.

Bardzo dobra, zwarta stylistycznie płyta. Także jakości dźwięku nie można było niczego zarzucić. Wtedy, na naszych magnetofonach kasetowych lub szpulowych brzmiała wyjątkowo dokładnie. Po latach przekonałem się, że również na porządnych kolumnach i wzmacniaczach nadal brzmi czysto.

Pewnym rozczarowaniem dla fanów była wiadomość, która pojawiła się kilka lat po wydaniu tego albumu. Ex-manager Thin Lizzy przyznał w jednym z wywiadów, że cały materiał wydany na albumie był poprawiany w studio, i to w takim stopniu że z oryginalnego zapisu koncertowego pozostała jedynie perkusja. Można w to wierzyć lub nie, ale trzeba zawsze pamiętać że ów ex-manager rozstał się z zespołem krótko po ukazaniu się w sprzedaży tej płyty. W dodatku rozstał się w atmosferze nieporozumień i wzajemnych oskarżeń. Jeżeli rzeczywiście oryginalne wersje koncertowe zostały poprawione w studio, to mam nadzieję, że ingerencja w oryginał nie była aż tak duża jak chciał to przedstawić rozżalony były-manager.

Warto sięgnąć po tą płytę i dać się ponieść atmosferze świetnego energetycznego występu.

Jeżeli chodzi o mnie, to Thin Lizzy nigdy nie trafiało w mój gust. Dlatego nie zbierałem ich dyskografii. I tak pozostało do dzisiaj. To jedyna ich płyta, której mogę słuchać od pierwszej do ostatniej minuty.

 

Wykonawcy, których dobrze znałem już wcześniej

 

JETHRO TULL - „Bursting Out – Live”.

Już rok wcześniej, czyli w 1977 usłyszałem ich płytę w audycji Mini-Max. Ta muzyka niezwykle trafiała w mój gust i w moje oczekiwania. Wtedy nastąpił mój początek przygody z twórczością tej niebywale oryginalnej formacji, która trwa do dzisiaj.

A koncertowy album nagrany w trakcie światowego tourne odbywającego się z okazji 10-lecia istnienia grupy tylko utwierdził mnie, że to zespół jedyny w swoim rodzaju.

Cały materiał, który znalazł się na obu płytach ma niesamowitą dramaturgię. Jest podzielony na coś w rodzaju aktów. Jak w sztuce teatralnej. Wszak Jethro Tull to przecież był niemal teatr. Teatr jednego aktora, którym był leader Ian Anderson. Kilka pierwszych utworów zagranych w średnim tempie, następnie długa improwizacja na flecie okraszona cytatami z muzyki barokowej, potem część akustyczna z jednoczesną zmianą nastroju, następnie słynna suita na potrzeby wykonania koncertowego skrócona z 43 do 12 minut.

Druga z płyt to jeszcze większa energia i bodaj najlepsza w historii improwizacja na perkusji.

Całość zagrana po mistrzowsku. I nagrana wyjątkowo wyraźnie i dokładnie. A co najważniejsze, płyta była badana przez dociekliwych „sprawdzaczy” i okazało się, że jest to bezpośredni zapis występu. Brak poprawek czy dogrywek wykonanych w studio.

Ten zespół do dzisiaj jest moim najważniejszym odkryciem i często słucham większości jego albumów. Nie ukrywam, że koncertowy album jest najczęściej odtwarzaną w moim domu płytą Jethro Tull.

 

QUEEN - „Live Killers”

Zespół był w Polsce bardzo popularny od połowy lat siedemdziesiątych. Od momentu wydania „Nocy w Operze”. Każda kolejna płyta budziła emocje. Bo trzeba przyznać, że muzycy Queen od samego początku postawili na oryginalność. Byli w tym konsekwentni, a mimo to pierwsze trzy płyty były mało znane poza Wielką Brytanią. Dopiero „Noc” dokonała wielkiego przełomu w karierze grupy. Cały świat kibicował kolejnym wydawnictwom.

Po siedmiu płytach studyjnych nadszedł czas na nagranie płyty koncertowej. Ukazała się w 1979 roku i dla fanów, którzy nigdy nie mieli możliwości usłyszeć zespołu na żywo, była olbrzymim zaskoczeniem.

Queen na „Live Killers” to rasowy zespół hard-rockowy. Każdy kolejny utwór na płycie to potężna dawka solidnych riffów gitary, doskonale współpracująca sekcja rytmiczna pompująca solidnie i tłusto, oraz wokalista o charakterystycznym głosie, który tylko momentami siadał do fortepianu.

Wszystkie utwory znajdujące się na tym albumie brzmią znacznie ostrzej i dynamiczniej od swoich studyjnych oryginałów. Nawet jeżeli niektóre z nich już na studyjnych płytach były petardami energii.

Właściwie każda grupa rockowa zawsze miała w zwyczaju brzmieć na koncertach ostrzej i potężniej niż na studyjnych nagraniach, ale na „Live Killers” muzycy Queen pokazali prawdziwy pazur. Oczywiście nie brakuje tu delikatniejszych fragmentów, ale jednak całość zdominowana jest przez ostre i dynamiczne granie.

Długo nie mogłem przekonać się do muzyki Queen. Wydawała mi się cokolwiek dziwna i wydumana. Nie rozumiałem tych wszystkich odniesień do wodewilu, czy popisów wokalnych Merkurego. Ale płyta koncertowa otworzyła mi oczy. Od tamtej pory nawet ich studyjne albumy brzmiały w moich uszach zupełnie inaczej.

 

GENESIS – Seconds Out”

To druga płyta koncertowa w historii tej jednej z najbardziej wpływowych brytyjskich grup z kręgu progresywnego rocka. Zresztą świadczy o tym nawet tytuł tego albumu.

Prawdę mówiąc twórczość Genesis przestał mnie interesować w momencie kiedy grupę opuścił Peter Gabriel. Zawsze uważałem i nadal podtrzymują moją opinię, że jego następca w roli wokalisty, czyli Phil Collins nie miał odpowiedniej charyzmy. Owszem dysponował głosem o zbliżonym tembre do Gabriela, śpiewał sprawnie, ale mimo to czegoś brakowało. Również utwory zespołu w krótkim czasie zaczęły się zmieniać na łatwiejsze w odbiorze, bardziej melodyjne. Nie takiej kontynuacji Genesis oczekiwałem.

Album „Seconds Out” był czymś w rodzaju połączenia pamięci o dawnym Genesis, z nową wizją muzyków pod wodzą Collinsa.

Większość utworów zawarta na płycie to kompozycje nowe, ale przeplatane cytatami ze starszych płyt. Nad wszystkim jeszcze unosi się łatwo wyczuwalny „duch” Petera Gabriela. Może dlatego ta płyta ma tak wielki urok.

Perfekcyjnie zagrana i równie perfekcyjnie nagrana. Brzmienie tego albumu swoją dokładnością i wyrazistością biło na głowę pierwszy album koncertowy, który grupa nagrała w 1973 roku.

To ostatnia płyta Genesis, którą starzy fani potrafili zaakceptować. Wszystko co zostało nagrane w następnych latach nie było w stanie dorównać ani temu albumowi, ani żadnej poprzedniej płycie Genesis.

Chociaż nie ma na niej Petera Gabriela to przyznam, że lubię tą płytę. Za brzmienie, za perfekcjonizm wykonawców. Jedna z ciekawszych płyt koncertowych w historii.

 

EMERSON, LAKE & PALMER - „In concert”

To była trzecia już płyta koncertowa w dorobku Emerson, Lake & Palmer.

W przeciągu zaledwie dziewięciu lat istnienia zespołu. To duży wyczyn.

Wtedy chyba nikt jeszcze nie spodziewał się, że będzie to płyta pożegnalna. Nowością dla fanów był udział orkiestry symfonicznej, która podkreślała co ważniejsze fragmenty utworów wykonywanych przez super-trio. Aranżacją wszystkich kompozycji z wykorzystaniem orkiestry zajął się Keith Emerson, który miał już doświadczenie w takich projektach.

To z pewnością nie była płyta aż tak dobra jak drugi, uznawany za najważniejszy, album koncertowy grupy. Lżejsza, łatwiejsza w odbiorze. Natomiast jakość dźwięku tej płyty jest znacznie lepsza niż pozostałych „koncertówek” zespołu. To bardzo istotne, ponieważ nie tylko można było śledzić partie wszystkich członków zespołu, ale również orkiestra była słyszalna wyraźnie i selektywnie.

Płyta ważna dla mnie, ze względu choćby na wykonanie ballady „C'est la vie”. Tu udział orkiestry symfonicznej okazał się pomysłem genialnym. Klimat utworu znany z płyty studyjnej został przeniesiony na stadion na którym odbył się zarejestrowany koncert.

Wydawało się, że grupa po kilku słabszych latach złapała drugi oddech i miłośników ich muzyki czekają następne świetne płyty. Niestety. Kilka miesięcy po wydaniu „In concert” muzycy ogłosili zakończenie współpracy.

Ich późniejsze dokonania po reaktywowaniu tria, nie miały już takiego uroku i daleko im było do pomysłowości i nowatorstwa jakimi wypełnione było ich pierwszych pięć płyt.

Tym cenniejszy jest ten album. Szkoda, że pojedynczy.

 

RAINBOW - „On stage”

Płyta koncertowa Rainbow została nagrana i wydana w 1977 roku, ale do polskich rozgłośni radiowych dotarła dopiero na początku 1978. Dlatego większość fanów z naszego kraju usłyszała ją po raz pierwszy właśnie wtedy.

Rainbow był zespołem, który cenili fani nieistniejącego już Deep Purple. Znacznie bardziej trzymał się konwencji i brzmienia wypracowanego przez „purpurowych” niż pozostałe klony. Nie ma w tym nic dziwnego, skoro zespół ten założył Ritchie Blackomore, ex-gitarzysta Deep Purple.

Inny zespół, który powstał na gruzach „purpli” czyli Whitesnake nie kojarzył się z tym za co wszyscy lubili Deep Puple. Inne brzmienie, inne aranżacje, nie zdobyły zbyt wielu serc w Polsce.

A Rainbow wydawał się być logiczną kontynuacją tego lubianego sposobu grania i komponowania oraz wszystkiego co Blackmore robił z poprzednim zespołem.

Ponieważ w składzie tej nowej formacji znaleźli się bardzo dobrzy instrumentaliści i świetny wokalista, to już od pierwszej płyty było jasne, że będzie to zespół którym warto się zainteresować.

Co prawda ta pierwsza płyta stylistycznie bardziej nawiązywała do płyt „Burn” i „Stormbringer” wydanych przez Deep Purple w 1974 roku, tuż przed odejściem Blackmore'a, ale następna była czymś nowym. Oprócz dynamicznych, nośnych utworów typowo hard-rockowych, zawierała kilka bardziej rozbudowanych, monumentalnych kompozycji kojarzących się nawet z progresywnym rockiem. Wszystko okraszone błyskotliwymi partiami wokalnymi Ronniego Jamesa Dio.

Wkrótce Rainbow postanowił wydać podwójny album koncertowy, co dla większości słuchaczy było działaniem zbyt wczesnym. Rzeczywiście pomysł na wydanie obszernej płyty koncertowej po nagraniu zaledwie dwóch studyjnych, był odbierany jako tzw. „skok na kasę”.

Nikt nie oczekiwał, że będzie on zawierał coś więcej niż tylko znacznie wydłużone, co bardziej chwytliwe kompozycje z dwóch pierwszych wydawnictw. Niespodzianką dla wszystkich było to, że oprócz utworów Rainbow, na albumie znalazła się również kompozycja „Mistreated” stworzona przez Blackmore'a jeszcze dla Deep Purple. Zajmowała całą stronę jednej z płyt tego albumu. Zagrana z maestrią i wprowadzająca niesamowity, wręcz magiczny nastrój, była ozdobą całego wydawnictwa. Nie znaczy to, że pozostałe utwory zamieszczone na koncertowym albumie odbiegały poziomem od wydłużonego „Mistrated”. Dobrze dobrane, doskonale zagrane i całkiem nieźle nagrane.

Do dzisiaj jest to jedna z płyt Rainbow po które najchętniej sięgają zarówno starzy fani, jak i ludzie którzy dopiero starają się poznać dorobek tego zespołu.

Po wydaniu „On Stage” grupa nagrała jeszcze jeden album studyjny z Dio w roli wokalisty. Dodam, że bardzo dobry album. Szkoda, że nie zdecydowali się zaczekać z nagraniem płyty koncertowej. Gdyby znalazły się na niej również najciekawsze utwory z trzeciego studyjnego wydawnictwa, to prawdopodobnie „On Stage” byłby jedną z najlepszych płyt koncertowych w historii rocka.

No cóż. Pośpiech czasem nie jest wskazany.

 

TED NUGENT - „Gonzo – Double Live”

Ted Nugent był wykonawcą, który w świadomości polskich słuchaczy zaistniał w roku 1975.

Dla większości z nas był człowiekiem całkowicie nowym. Wówczas nikt nie wiedział, że pan Nugent wcześniej był podporą hard-rockowo-psychodelicznej grupy Amboy Dukes.

Już swoją pierwszą solową płytą (właśnie tą z 1975) pokazał, że zamierza grać prostego, bardzo hałaśliwego heavy-rocka w amerykańskim stylu. Takie były również kolejne dwie płyty studyjne. Najwyraźniej Nugent trafił ze swoją muzyką w gusta licznej grupy odbiorców, bo każda kolejna płyta cieszyła się wielkim powodzeniem sprzedażowym na całym świecie.

W 1978 roku na rynku ukazała się podwójna płyta koncertowa „Gonzo – Double Live” i w polskich rozgłośniach radiowych, natychmiast znaleźli się chętni do jej zaprezentowania na antenie.

Oczywiście ja usłyszałem ją w czwartkowym Mini-Maxie.

Gdybym miał ją do czegokolwiek porównywać, to jedynym skojarzeniem jest „If You Want Blood...” AC/DC. Ta sama surowość brzmienia, będąca kwintesencją najczystszego ciężkiego rocka. Pozorna niedbałość wykonania, która potęgowała wrażenie „garażowego” stylu grania. I hałas. Pamiętam, że wkrótce po ukazaniu się tej płyty jeden z polskich recenzentów określił ją jako właśnie hałas i nic poza tym.

A jednak ta płyta, choć rzeczywiście głośna, odrobinę „brudna” i rozpasana doskonale pasowała do swoich czasów. Wszak wtedy na świecie już w najlepsze szalała moda na Punk-Rock. Surowy i prosto grany. Koncertowe nagrania Nugenta, mimo że z punkiem nie mają nic wspólnego od strony czysto muzycznej, to jednak ich brzmienie i energia są dosyć podobne.

Nie ukrywam, że wcale nie jest łatwo za jednym razem przesłuchać obu płyt tego albumu. Może się to okazać nieco męczącym zadaniem. Ale jeżeli się już przywyknie do tego typu środków wyrazu, to trudno się oderwać od słuchania.

Niestety jakość dźwięku tego albumu (pomijając brutalność i surowość brzmienia zespołu) zawsze pozostawiała wiele do życzenia. Już w 1978 roku, kiedy nagrałem tą płytę na magnetofon kasetowy, wydawało mi się że nie brzmi ona najlepiej.

Od kilku lat mam ją na płycie CD i również stwierdzam, że dźwięk jest raczej kiepski. Bardziej przypomina jakiś piracki Bootleg, niż oficjalnie wydaną płytę koncertową.

Mimo to, nie umniejsza to jej wartości muzycznej.

 

PODSUMOWANIE

Z pewnością w latach 1977-1979 ukazało się znacznie więcej świetnych albumów koncertowych.

I z pewnością równie dobrych jak te wymienione przeze mnie w niniejszym artykule. Ale z jakiegoś powodu nie były tak szeroko znane i cenione. Nie przebiły się do masowej świadomości fanów rocka i w związku z tym nie miały szansy obrosnąć legendą.

Te które przypomniałem dzisiaj, należą do ścisłej czołówki kultowych albumów koncertowych.

Większość z nich była przez długie lata zaliczana do grona 10-20 najlepszych płyt „live” w historii.

 

Marek „Maro” Kulesza

 

 

 

 

Odpowiedz