Przejdź do treści
Wczytuję...

Czas albumów koncertowych cz.1 1972 – 1974

Something with HTML textformat

 

W latach 1972 – 1974 wydano bardzo dużo albumów koncertowych. Większość z nich jest do dzisiaj postrzegana jako najlepsze płyty tego typu w całej historii muzyki rockowej. Oczywiście albumy „live” powstawały już wcześniej, ale nigdy rynek muzyczny nie zarejestrował aż takiej ich kumulacji.

Żałuję, że nie miałem możliwości poznawania ich na bieżąco. Byłem zbyt młody i w tamtym czasie interesowały mnie zupełnie inne rzeczy.

Ale ponieważ taki znaczący „wysyp” płyt koncertowych miał miejsce dwukrotnie, to na ten kolejny który wydarzył się w okresie 1977 – 1979 zdążyłem się „załapać” i każdej (dzisiaj legendarnej) płyty słuchałem niedługo po jej ukazaniu się na rynku.

Będzie o tym mowa w części 2-giej tego cyklu artykułów.

 

Kiedy zainteresowałem się muzyką „na serio”, wiele albumów koncertowych powstałych w okresie 1972 – 1974 zdążyło już na stałe wejść do historii. Z różnych powodów. Jedne były stawiane za przykład doskonałej realizacji dźwięku, inne za mistrzowski poziom wykonawczy muzyków, jeszcze inne za oba te aspekty.

Do dzisiaj kilka albumów z tamtych czasów jest uznawanych za wyjątkowe. I nadal zajmują miejsca w pierwszej 20-ce, a nawet 10-ce najlepszych płyt nagranych na żywo.

Warto wiedzieć, że w tamtym okresie starano się wydawać materiał koncertowy, bez żadnych późniejszych poprawek wykonywanych w studio nagraniowym. Mimo to, nie obyło się bez takich ingerencji, chociaż były one zjawiskiem raczej rzadkim i nikt nie starał się tego ukryć.

Większość dzisiaj otoczonych kultem albumów koncertowych z tamtej epoki była już wielokrotnie przebadana przez dociekliwych „śledczych”, chcących udowodnić, że te płyty nie są w 100% materiałem „LIVE”. Korzystając z dobrodziejstw współczesnej techniki zagłębiali się w częstotliwości, widma dźwięku i podobne meandry związane z techniką nagrywania.

Na szczęście wyjątkowo rzadko udawało im się udowodnić swoje podejrzenia. Zazwyczaj okazywało się, że na którejś z płyt realizatorzy odrobinę podrasowali reakcje publiczności, albo że jakiś efekt specjalny typu: dźwięk deszczu lub burzy, został dodany już w trakcie przygotowań materiału do wydania.

Napisałem o szczęściu, bo ten brak dowodów małego oszustwa świadczy głównie o jednym.

O niesamowitej sprawności instrumentalnej muzyków i ich odporności na stress związany z występowaniem przed niezwykle licznymi fanami zgromadzonymi na olbrzymich stadionach i wielkich halach.

 

Jak już wspomniałem, wszystkie płyty, które dzisiaj przytoczę poznawałem już „post factum” i słuchając ich po raz pierwszy miałem świadomość o ich wyjątkowości. O tym jaki wpływ miały na zespoły, które stały wtedy dopiero u progu kariery. Zresztą do dzisiaj są one chętnie wspominane przez muzyków popularnych zespołów, które rozpoczęły działalność stosunkowo niedawno.

Śmiało można więc zaryzykować tezę, że kultowe albumy koncertowe z lat 70-tych ukształtowały następne pokolenia muzyków. Nie wspominając o gustach słuchaczy...

 

DEEP PURPLE - „Made in Japan”

To chyba pierwsza słynna płyta koncertowa jaką usłyszałem. Byłem wtedy zauroczony każdą płytą tej formacji, a szczególnie tymi nagranymi w najmocniejszym składzie określanym jako Mark II.

Kiedy zespół postanowił nagrać taki album, padła propozycja żeby został on nagrany z możliwie najlepszą, najwierniejszą jakością dźwięku. W takim razie konieczne było dokonanie zapisu na najlepszym dostępnym wtedy na świecie sprzęcie rejestrującym występy na żywo. Taki mieli tylko Japończycy. A przynajmniej tak głosiły obiegowe opinie.

Dlatego skorzystano z okazji, którą było tourne grupy w Japonii i ostatecznie zarejestrowano całe występy w dwóch, a podobno nawet trzech miastach. Ostatecznie na album zostały wybrane fragmenty koncertów w Tokio i Osace. Które miasto zostało pominięte? Do dzisiaj nie wiadomo i być może jest to jedynie plotka.

Z pewnością nie każdy występ był na tyle udany od samego początku do końca, żeby wykorzystać go w całości. Dlatego wybrano najbardziej udane fragmenty dwóch koncertów w Osace i jednego w Tokio. Taką oficjalną informację zawsze można było znaleźć na okładkach wszystkich kolejnych edycji tego albumu. Dzięki zamieszczeniu tej wiadomości zespół odsuwał od siebie jakiekolwiek zarzuty o próbę małego oszustwa.

W dodatku każdy utwór jest oddzielony krótkim momentem ciszy. Nie starano się stworzyć iluzji jednego całościowego występu poprzez „wklejenie” pomiędzy utwory odgłosów i reakcji publiczności. To uczciwe podejście.

Jeżeli chodzi o samą muzykę, która znalazła się na tym podwójnym albumie, to jest ona doskonała. Od pierwszego do ostatniego nagrania. Dynamika, klimat, mistrzowskie opanowanie instrumentów oraz oczywiście bardzo czysty i selektywny dźwięk. Bo rzeczywiście jest to jedna z najbardziej przejrzyście i szczegółowo nagranych płyt. A przynajmniej tych pochodzących z lat 70-tych. Wiele lat później taka selektywność i naturalność brzmienia pojawiła się dopiero na płytach z cyklu MTV Unplugged.

Od kilku lat dostępne są w sprzedaży kolejne edycje tego albumu z zawartymi na nim bonusami.

To również są nagrania z któregoś z tych trzech występów, ale brzmią nieco inaczej. Słuchając ich niezbyt dokładnie można odnieść wrażenie, że są dosyć niechlujne i mało perfekcyjne zarówno od strony instrumentalnej jaki i dźwiękowej. Nie do końca jest to prawdą i głosy krytyków sugerujące jakoby te bonusy są prawdziwym koncertowym obliczem zespołu, a materiał główny to efekt poprawek i dogrywek studyjnych, nie są sprawiedliwe.

Wystarczy wsłuchać się bardzo dokładnie w te dodatkowe nagrania. Można zauważyć, że dźwięk rzeczywiście nie jest tak dobry jak ten znany z podstawowego materiału. Natomiast pracy muzyków nie da się niczego zarzucić.

Prawda jest prostsza niż się może wydawać. Bonusy są nagraniami, które nie mają ustawionych poziomów głośności poszczególnych instrumentów. Pozostawiono je w stanie w jakim zostały nagrane bezpośrednio z konsolety akustyka. To nie jest dźwięk jaki słyszała widownia. Natomiast cała oryginalna zawartość „Made in Japan” została nagrana z użyciem mikrofonów rozstawionych w różnych miejscach sal w jakich zarejestrowano wszystkie trzy występy grupy.

Oczywiście w fazie końcowego masteringu służącego do stworzenia matrycy pozwalającej na produkcję płyt, z pewnością dokonano korekty głośności poszczególnych instrumentów. To normalne i standardowe działanie w przypadku wszystkich płyt. Nie ma znaczenia czy są to nagrania studyjne, czy koncertowe. W przypadku bonusów nie przeprowadzono takich czynności.

 

URIAH HEEP - „Live 1973”

Ta płyta ma magiczny klimat. Już pierwsze słowa zapowiedzi, które brzmią: „Friday night in Birmingham”, przebijające się przez odgłosy publiczności wprowadzają niesamowity nastrój. Potem króluje już tylko muzyka. Bez zbędnych przerw, bez długich i nudnawych tyrad wokalisty.

Tempo utworów, które grupa wybrała na ten koncert jest naprzemienne. Średnio, szybko, wolno i znowu średnio, szybko. W trakcie słuchania tego albumu nie sposób się nudzić. Zespół zadbał o to, żeby każdy fan takiej muzyki znalazł coś dla siebie.

Najważniejsze, że rzeczywiście jest to pełny zapis koncertu. Bez upiększania, bez doklejania dodatkowych odgłosów reakcji publiczności. Utwór po utworze można się przekonać jak niesamowicie sprawnymi muzykami byli członkowie Uriah Heep. Wszystko zagrane dokładnie i czysto. Z energią i dynamiką. Prawdziwa uczta dla miłośników gatunku.

Kiedy przystąpiono do nagrywania tego albumu koncertowego, grupa miała na koncie już pięć bardzo udanych płyt studyjnych. Dlatego nie było najmniejszego problemu z wyborem materiału, który miał zostać zarejestrowany w wersji „live”. Na dobrą sprawę zespół mógłby się pokusić o wydanie nawet trzypłytowego albumu koncertowego i wszystkie utwory prezentowałyby wysoki poziom.

Brzmienie tej płyty jest lekko ocieplone. Nie tak selektywne i analityczne jak albumu „Made in Japan” Deep Purple. Mimo to słucha się go bardzo przyjemnie, potęga gitary jest większa i ma ciekawszy dźwięk niż u znamienitych konkurentów.

To jeden z moich ulubionych albumów koncertowych. Wracam do niego średnio raz w miesiącu.

 

YES - „YESSONGS”

Bohaterowie Art-rocka, później przemianowanego na Progresiv-rock w swojej najwyższej formie.

To nie jest płyta łatwo przyswajalna dla ludzi słabo osłuchanych z tym gatunkiem. Szczególnie, że YES byli zespołem tworzącym bodaj najtrudniejszą odmianę takiej muzyki.

Najtrudniejszą i brzmiącą kompletnie inaczej niż wszystko co robili w tym czasie inni twórcy tej bardzo wymagającej gałęzi rocka. W tym zespole nikt nie grał w sposób typowy, ani nie używał brzmienia, którego można by oczekiwać od muzyków rockowych.

Niepowtarzalne i niepodrabialne brzmienie znane z płyt studyjnych, zostało w całości przeniesione na scenę. Żeby tego dokonać wszyscy instrumentaliści grupy musieli być absolutnymi mistrzami w swoich dziedzinach. Trzeba się dobrze wsłuchać w ich muzykę, żeby zrozumieć jak piekielnie trudne do zagrania partie miał każdy z nich.

Na żywo byli tak samo dobrzy jak w studiu. Nic dziwnego. Mało kto wie, że YES byli jedną z kilku grup, które w trakcie nagrywania płyt studyjnych nie korzystały z overdubingu.

Nie chcę zbyt głęboko wchodzić w szczegóły, ale niezorientowanym należy się wyjaśnienie, co to jest overdubing. Jeżeli instrumentalista nagrywający swoją ścieżkę w studiu pomyli się, to istnieje możliwość pozostawienia fragmentów zagranych dobrze, a poprawiać jedynie te mniej udane. Następnie wszystkie zadowalające fragmenty „skleja” się w taki sposób jakby nagranie powstało przy jednym podejściu.

Otóż YES nie chcieli z tego korzystać. A przecież większość ich twórczości z lat 70-tych to bardzo długie i niezwykle skomplikowane kompozycje, niejednokrotnie trwające po 20 minut. Muzycy grupy upierali się, żeby niczego sobie nie upraszczać. Jeżeli któryś z nich nagrywając swoją partię pomylił się w np. 19-nej minucie, to zaczynał nagranie od początku. Dlatego na koncertach olśniewali wirtuozerią i bezbłędnym wykonywaniem nawet najtrudniejszych fragmentów swoich utworów.

„Yessongs” to album trzypłytowy. Zawiera dużo materiału, który został tak dobrany żeby pokazać pełnię możliwości instrumentalnych, oraz przekrój dotychczasowego dorobku zespołu.

Świetny koncert wirtuozerskiej grupy.

Obowiązkowa pozycja dla wszystkich miłośników art-rocka.

 

GENESIS - „Live”

Tej płyty oczekiwali nie tylko fani Genesis, ale także wszyscy ci, których fascynował rock progresywny.

Niestety wiele osób po jej wysłuchaniu poczuło rozczarowanie. Liczyli na doskonałe wykonania materiału tak dobrze im znanego z płyt studyjnych. Warstwa instrumentalna była bardzo dobra, natomiast wokal Petera Gabriela był skrajnie odległy od doskonałości. I to właśnie powodowało krytyczne oceny tej płyty.

Natomiast wygłaszali je niemal wyłącznie ludzie, którzy nigdy nie byli na żadnym koncercie Genesis, oraz tacy którzy nie widzieli zespołu na żywo w okresie, kiedy nagrywano ten album.

W tamtym czasie koncerty Genesis były widowiskiem wykorzystującym nie tylko więcej reflektorów niż dotąd, efektów dymnych, ale stało się prawdziwym misterium. Rockowym teatrem w którym rolę pierwszoplanową grał wokalista Peter Gabriel. Żeby odpowiednio zilustrować przekaz kolejnych utworów i stworzyć magiczną atmosferę występu, wielokrotnie zmieniał kostiumy. Już samo to mogłoby przyprawić o zadyszkę kogoś o olimpijskiej kondycji fizycznej. A Gabriel mimo tego wysiłku musiał przecież śpiewać.

W dodatku niektóre partie wokalne wykonywał będąc zawieszonym nad sceną. Ubrany w uprząż do której były podczepione cienkie linki, a która mocno opinała jego korpus skutecznie blokując swobodę nabierania powietrza, latał nie tylko nad samą sceną, ale także ponad głowami zgromadzonej na koncercie publiczności. Nic dziwnego, że miał problem z utrzymaniem tonacji. Czasem także jego głos delikatnie przycichał, w momentach kiedy nie dość dokładnie kierował usta w kierunku membrany mikrofonu.

Ale jednak śpiewał i to wcale nie tak fałszywie i wysiłkowo jak starali się to przedstawić malkontenci. Zresztą „konia z rzędem” temu, kto w takich warunkach w ogóle dałby radę śpiewać.

Ta płyta to ciekawy zapis występu jednej z najważniejszych i najbardziej wpływowych grup w historii ambitnych gatunków rocka. Z okresu kiedy byli u szczytu sławy i u szczytu swoich możliwości.

Warto posłuchać.

 

TEN YEARS AFTER - „Recorded Live”

Grupa TEN YEARS AFTER zasłynęła jako wykonawca blues-rocka w brytyjskim stylu, opartego głównie na fenomenalnej grze gitarzysty Alvina Lee. Nie tylko posiadał fantastyczne wręcz wyczucie stylu, ale potrafił grać z oszałamiającą szybkością. Zyskał przez to przydomek Speed King (Król Szybkości). Do dzisiaj wiele encyklopedii rockowych przypomina, że przez całe lata 70-te wszystkie gazety muzyczne nazywały go Najszybszym Gitarzysta Świata. Wielokrotnie plasował się na wysokich pozycjach we wszelkich rankingach prowadzonych przez pisma muzyczne, mających na celu wybór najlepszych muzyków roku.

A świat oszalał na punkcie Ten Years After po ich występie na festiwalu w Woodstock w 1969 roku. Brawurowe, ponad 10-cio minutowe wykonanie ultra szybkiego jak na owe czasy utworu „Go Home” dosłownie rzuciło na kolana fanów rocka.

Kariera grupy rozwijała się w przyspieszonym tempie i wkrótce byli postrzegani jako jedna z najciekawszych grup pierwszej połowy lat 70-tych. W dodatku ich styl znajdował wielu naśladowców.

Kiedy w 1973 roku nagrywali album koncertowy, wśród muzyków panowała już nienajlepsza atmosfera. Tworzyli razem zgrany i sprawny technicznie zespół, ale prywatnie nie mieli już ze sobą zbyt wiele wspólnego.

Mimo to nagrania koncertowe zarejestrowane w wielkiej hali widowiskowej we Frankfurcie nad Menem, ukazują grupę będącą w wyśmienitej formie. Słuchając utworów, które znalazły się na tym albumie, ma się wrażenie że wszyscy członkowie zespołu osiągnęli w tym czasie apogeum swoich możliwości.

Nie jest to koncert zagrany w szybkim tempie. Królują tu głównie tempa charakterystyczne dla klasycznego bluesa i blues-rocka. Oczywiście na liście utworów znalazł się także super szybki „Go Home”, ale jednak reszta materiału jest znacznie wolniejsza. To blues-rock o raczej ciężkim brzmieniu. Bliski hard-rocka. Alvin Lee gra jak natchniony, a wspomaga go niezwykle sprawna i solidna sekcja rytmiczna oraz organy Hammonda. Czasem zespół dryfuje w kierunku jazz-rockowej awangardy, co tylko dodaje smaczku.

Brzmienie płyty jest bardzo przejrzyste i dokładne.

Najwyraźniej nie tylko Japończycy dysponowali w tamtym czasie dobrą aparaturą rejestrującą występy na żywo. Niemcy nie pozostali daleko w tyle.

 

EMERSON, LAKE & PALMER - „Welcome Back My Friends to the Show That Never Ends... Ladies and Gentlemen, Emerson Lake & Palmer”

Strasznie długi tytuł. Długa jest tez cała płyta. To album trzypłytowy.

Dzisiaj już wiemy, że wieńczył on najlepszy, najbardziej twórczy okres działalności tej supergrupy.

Potem zespół poświęcił się nagrywaniu płyt, które nawet najwierniejsi fani odbierali jako co najmniej dziwne. Ambicje Emersona do pokazania swoich umiejętności jako pianisty klasycznego, nadmierne dążenia Lake do stania się kolejnym bardem pokolenia i jazz-rockowe eksperymenty Palmera nie spodobały się większości słuchaczy.

Ale w czasie kiedy powstawał potrójny album koncertowy, grupa była jedną z najsłynniejszych formacji rockowych na świecie. I jedną z najambitniejszych. Osobom, które do dzisiaj nie miały okazji zapoznać się z płytami EL&P z lat 1970-1974, mogę jedynie podpowiedzieć, że ich muzyka nie należała do łatwych. Wymagała dużego wyrobienia od słuchaczy. Podobnie jak kompozycje ich najbardziej ambitnych konkurentów w postaci: YES, King Crimson i Gentle Giant.

Na albumie koncertowym znalazły się wszystkie najważniejsze kompozycje zespołu.

Wykonane brawurowo. Ale maestria grupy znana było już od samego początku jej istnienia. Wszak była to regularna supergrupa...

Brzmienie płyty jest całkiem niezłe. Czytelne i przejrzyste, dyspozycja muzyków niezrównana. Ta płyta była jedną z tych, które budziły podejrzenia co do całkowitej autentyczności nagrań.

Wielu szukających sensacji „badaczy” analizowało dźwięk przy użyciu najnowocześniejszych aparatur. Miały one wykazać, że niektóre części materiału albo powstały w studio, albo wersje pochodzące z koncertu były poprawiane i podrasowywane w bardzo dużym zakresie.

Nikomu nie udało się znaleźć najmniejszego nawet punktu zaczepienia, żeby twierdzić że nie są to nagrania czysto koncertowe. Ta wiadomość była ważna dla fanów grupy. Zespół który cenili i w który wierzyli, nie dopuścił się nawet najmniejszej próby oszustwa.

 

RICK WAKEMAN - „Journey to the Centre of the Earth”

Wielu czytelników może nie znać tej płyty. Rzeczywiście dzisiaj jest rzadziej wspominana niż pozostałe słynne albumy koncertowego tamtego okresu.

Natomiast wkrótce po jej wydaniu była rozchwytywana przez miłośników progresywnego rocka. Słupki sprzedaży rosły z każdym dniem. Rick Wakeman został wyróżniony wieloma prestiżowymi nagrodami przyznawanymi przez przemysł fonograficzny. Pisma zajmujące się muzyką rockową rozpływały się w zachwytach nad tym albumem. Tych ostatnich fascynowała przede wszystkim sama muzyka skomponowana przez Wakemana.

A trzeba wiedzieć, że niewiele brakowało, a ta płyta nigdy nie zostałaby wydana.

Wakeman był popularnym i bardzo cenionym artystą. Zarówno jeżeli chodzi o jego członkostwo w grupie YES, jak i projekty solowe, którymi zajmował się jeszcze przed przystąpieniem do tego kultowego zespołu.

Miał już na koncie dwie świetnie sprzedające się płyty studyjne i wpadł na pomysł nagrania albumu koncertowego. Nie miał to być album będący zapisem występu w trakcie którego kompozytor wykonywałby utwory znane z płyt studyjnych. Miała to być rejestracja zagranego na żywo całkowicie nowego„dzieła”. Na koncercie oprócz kilku zaproszonych muzyków o ugruntowanej pozycji miała także wystąpić Londyńska Orkiestra Symfoniczna.

Wytwórnia fonograficzna z którą związany był Wakeman nie dostrzegała żadnego potencjału w idei powstania takiego albumu. Brytyjski oddział tej wytwórni zdecydowanie odmówił jakichkolwiek negocjacji w tej sprawie. To, że jednak doszło do nagrania płyty zawdzięczamy ludziom pracującym w amerykańskiej centrali tej firmy. To oni postanowili zaryzykować i pomogli zorganizować całe przedsięwzięcie.

Jeżeli coś nie jest proste od samego początku, to czasem bywa tak, że trudności piętrzą się nieustannie.

W tym przypadku dokładnie tak było.

Zamierzeniem Wakemana było nagranie dwóch występów z udziałem londyńskich filharmoników.

Z całego materiału miał wybrać najlepsze fragmenty i te umieścić na albumie. Wcale nie ukrywał, że nie będzie to zapis koncertu w powszechnym rozumieniu, a raczej kolaż stworzony na bazie najbardziej udanych nagrań.

Okazało się, że fundusz przeznaczony na ten cel przez firmę fonograficzną wystarczy tylko na jeden koncert z udziałem orkiestry. W dodatku nie było czasu na zorganizowanie wystarczającej ilości wspólnych prób orkiestry i zespołu wspomagającego Wakemana.

W dniu koncertu pech nadal prześladował artystę. Przed samym występem zorientowano się, że zaginęła część okablowania przeznaczonego do mikrofonów, w tym tego najważniejszego do którego miał mówić „lektor”. Bo trzeba wiedzieć, że całe dzieło Ricka Wakemana było inspirowane powieścią Juliusza Verne pod tytułem „Podróż do wnętrza Ziemi”. Lektor miał snuć opowieść prowadzącą publiczność przez kolejne przygody bohaterów książki.

Skorzystano więc z innego rozwiązania, podłączając do mikrofonu przewody o kiepskiej czułości, przeznaczone do pracy innego rodzaju. Wymogło to konieczność podkręcenia głośności mikrofonu do tego stopnia, że zakłócało to inne urządzenia.

Orkiestra symfoniczna, choć złożona z zawodowców, nie do końca zgrała się z zespołem i jeden lub dwa razy popełniła małą pomyłkę, z której na szczęście błyskawicznie wybrnęła. Chórki nie zawsze były wystarczająco czytelne właśnie z powodu zakłócających się nawzajem mikrofonów.

Cały występ był rejestrowany na 16-to ścieżkowym magnetofonie i to pozwoliło ostatecznie opanować cały bałagan. Na etapie postprodukcji udało się wiele rzeczy naprawić, a głos lektora został nagrany ponownie.

Twórca nigdy nie ukrywał, że przed wydaniem albumu konieczne były studyjne zabiegi o zakresie więcej niż tylko kosmetycznym. Ale jeżeli wierzyć we wszystkie oficjalne i nieoficjalne informacje na temat obróbki całego materiału, to nie była ona aż tak duża jak powszechnie uważano.

Ciekawy koncert, ciekawa idea i doskonała muzyka.

Ta płyta nie jest „lekturą obowiązkową” dla fanów progresywnych klimatów, ale warto się z nią zapoznać.

 

Marek "Maro" Kulesza

 

 

 

 

 

 

 

 

Odpowiedz