Przejdź do treści
Wczytuję...

AC/DC - Rock'n'Roll pod wysokim napięciem

Something with HTML textformat

AC/DC – Rock'n'Roll pod wysokim napięciem

 

Pierwszy kontakt z AC/DC

Po raz pierwszy zetknąłem się z muzyką AC/DC w 1978 roku. Pamiętam, że w któryś czwartkowy wieczór czekałem na audycję Mini-Max Piotra Kaczkowskiego. Magnetofon i kaseta były przygotowane. Prawdę mówiąc liczyłem, że Pan Piotr wyemituje płytę kogoś mi znanego.

Zapowiedź tego, co miało zostać odtworzone, dosyć mocno mnie rozczarowała.

A miała to być koncertowa płyta grupy AC/DC.

Dzisiaj trudno w to uwierzyć, ale wtedy w 1978 roku w Polsce, byli to wykonawcy kompletnie nieznani. No cóż... Skoro magnetofon i kaseta i tak były gotowe, to postanowiłem na znak Pana Kaczkowskiego uruchomić nagrywanie i dać szansę tej anonimowej kapeli.

Pierwszy utwór wydał mi się, kolokwialnie mówiąc, raczej chaotyczny i brudnawy. Zupełnie nie byłem wtedy gotowy na taki surowy sposób grania. Bardzo niewiele brakowało, a przerwałbym nagrywanie. Jednak stwierdziłem, że co mi szkodzi. Przecież kasetę można było zawsze skasować i wykorzystać do kolejnych nagrań. W trakcie drugiego utworu odechciało mi się wyłączać magnetofon. To co dobywało się z głośniczka mojego monofonicznego radiomagnetofonu, jednak zaczęło przykuwać moją uwagę bardziej, niż mogłem się spodziewać. Z każdym kolejnym utworem było coraz ciekawiej. Ta surowość i brutalność brzmienia jednak działała na moją wyobraźnię. I tak, cały emitowany materiał został przeze mnie nagrany.

To była płyta „If You Want Blood, You've Got It”. Koncertowy, jednopłytowy album, który jak się później okazało, doskonale oddawał atmosferę koncertów AC/DC z pierwszym wokalistą Bonem Scottem. Pierwszym, kojarzonym z nagrań studyjnych, bo w istocie był drugim w kolejności.

Głos Scotta, wyjątkowo zadziorny, niemal złośliwy, świetnie pasował do riffów Malcolma Younga i solówek jego młodszego brata Angusa. Wszystko co znalazło się na tej płycie, było jednym, wielkim wybuchem energii. Kumulacją dynamiki na wcześniej nieznanym mi poziomie.

Piotr Kaczkowski przedstawił AC/DC jako zespół australijski. I miał rację, ale tylko w pewnej części. Bo, co prawda zespół faktycznie został założony w Australii, ale jego członkami byli głównie Szkoci i Anglicy, którzy wraz z rodzicami wyemigrowali z Wielkiej Brytanii w latach 50-tych XX wieku. I w czasie kiedy został nagrany ten album koncertowy, właściwie mieszkali głównie w Londynie. Ale o tym dowiedziałem się dopiero znacznie później. Wróćmy do mojego pierwszego kontaktu z muzyką AC/DC.

Nieznany zespół?

Nie tylko ja nie miałem pojęcia o istnieniu takiego dynamicznego zespołu. Nikt, ale to dosłownie NIKT spośród wszystkich moich bliższych i dalszych znajomych, w życiu nie słyszał o tej kapeli. Natomiast wiele osób nagrało wspomnianą płytę z Mini-Maxu i nie ma co ukrywać, że zaczęła ona krążyć wśród młodych ludzi. Nadal jednak nikt nie posiadał żadnych bliższych informacji o wykonawcach. Nawet pisma młodzieżowe typu Bravo, zdawały się nie zauważać tej formacji, a być może nie trafiłem na numer, który byłby choć w najmniejszej części poświęcony „Elektrycznym Kangurom”.

Mniej więcej rok po emisji płyty koncertowej, nieoceniony Piotr Kaczkowski przedstawił w tym samym programie kolejną płytę zespołu. Studyjny album pt. „Highway to Hell”.

Wiadomo, że materiał nagrany (i obrobiony) w studio, nie będzie miał takiego ładunku emocji i energii, ale trzeba przyznać, że i tak był czymś, czego oczekiwali nowi fani. Ten sam typ grania, podobna konstrukcja riffów, taki sam feeling kompozycji i agresywny, ostry, chociaż wcale nie „krzyczący” głos Bona Scotta.

Do dzisiaj tytułowy utwór, to nie tylko jeden ze znaków rozpoznawczych kapeli, ale także coś w rodzaju symbolu muzyki rockowej w ogólności.

Ta płyta była bardzo popularna wśród większości moich znajomych. Dzięki temu rozpoczęły się zakrojone na dużą skalę poszukiwania wcześniejszych albumów. Trzeba przyznać, że szło to nad wyraz opornie. Zespół był tak mało jeszcze znany w Polsce, że dopiero po jakimś czasie udało się pozyskać nagrania z płyt:”Let there be Rock” i „Powerage”.

I co ciekawsze, okazało się, że i przed nimi zespół nagrał kilka wcześniejszych albumów.

Czyli trzeba było kontynuować poszukiwania.

Kompletowanie albumów

Dopiero około połowy roku 1980, dzięki daleko idącej pomocy kolegów wzbogaciłem kolekcję o nagrania z płyt: „High Voltage” i „Dirty Deeds Done Dirt Chip” oraz „T.N.T.”

Napisałem, że to dokompletowanie kolekcji zawdzięczam kolegom, bo trzeba uczciwie przyznać, że AC/DC na koleżankach nie robiło wrażenia, a jeśli już, to raczej mało pozytywne.

Kiedy już miałem nagrane właściwie wszystkie płyty jakie AC/DC nagrało do 1980 roku i przesłuchałem je wszystkie wielokrotnie, to stało się dla mnie jasne, że od samego początku kariery byli wierni jednej recepcie na swoją muzykę. Miało być prosto, dynamicznie i ostro. Zawsze i w każdej piosence królował chwytliwy riff, który ją prowadził, przeplatany niezbyt skomplikowanymi, ale zawadiackimi solówkami. Można powiedzieć, że wypracowany przez z nich własny styl można by zaszufladkować jako surowy, garażowy hard-rock.

W tamtym czasie zaczęło już funkcjonować określenie „High Voltage Rock'n'Roll” wzięte od jednego z ich utworów, a jednocześnie tytułu wczesnego albumu.

A ponieważ samemu zespołowi takie określenie od razu się spodobało, to od tamtej pory większość fanów preferuje takie nazewnictwo. I słusznie, bo właśnie ono doskonale oddaje klimat tej muzyki.

To naprawdę jest „Rock and Roll Pod Wysokim Napięciem”.

Charakterystyczny styl AC/DC

Czy w tamtym czasie miałem wrażenie, że ich płyty są nieco monotematyczne? Owszem. W porównaniu do dokonań innych moich ulubionych kapel, były one ultra-monotematyczne.

Ktoś mało osłuchany zapewne powiedziałby, że wciąż jest to ten sam kawałek, tyle że grany w nieznacznie zmienionych tempach i niewiele różniących się tonacjach. Coś w tym może i jest, ale nie do końca. Bo czy na przykład cały Blues jako gatunek, nie jest oparty na tym samym, od wielu dekad powielanym sposobie komponowania i grania?

AC/DC wymyśliło sobie swój własny schemat, czerpiący zarówno z tradycji elektrycznego bluesa jak i surowego hard-rocka. A wszystko to zostało podkręcone wysokooktanową energią.

A jak doszło do tego, że muzycy tego zespołu postanowili grac właśnie w taki sposób i trzymać się go niemal fanatycznie?

O tym dowiedziałem się dopiero niedawno, czytając świetnie napisaną biografię AC/DC pióra Mike'a Walla. Nie chcę wdawać się w nadmiar szczegółów, bo w tej kwestii odsyłam osoby zainteresowane do tej fenomenalnej książki.

Natomiast, co dla nas istotne, całą tą „maszynerię” wymyślił Malcolm Young.

Kogo bym nie zapytał, większość ludzi kojarzy AC/DC jako przede wszystkim: szalejącego z gitarą i ubranego w szkolny mundurek Angusa Younga, frontmana w postaci wokalisty, oraz...reszty zespołu, czyli drugiego (rytmicznego) gitarzysty, basisty i perkusisty. Na tą „resztę” zespołu mało kto zwracał uwagę.

Okazuje się, że prawdziwym i niekwestionowanym leaderem zespołu, twórcą ogromnej większości utworów i autorem pomysłu na zespół i jego muzykę, jest ten niepozorny, drugi gitarzysta, stojący zawsze z tyłu i nie rzucający się w oczy. Czyli właśnie Malcolm. Angus jest jego młodszym bratem, wydelegowanym na przód sceny, grającym solówki i zabawiającym publiczność wypracowanymi przez siebie, charakterystycznymi ruchami i pozami.

Paradoks polega na tym, że niemal wszyscy uważają za leadera właśnie Angusa. Też tak kiedyś myślałem. A tu taka zmyłka...

Dodatkową ciekawostką jest to, że energia i prostota tej muzyki była od samego początku rygorystycznie strzeżona przez Malcolma. Zdarzało się, zwłaszcza w pierwszych 10-ciu latach istnienia kapeli, że basista chciał wymyślać bardziej skomplikowane linie basu. Perkusista również pragnął wykonywać bardziej skomplikowane przejścia, wykorzystywać różne techniki gry na talerzach i półkotłach.

Spotkało się to z ostrym veto ze strony leadera. Każdy kto chciał wprowadzać do stylu i brzmienia zespołu jakiekolwiek zmiany, zawsze słyszał, że skoro się nie podoba wypracowana przez grupę forma wyrazu, to powinien ją albo opuścić, albo pogodzić się z dotychczasowymi rozwiązaniami muzycznymi.

Malcolm Young twierdził, że każda kolejna płyta i każdy koncert AC/DC mają być gwarancją ciągłości i konsekwencji stylistycznej i brzmieniowej. I rzeczywiście, którąkolwiek płytę z ich dorobku się kupi, zawsze otrzymuje się solidną porcję grania typowego tylko dla nich.

Malcolm Young  słabym gitarzystą?

Ktoś z pewnością pomyśli, że Malcolm tak się zawsze opierał wprowadzaniu zmian, które by skomplikowały muzykę zespołu, ponieważ nie był zbyt dobrym gitarzystą.

A tu kolejna niespodzianka. Okazuje się, że jako gitarzysta był lepszy technicznie i bardziej wszechstronny od szalejącego na gitarze prowadzącej młodszego brata.

Dlaczego sam przeznaczył sobie rolę swoistego tła? Nie wiadomo. Może z przodu sceny nie czułby się dobrze? A może stojąc z tyłu, w jednej linii z perkusją i basistą, mógł lepiej czuwać nad całością grupy w trakcie występu?

Jedno jest pewne. Lubił brać udział w przeróżnych jam-sessions w towarzystwie wielu tuzów gitary bluesowej, rockowej, ale nade wszystko jazzowej.

Zarówno Al Di Meola, John McLaughlin, Eric Clapton, Gary Moore, czy George Benson, uważali, że Malcolm doskonale sobie radzi z każdym dowolnym stylem gry na gitarze. Twierdzili, że gdyby tylko chciał skierować swoją karierę na tory jazzowe, czy jazz-rockowe, byłby jednym z najlepszych herosów gitary dla każdego z tych gatunków. Publiczność, która miała możliwość bywać na takich gwiazdorskich „jamach” potwierdzała, że słowa uznanych kolegów nie były czczą kurtuazją.

Czyli mieliśmy do czynienia z wszechstronnie utalentowanym gitarzystą, który postanowił stworzyć zespół grający proste numery.

Tak na marginesie. Proste dla słuchacza. Początkujący gitarzyści wiedzą, że spora część utworów AC/DC wcale nie jest aż tak prosta do zagrania i nie tak oczywista, jak to się może wydawać.

Początki kariery

Teraz krótka porcja historii.

Zespół, jak już napisaliśmy, powstał w Australii. Tam debiutował i tam walczył o uzyskanie regionalnej popularności. To wcale nie było tak łatwe jak czasem ludzie sądzą. Mimo, że w tamtym czasie Australia znajdowała się trochę poza głównym obszarem zainteresowań wielkich wytwórni płytowych, to jednak istniała tam całkiem duża ilość młodych, początkujących i niezwykle głodnych sukcesu kapel. A droga do sukcesu prowadziła przez kluby Sydney i Melbourne. To tam docierał się styl, brzmienie i dramaturgia występów AC/DC. Tam krystalizowała się ta energia, która podobno zmiatała ze sceny większość konkurencji.

Przez krótki czas grupa była podejrzewana, lub nawet bezpośrednio kojarzona ze środowiskami biseksualnymi, bo w dialekcie australijskim określenie AC/DC nie oznacza tylko Prądu Stałego/Prądu Zmiennego, ale także osobę o skłonnościach, które w rockowych klubach dla twardzieli, nie były zbytnio tolerowane.

Bracia Young jednak podobno o tym nie wiedzieli. A może właśnie wiedzieli i postanowili zyskać lokalny rozgłos poprzez klasyczną prowokację artystyczną? Do tej pory nie ma pewności.

Kiedy jednak w końcu udało im się otrzymać kontrakt płytowy z miejscową wytwórnią i nagrać pierwszą płytę, reszta poszła już szybko. Rok po roku na rynku ukazywały się kolejne płyty opatrzone w logo z rozpoznawalną błyskawicą dzieląca litery.

A ponieważ Malcolm we wszystkich wczesnych wywiadach twierdził, że jego zespół będzie kiedyś znany na całym świecie, to trzeba było powalczyć o popularność poza Australią.

Najlepszym pomysłem było zdobycie uznania w Wielkiej Brytanii. W połowie lat 70-tych normą było, że kto zyska tam popularność i uznanie, ten w szybkim czasie zawojuje również Stany Zjednoczone oraz całą resztę świata, gdzie muzyka rockowa była ceniona.

Zadanie niezwykle trudne i ambitne.

Okazało się, że w czasie kiedy grupa zawitała do Londynu, a był to już schyłek 1976 roku, wszystkie wytwórnie fonograficzne dosłownie rozchwytywały wykonawców punk-rockowych. Punk był wtedy na tapecie i tylko ten styl interesował wydawców. AC/DC ze swoim, bardzo przecież klasycznym rockowym stylem, nijak nie pasowało do planów żadnej z wytwórni. Próbowano nawet „upychać” grupę na wspólnych koncertach z Sex Pistols, The Clash czy Buzzcocks, ale nowej punkowej publice nie za bardzo się to spodobało.

Jedyną drogą dająca szansę powodzenia, było ruszyć w niekończącą się trasę po brytyjskich klubach i pubach wyspecjalizowanych w klasycznym rocku.

I tam, z dnia na dzień, pracowicie rodziła się popularność AC/DC na Wyspach Brytyjskich.

Po jakimś czasie byli już na tyle znani, że jednak któraś z wytwórni postanowiła wydać na nowo ich australijskie płyty i maszyna ruszyła, początkowo nieśmiało, ale z każdym miesiącem nabierając coraz większego impetu. Lata '77-'79 były dla zespołu pasmem sukcesów. Dostrzeżono to również w USA, gdzie także wydano zarówno wcześniejsze jak i najnowsze albumy grupy.

Czyżby Malcolm Young miał rację? Wszystko do tego zmierzało.

Tragedia, która przerodziła się w jeszcze większy sukces

Wróćmy teraz do roku 1980-go.

Miałem już skompletowane wszystkie dotychczasowe płyty. I nagle gruchnęła wieść, że wokalista Bon Scott nie żyje! Miałby to być koniec zespołu? W momencie, kiedy dwie ostatnie płyty; koncertowa i studyjna, spopularyzowały twórczość grupy na całym świecie?

Pewnie wszyscy tak pomyśleli. Ja na pewno byłem przekonany, że to tragiczne wydarzenie zakończy działalność AC/DC. Wszak w tym samym okresie, na skutek śmierci jednego z członków zakończyły kariery grupy, będące prawdziwymi instytucjami lat 70-tych, czyli Led Zeppelin i The Who.

Ale po krótkim okresie żałoby zespół postanowił jednak kontynuować nagrywanie płyt i koncertowanie z nowym wokalistą Brianem Johnsonem. Johnson wcześniej był frontmanem brytyjskiej grupy Geordie, która cieszyła się przez pewien czas względną popularnością w Anglii, próbując odnaleźć się w glam-rocku. Ich twórczość oscylowała w kwadracie pomiędzy stylami: Slade, Sweet, Mud i Suzy Quatro.

Jeszcze tego samego roku ukazał się kolejny album „Back in Black”. Tytuł nawiązywał do żałoby po Bonie Scottcie, i miał nieco inne brzmienie niż poprzednie płyty. Nowy wokalista o równie charakterystycznym głosie co poprzednik, śpiewał bardziej „wysiłkowo”.

Płyta sprzedawała się doskonale, mimo narzekań starszej grupy fanów, którzy uważali, że nowe brzmienie i sposób śpiewania Johnsona, nie do końca pasują do tego, do czego AC/DC przez kilka pierwszych lat przyzwyczaiło słuchaczy.

Starzy fani mają to do siebie, że uwielbiają krytykować nawet najmniejsze zmiany w muzyce swoich idoli.

1981 rok, to bodaj czas największej sławy osiągniętej przez grupę. Stało się tak za sprawą wydanej wówczas płyty „For Those About to Rock, We Salute You”.

Głownie tytułowy utwór spowodował niezwykły tryumf tego wydawnictwa.

Wiele osób wsłuchiwało się nie tylko w świetny riff, będący ozdobą tego kawałka, ale przede wszystkim w salwy armatnie słyszalne w finale. Te salwy miały już zawsze wzbudzać wielkie emocje w czasie koncertów. Ale o tym za chwilę...

Spadek popularności

Nie potrafię powiedzieć co takiego się stało, że wkrótce po swoim jak dotąd największym sukcesie komercyjnym, AC/DC zaczęło nagle tracić popularność.

Być może nastąpiły jakieś nadmierne tarcia artystyczne pomiędzy muzykami. (Zespół opuścił dotychczasowy perkusista Phill Rudd).

A być może przekaz tekstowy już nie miał tej wagi co wcześniej?

Faktem jest, że w pierwszym okresie twórczości, za wszystkie teksty odpowiedzialny był Bon Scott. Pisał przede wszystkim o swoich doświadczeniach i przygodach życiowych, ale nigdy wprost. Zawsze dorzucał coś humorystycznego, a czasem wręcz jowialnego. W przypadku Briana Johnsona teksty rodziły się „w bólach” i nie dorównywały tym starszym. Bracia Young do tego stopnia byli niezadowoleni z pisarskiego talentu Johnsona, że ostatecznie postanowili sami tworzyć teksty na następne płyty.

Prawdopodobnie kilka różnych spraw złożyło się na to, że nie tylko forma zespołu nieco spadła, ale również, że zaczął być trochę gorzej postrzegany przez miłośników ciężkiego rocka.

Mimo, że jednak Malcolm Young wprowadził odrobinę unowocześnień do brzmienia i sposobu grania swojej formacji, to należy pamiętać, że lata 1980-1983 były okresem zmasowanego ataku zespołów spod znaku New Wave of British Heavy Metal. Grupy takie jak Judas Priest, Iron Maiden, Saxon nagrały swoje albumy, które były lepiej dostosowane do gustu ówczesnej publiczności. Z drugiej strony, w USA właśnie powstawały i zaczynały nagrywać młode, zbuntowane kapele, które nadały muzyce rockowej nie tylko nowej energii, ale całkowicie zmieniły pojęcie brzmienia i artykulacji. Należały do nich: Metallica, Megadeth, Slayer i Anthrax. Szybko znajdywały całe dziesiątki naśladowców.

Surowy ciężki rock'n'roll prezentowany przez AC/DC wydawał się nieco zbyt prosty.

Kolejne płyty AC/DC wydawane w przeciągu lat 80-tych, wydawały się nieco słabsze od poprzednich mimo że zawsze dawały gwarancję solidnego, ciężkiego grania. Można odnieść wrażenie, że sam zespół trochę przestał wierzyć w siebie i obrany przez Malcolma kierunek. Mimo to, trzymali się wypracowanej formy bardzo konsekwentnie.

Pomiędzy rokiem 1983 a 1988 nagrane zostały trzy dosyć przeciętne albumy: „Flick of the Switch” ('83), „Fly on the Wall” ('85) oraz „Blow Up Your Video” ('88)

Pamiętam, że w tamtych latach przyznanie się w towarzystwie do słuchania AC/DC, było traktowane jako „Totalna Wiocha”.

No cóż. Nie tylko Łaska Pańska na pstrym koniu jeździ...

Okazuje się, że fani potrafią być równie kapryśni. Co prawda nigdy nie powiedziałem złego słowa o tym zespole, ale w tamtym okresie również nie słuchałem ich muzyki. I nie z powodu ogólnej koniunktury, ale po prostu moje fascynacje zmieniły się wtedy dosyć zasadniczo.

Trzeci oddech

Nastał 1990 rok i AC/DC odżyło. Nagrali fenomenalny album „The Razor's Edge”. Wraz z nim odżyło także ogólnoświatowe zainteresowanie grupą. Można powiedzieć, że był to absolutny renesans popularności. I chociaż nawet w „chudych” latach ich koncerty przyciągały wielotysięczne tłumy wielbicieli, to kolejne trasy promujące najnowszą płytę biły rekordy frekwencji.

W 1991 roku w ramach projektu Monsters of Rock, grupa po raz pierwszy zawitała do Polski. Byłem na tym koncercie, który odbył się na wypełnionym po brzegi Stadionie Śląskim w Chorzowie.

Całość otwierała prog-metalowa grupa Queensryche. Trudno powiedzieć, czy pora ich występu była zbyt wczesna (występowali w świetle dnia), czy ich muzyka niespecjalnie spodobała się polskiej widowni. Na mnie wrażenia nie zrobili. Również znajomi z którymi byłem na tym mini-festiwalu, nie byli szczególnie zauroczeni tym zespołem.

Potem, już przy zapadającym zmierzchu, na scenę wyszła Metallica. Świeżo po nagraniu swojego „czarnego” albumu. To był świetny i dynamiczny występ, choć małym rozczarowaniem było to, że wokalista/gitarzysta James Hetfield na koncercie nie śpiewał potężnym głosem znanym z płyt. Wyraźnie się oszczędzał, przez co utworom zabrakło nieco energii.

A potem, kiedy już było całkowicie ciemno, rozpoczął się koncert AC/DC.

Właściwie odpowiedniejszym określeniem byłby „spektakl”. Bo rzeczywiście ich występy, to niemal teatr. Olbrzymie wieże złożone z kilkudziesięciu wielkich głośników, rampy oświetleniowe mieszczące ponad sto reflektorów różnej wielkości, intensywności i barwy światła.

Cała olbrzymia scena na której tego dnia wystąpiły wszystkie zespoły, była własnością AC/DC.

Ponadto w trakcie koncertu, widzowie mieli szanse podziwiać olbrzymie postacie/kukły obrazujące niektóre z granych utworów, jak choćby wielką Rosie, która pojawiła się za stanowiskiem perkusisty w trakcie numeru „Whola Lotta Rosie”.

Koncert trwał ponad półtorej godziny, wliczając w to bisy. Cała widownia wiedziała jednak, że finał dopiero miał nastąpić. Skąd takie przekonanie? Przez całą szerokość sceny, na górnej rampie umieszczonych było kilkanaście armat. Do tej pory stanowiły jedynie dekorację, co jakiś czas omiataną przez reflektory. Wszyscy wiedzieli do czego były przeznaczone i z niecierpliwością oczekiwali tego momentu.

I w końcu! „For Those About to Rock, We Salute You”. Kiedy w finale tego kawałka, armaty zaczęły strzelać, okazało się, że nie jest to tylko efekt świetlny i dymny. Nie wiem jak rozwiązywali tą kwestię ludzie z ekipy technicznej AC/DC, ale wyglądało to jak regularne salwy armatnie. Nie tylko wyglądało, ale także huk był olbrzymi. Tak duży, że przy pierwszej salwie niemal ogłuchłem. Co prawda tylko na moment, ale jednak w uszach potem trochę szumiało i gwizdało. Za to wrażenie było niesamowite. Bywałem wcześniej na wielu koncertach rockowych, ale nigdy nie widziałem aż takiego show na własne oczy. I uszy.

Do dzisiaj pamiętam ten koncert jako jeden z najlepszych jakie widziałem.

 

W ramach trasy festiwalu Monsters of Rock, podczas występu w Donington (Anglia), grupa nagrała swoją drugą płytę koncertową zatytułowaną po prostu „Live”. Ten dwupłytowy album doskonale oddaje atmosferę koncertów i sprawności grupy. Dodatkową atrakcją była także możliwość obejrzenia całego występu na taśmie VHS. Kasety te pojawiły się w sprzedaży w tym samym czasie co i płyta.

Zdecydowanie lata 1990-91 należały do najlepszych w historii zespołu.

Odzyskali z impetem dawną popularność, a nawet ją zdystansowali. I nikt wtedy nie ośmieliłby się powiedzieć, że słuchanie AC/DC to „obciach”.

Przez następne kilka lat grupa intensywnie koncertowała, przemierzając wszystkie kontynenty. Każdy ich występ przyciągał olbrzymie rzesze fanów, zarówno tych dawniejszych, jak i całkiem nowych. Za każdym razem wypełniali oni największe stadiony świata.

Dwa następne albumy: „Ballbreaker” i „Stiff Upper Lip” wydane w latach '95 i 2000 nie były tak dobre jak „The Razor's Edge”.

Mimo to podtrzymały falę zainteresowania zespołem.

W 2008 grupa wydała kolejną płytę zatytułowaną „Black Ice”. Sprzedawała się lepiej niż dwie poprzednie i AC/DC zyskało coś w rodzaju drugiego, a właściwie trzeciego już życia.

Podczas kolejnej trasy koncertowej reklamującej płytę „Black Ice” nagrano nie tylko kolejny dwupłytowy album koncertowy, ale także doskonały dokument video.

Live at River Plate” zrealizowany w trakcie koncertu w Buenos Aires w 2009, czekał na wydanie przez blisko trzy lata i pojawił się na rynku dopiero w listopadzie 2012. Trudno powiedzieć dlaczego zwlekano aż tak długo z wydaniem tak ciekawego materiału.

Być może była to jakaś strategia managementu, a być może inne przyczyny decydowały o tym opóźnieniu. Istotne, że jednak materiał został wydany i od razu osiągnął wysoki poziom sprzedaży, zarówno jeśli chodzi o płytę CD, jak i zapis filmowy na DVD.

Kolejna zapaść

Wkrótce potem świat obiegły pogłoski o pogłębiającej się chorobie Malcolma Younga. Chodziło o chorobę otępienną, prawdopodobnie o Alzheimera. Chociaż leader z pomocą przyjaciół i oczywiście lekarzy, bohatersko opierał się postępującym objawom, to jednak ostatecznie musiał zrezygnować z przewodzenia grupie. Odszedł z zespołu w 2014 roku.

Grupa nagrała kolejną płytę „Rock or Bust” z nowym gitarzystą rytmicznym, którym został Stevie Young, bratanek Malcolma i Angusa.

Nad AC/DC zawisła jednak jakaś zła gwiazda. W 2016 roku okazało się, że wokalista Brian Johnson nie może uczestniczyć w kolejnych trasach koncertowych z powodu znacznej utraty słuchu. Od tej pory miał brać udział tylko w pracach studyjnych, a na koncertach zastępował go Axl Rose, znany z Guns'n'Roses.

Malcolm Young zmarł w listopadzie 2017 roku.

Zespół, choć nadal istniał, to jednak wydawało się, że jego dni są policzone.

Nowa energia

Rok 2020 był jednak dla zespołu nader łaskawy.

Brian Johnson odzyskał słuch na tyle, że nie tylko wziął udział w nagraniu kolejnej płyty pt. „Power Up”, ale również będzie mógł występować z zespołem na żywo. Do składu powrócili także basista i perkusista, którzy od 2016 roku nie współpracowali z AC/DC.

Wszystko znowu idzie ku dobremu i jest szansa, że legendę rocka, czeka kolejne, czwarte już życie.

 

Skład:

Bon Scott – vocal (1974-1980)

Brian Johnson – vocal (1980-2016, od 2020)

Angus Young – gitara (od 1974)

Malcolm Young – gitara (1974-2014)

Stevie Young – gitara (od 2014)

Mark Evans – gitara basowa (1975-1977)

Cliff Williams – gitara basowa (1977-2016, od 2020)

Phil Rudd – perkusja (1975-1983, 1994-2015, od 2020)

Chris Slade – perkusja (1989-1994, 2015-2020)

Simon Wright – perkusja (1983-1989)

 

Dyskografia:

(Jak zwykle jedną gwiazdką zaznaczam płyty bardzo dobre, dwiema gwiazdkami oznaczam wybitne)

 

1975 – High Voltage

1975 – T.N.T.

1976 – Dirty Deeds Done Dirt Cheap

1977 – Let There be Rock *

1978 – Powerage *

1978 – If You Want Blood, You've Got it (koncertowa) **

1979 – Highway to Hell **

1980 – Back in Black **

1981 – For Those About to Rock, We Salute You *

1983 – Flick of the Switch

1985 – Fly on the Wall

1988 – Blow Up Your Video

1990 – The Razor's Edge *

1992 – Live (koncertowa) **

1995 – Ballbreaker

2000 – Stiff Upper Lipp

2008 – Black Ice

2012 – Live at River Plate (koncertowa) **

2014 – Rock or Bust

2020 – Power Up

 

 

Marek „Maro” Kulesza

 

 

 

 

 

 

 

Odpowiedz