Przejdź do treści
Wczytuję...

BUDGIE

Something with HTML textformat

Sześcio-tonowy walec

Pisząc o moich fascynacjach muzycznych z wczesnej młodości, nie mógłbym nie wspomnieć o grupie Budgie.

W latach siedemdziesiątych w Polsce byli zespołem niezwykle cenionym. Oczywiście ich popularność w naszym kraju nie mogła się równać z nimbem jakim otoczeni byli Led Zeppelin, Black Sabbath, Deep Purple czy Uriah Heep, ale i tak był to zespół, który znali wszyscy miłośnicy ciężkiego grania. Podobnym uznaniem Budgie cieszyło się w rodzinnej Walii. Natomiast cała reszta świata chyba nie bardzo zadawała sobie sprawę z ich istnienia. Być może w Anglii, USA czy Francji cieszyli się jakimś rodzajem poważania wśród najbardziej poszukujących „swojego” brzmienia fanów, ale miało to charakter dosyć niszowy.

Tak naprawdę prawdziwy wybuch ich popularności nastąpił w momencie, kiedy grupa praktycznie już nie istniała. Metallica na jednej ze swoich „garażowych” płyt nagrała utwór „Breadfan” w oryginale pochodzący z trzeciego albumu Budgie „Never Turn Your Back on Friend”. Kalifornijscy trashowcy wcale nie starali się tego kawałka wzmocnić i dociążyć. Nagrali go nie dokonując żadnych większych zmian w podejściu do konstrukcji utworu. W takim samym tempie i równie ciężko.

I nagle metalowa ciżba rozpoczęła poszukiwania płyt Budgie. Dotychczasowe nakłady szybko się wyczerpały. Firma wydająca albumy walijskiego tria rozpoczęła tłoczenie reedycji, które również stosunkowo szybko się wyprzedawały.

Potem tempo nieco zwolniło. W Polsce jeszcze całkiem niedawno można było kupić niektóre pozycje za niewielkie kwoty. Były to dosłownie resztki ostatnich edycji. Przez ostanie półtora roku jeżeli ktoś chciał się wyposażyć w któryś album, to dostępne one były jedynie na rynku brytyjskim i można je było sprowadzić za horendalne pieniądze.

Dzisiaj znowu pojawiają się na naszym rynku, ale w wersjach zremasterowanych,ze zwiększoną dynamiką (expanded) i trzeba za nie zapłacić naprawdę „słono”.

 

Pierwszy kontakt

Wróćmy jednak do drugiej połowy lat 70-tych, kiedy po raz pierwszy usłyszałem ich muzykę. Nie w radiu, jak to na ogół zdażało się w moim przypadku i nie u starszego, ciotecznego brata.

Tym razem to jeden z kolegów zaprezentował mi dwie ich płyty nagrane na magnetofonie szpulowym. A że szpulowce produkcji krajowej miały lepszy dźwięk niż rodzime kaseciaki, a kolega w dodatku posiadał całkiem uczciwy wzmacniacz Sony i przyzwoite angielskie głośniki (przysłane przez ciocię z Anglii), to uwierzcie, zabrzmiało to naprawdę spektakularnie.

Mocno, solidnie i przejrzyście. Było czego posłuchać.

Ponieważ wcześniej nazwa zespołu jedynie obiła mi się o uszy, to nawet nie zdawałem sobie sprawy, że oto w mojej głowie, a dokładnie właśnie w uszach, narodziła się konkurencja dla Led Zeppelin i Black Sabbath. Nie tak żelaziście brzmiąca jak Sabbaci i nie tak tłusto pompująca jak Zeppelini. Znaleźli się ze swoim brzmieniem dokładnie pośrodku tych dwóch kultowych zespołów. I pośrodku mojego ówczesnego gustu.

Albumami , których wysłuchałem u kolegi były: „In for The Kill” oraz „Never Turn Your Back on a Friend”.

Praktycznie były to dwa albumy, które najlepiej oddawały styl jaki obrało Budgie. Nagrane w latach 1973-1974 były szczytowym osiągnięciem zespołu. Zawierały kwintesencję pierwszych dwóch płyt, tyle że wszystko było na nich lepiej obmyślone i dopracowane.

Tyle, że wtedy nie mogłem jeszcze tego wiedzieć. Czekało mnie przecież żmudne docieranie do wszystkich kolejnych wydawnictw Walijczyków.

Najszybciej udało mi się zdobyć „Bandolier”, piątą płytę wydaną w 1975 roku. Trochę spokojniejsza i bardziej zadumana niż te dwie, które poznałem jako pierwsze. Momentami nawet nieco przenudzona. Ale utwór „Napoleon Part I/ Napoleon Part II” bez problemu rekompensował całą pozostałą zawartość płyty. Szczególnie „Part II” jest niemal znakiem firmowym Budgie. Prosto do przodu, mocno i bardzo „nośnie”. Szkoda tylko, że nie przyszło im do głowy jeszcze trochę rozciągnąć tego kawałka o powiedzmy 2-3 minuty. Byłby absolutnym kilerem. Ale nie czepiajmy się tak bardzo. Nawet taki jaki jest, robi świetne wrażenie.

Następnymi albumami, które po kolei poznawałem były: „Power Supply” 1980 i „Nightflight” 1981. Było to poznawanie niejako na bieżąco, bo Piotr Kaczkowski niezmordowanie prezentował co ciekawasze nowe płyty w swojej czwartkowej audycji Mini-Max.

Obie płyty były inne niż dotychczas. Najwyraźniej Budgie próbowało trochę unowocześnić swój styl. Z myślą o nadchodzących latach 80-tych. Wszak konkurencja w postaci zespołów zaliczanych do tzw. New Wave of British Heavy Metal zaczęła już deptać im po piętach. Szczerze mówiąc nie za bardzo trafiały do mnie te nowe płyty. Może z wyjątkiem kilku kawałków, które najmocniej kojarzyły się ze „starym dobrym Budgie”.

Miałem nagrane te dwa albumy, ale nie odtwarzałem ich zbyt często, a w końcu ustąpiły miejsca na taśmie rzeczom, które bardziej przykuwały wtedy moją uwagę.

Mijały kolejne lata i tylko rzadko sięgałem czasem po „Bandoliera”, który w końcu kupiłem w wersji CD, głownie po to by posłuchać „Napoleona”. Czasem u znajomych zdarzało się, że w tle towarzyskich spotkań słyszało się fragmenty „Never Turn...” a szczególnie utwór „Parents”.

Dopiero stosunkowo niedawno miałem okazję na spokojnie zapoznać się z pierwszymi płytami: „Budgie” z 1971 roku i „Squawk” z 1972.

Zarówno debiut, jak i druga płyta są pozycjami wartymi uwagi. Niewiele różnią się od następnych trzech płyt. Może są trochę bardziej nieśmiałe i mniej dopracowane, ale tak naprawdę niczego im nie brakuje.

Po ich wysłuchaniu staje się jasne, że grupa od samego początku miała własną receptę na swoją muzykę. Z każdą kolejną płytą ten styl się krystalizował, krzepł i dopiero na przełomie lat 70/80 uległ pewnym zmianom.

 

I znowu nieco historii

Budgie zawiązało się w walijskim mieście Cardiff w 1967 roku. Początkowo podobno fascynowała ich głównie twórczość The Beatles i zamierzali iść podobną drogą. Ale wszystko wskazuje na to, że w ciągu następnych dwóch lat pod wpływem płyt CREAM i Jimi'ego Hendrixa przedefiniowali swoje pomysły. Próby odbywały się w pomieszczeniu udostępnionym przez zaprzyjaźnionego pastora i z biegiem czasu grupa powoli wypracowywała swój styl.

Okazjonalnie występowała także w miejscowych pubach, a w końcu także w niewielkich klubach na terenie Walii. Wśród bywalców tych przybytków cieszyła się czymś w rodzaju regionalnego uznania, ale nic nie wskazywało na to, że uda im się wznieść na wyższe poziomy. Trudno powiedzieć jak brzmiała ich muzyka z tamtego okresu. Wciąż byli w fazie eksperymentowania.

Do końca 1970 roku byli zespołem czysto amatorskim. Dopiero w 1971 usłyszał ich producent Roger Bain i postanowił umożliwić im podpisanie kontraktu na nagranie debiutanckiej płyty. Do dzisiaj nie jest do końca jasne, czy przez przypadek znalazł się w którymś z klubów i widział ich występ, czy może otrzymał od kogoś taśmę nagraną w trakcie jednej z prób.

Firma fonograficzna MCA zainstalowała zespół w studio nagraniowym, gdzie w szybkim trybie zarejestrowano materiał na pierwszą płytę. I jak to kiedyś się czasem zdarzało, a dzisiaj nie jest to w zasadzie możliwe, nagrania zostały wykonane „na żywo” na 8-mio ścieżkowym magnetofonie. Dokonano potem jedynie drobnych poprawek i materiał był gotowy, by przekazać go do dalszej produkcji.

Płyta zatytułowana po prostu „Budgie” zdobyła szereg pochwał ze strony krytyki, ale nie zyskała spodziewanego rozgłosu wśród szerszej publiczności. Sprzedaż tego albumu pozostawała znacznie poniżej oczekiwań wytwórni. Gdyby głębiej się nad tym zastanowić, to właściwie nie ma w tym nic zaskakującego. Wszak pionierzy hard-rocka, a taki styl prezentowało również Budgie, mieli w tym czasie na koncie już po kilka płyt. Led Zeppelin właśnie wypuszczało swoje czwarte wydawnictwo, Black Sabbath mieli wydane trzy płyty, a Deep Purple świętowało triumf szóstego w ogóle a drugiego prawdziwie hard-rockowego longplaya „Fireball”.

Budgie po prostu nie załapało się na pierwszy pociąg do sławy...

Kolejny album „Squawk” przyniósł podobne brzmienie oraz konsekwencję w budowaniu kompozycji i podobnie jak debiut, nawet nie dotarł do zestawienia stu najlepiej sprzedających się płyt w Wielkiej Brytanii.

Następne płyty zespół postanowił produkować samodzielnie, bez udziału Baina.

Trzecia płyta, nagrana w 1973 „Never Turn Your Back on a Friend” była, a właściwie mogła okazać się dziełem przełomowym. Znalazło się na niej kilka doskonałych utworów m.in. „Breadfan”, „Parents”, a standard bluesowy „Baby Please Don't Go” w aranżacji Budgie do dzisiaj uważany jest za jedno z najlepszych wykonań tego kawałka.  Album został w końcu dostrzeżony przez fanów spoza Walii, ale do sukcesu komercyjnego było nadal niezmiernie daleko.

W 1974 roku nagrano kolejny album „In For the Kill”, który co prawda przypominał nieco poprzednika, ale niósł ze sobą ładunek większej energii i odrobinę cięższych akordów. Samo określenie „cięższych akordów” w przypadku Budgie może brzmieć nieco zabawnie, bo od samego początku wydawały się ważyć tony, ale rzeczywiście na ich czwartej płycie zostały jeszcze bardziej „dociążone”. Najwyraźniej spodobało się to nie tylko dotychczasowym fanom, ale także nowej rzeszy miłośników, bo nagle okazało się, że sprzedaż tego albumu jest o wiele większa niż wszystkich poprzednich razem wziętych. „In For The Kill” szybko wskoczyło na 29-te miejsce listy najlepiej sprzedających się płyt w Wielkiej Brytanii.

Największy dotychczasowy sukces zespołu zdopingował go do intensywnej pracy nad kolejnym wydawnictwem.

W 1975 roku na rynku ukazała się płyta „Bandolier”. Była konglomeratem utworów o zmiennym nastroju i brzmieniach, ale ujętym w klamrę solidnego ciężkiego łojenia. Pierwszy utwór „Breaking All The House Rules” i ostatni „Napoleon Bona Part 2” to wzorcowe przykłady solidnego, twardego stylu Budgie. Chociaż ta płyta nie sprzedawała się aż tak dobrze jak „In For the Kill” to jednak dotarła do 36-go miejsca UK Chart. Być może oczekiwano lepszego rezultatu, ale przecież i tak był to bardzo dobry wynik. W dodatku płyty Budgie wydano pod egidą A&M także w Stanach Zjednoczonych.

Lata 1976-78 to dwie płyty „If I Were Brittania I'd Waive the Rules” i „Impeckable” które przyniosły ze sobą trochę inną muzykę, inspirowaną funky. Połączenie ciężkiego rocka z impulsowym funky nie do końca spodobało się zarówno krytykom jaki i dotychczasowym fanom. Nie udało mi się znaleźć żadnej informacji o wejściu tych płyt na listy popularnych i dobrze sprzedających się wydawnictw w tamtym czasie, co oznacza, że rzeczywiście nie cieszyły się nadmiernym zainteresowaniem.

Płyty „Power Supply” oraz „Nightflight” nagrane w latach 1980 i 1981 wyraźnie pokazały kryzys zespołu, który chyba ostatecznie przestał wierzyć w słuszność swojej dotychczasowej drogi.

Oba te albumy były produktami mocno wpasowującymi się w to co działo się naonczas na brytyjskiej scenie muzycznej. Brzmienie zespołu, mimo że nadal dosyć ciężkie i solidne, przesuwało się jednakże w stronę większej melodyjności. Utwory stały się krótsze i na ogół nie miały wieloczłonowej, skomplikowanej konstrukcji jak to miewało miejsce na pierwszych pięciu albumach. Niektórzy mało jeszcze doświadczeni słuchacze potrafili w tamtym czasie pomylić Budgie z grupą Saxon, która była jednym z filarów modnej wtedy New Wave of British Heavy Metal do której zaliczano także: Judas Priest, Iron Maiden, Samson, Def Leppard.

Nightflight” znalazło się na 68-ej pozycji UK Chart, co świadczyło o fakcie, że Budgie ze swoją nową ofertą było dla miłośników ciężkiego rocka propozycją mniej interesującą od tego, w co rynek muzyczny Wielkiej Brytanii wtedy obfitował.

W 1982 roku ukazała się kolejna płyta „Deliver us from Evil”, która ostatecznie doszła do 63 miejsca na liście najlepiej sprzedających się płyt w Zjednoczonym Królestwie. Jednak publiczność i krytycy dosyć surowo potraktowali zawartą na nim muzykę, a przede wszystkim teksty. Niegdyś ironiczne, dwuznaczne, a czasem abstrakcyjne, tym razem ustąpiły miejsca przekazowi innego rodzaju. Na nowej płycie niemal wszystkie dotyczyły zagadnień religijnych i pacyfistycznych. Powodem takiej wolty było nawrócenie się lidera grupy na katolicyzm. Ponadto w aranżacjach pojawiły się instrumenty klawiszowe i elementy orientalne. Wygląda na to, że spora część dotychczasowych fanów kompletnie nie była na to gotowa.

Po raz pierwszy w Polsce!

Tego samego roku Budgie po raz pierwszy odwiedziło Polskę. Koncert odbył się na warszawskim Torwarze. Oczywiście tym starym Torwarze, który przeszedł do legendy jako najgorsze akustycznie miejsce w Polsce, a kto wie czy nie na całym świecie...

BYŁEM NA TYM KONCERCIE !

Jedyne co mogę napisać, to że rzeczywiście dźwięk był koszmarny. Nawet gorzej niż koszmarny, bo miałem wrażenie że słyszę coś w rodzaju gigantycznego odkurzacza z jakąś wadą silnika, która powoduje pewien rodzaj łomotu. Dodajmy, że łomotu modulowanego. Głos wokalisty też był słyszalny tylko momentami, a w dodatku tak bardzo nieczytelny, że chyba nikt nie był w stanie rozpoznać cóż za utwór w danym momencie jest wykonywany przez zespół.

Grupa jeszcze przez kilka lat koncertowała ze zmiennym powodzeniem, ale zaprzestała nagrywania nowych płyt.

Ostatecznie w 1988 doszło do rozwiązania zespołu.

Reaktywacja

Pod wpływem rosnącej popularności coverów Budgie wykonywanych przez Metallicę i Iron Maiden oraz kilka innych formacji metalowych, panowie z Walii postanowili reaktywować zespół w 1999 roku. Przez jakiś czas głównie koncertowali, przypominając się szerszej publiczności, a w końcu nadszedł ich zdaniem moment żeby nagrać nowy materiał.

Album „You're All Living in Cuckooland” miał być rodzajem połączenia stylu grupy z różnych okresów twórczości. I jak to już było tradycją dla Walijczyków cieszył się raczej umiarkowanym zainteresowaniem fanów. Ich płyty z pierwszego okresu (1971-1975) sprzedawały się o niebo lepiej.

Pomimo nikłego sukcesu ostatniej płyty, grupa nadal występowała.

Skład zmieniał się kilkakrotnie. Jedynie leader Burke Shelley trwał niezmiennie na swojej pozycji basisty, wokalisty, tekściarza i głównego kompozytora.

Zespół oficjalnie istnieje nadal, sporadycznie koncertując. Ale z tego co udało mi się wyczytać z różnych źródeł, raczej nie przymierza się już do kolejnych nagrań studyjnych.

 

Skład (z uwzględnieniem wyłącznie najbardziej zasłużonych muzyków)

Burke Shelley – wokal, gitara basowa, gitara, teksty

Tony Bourge – gitara , śpiew

Steve Williams – perkusja

Ray Philips – perkusja

John Thomas – gitara

Craig Goldy – gitara

 

Dyskografia (zwyczajowo zaznaczam jedną gwiazdką płyty bardzo dobre, dwiema gwiazdkami płyty wybitne)

1971 - „Budgie” *

1972 - „Squawk” *

1973 - „Never Turn Your Back on a Friend” **

1974 - „In for the Kill” **

1975 - „Bandolier” *

1976 - „If Were Brittania I'd Waive the Rules”

1978 - „Impeckable”

1980 - „Power Supply”

1981 - „Nightflight”

1982 - „Deliver Us From Evil”

2006 - „You're All Living in Cuckooland”

 

Konkluzja

Chciałbym napisać, że Budgie było jedną z niewielu formacji w historii rocka które mimo swojego wkładu w rozwój muzyki były szerzej nieznane i niedoceniane.

Niestety tak nie jest. Było takich zespołów bardzo dużo. O niektórych coś tam słyszeliśmy, ale nie znamy ich twórczości, nazwy innych nawet nie obiły nam się o uszy. Nam, czyli przeciętnym słuchaczom, będącym zwykłymi fanami poszczególnych gatunków muzycznych i ich odmian, a nie muzykologami lub szczególnie dociekliwymi zawodowymi krytykami.

Ciekawostką może być dla czytelników (co podkreślam ponownie) że Budgie niemal od samego początku swojej działalności, było w Polsce dosyć popularne. Najwyraźniej polskim fanom ciężkiego rocka ich brzmienie i konstrukcja utworów wyjątkowo pasowały.

Warto przekonać się, co ten zespół miał do zaproponowania. Spróbujcie, a przekonacie się, że było to coś bardzo oryginalnego jak na swoje czasy. I godnego zapamiętania. Młodym słuchaczom doradzam rozpoczęcie słuchania od dwóch doskonałych płyt: „Never Turn Your Back on a Friend” i „In For The Kill”. Jeżeli te dwie wywrą odpowiednie wrażenie, to wtedy warto pokusić się o poszukanie pozostałych...

 

Marek „Maro” Kulesza

 

 

 

 

 

 

 

Odpowiedz