Przejdź do treści
Wczytuję...

Moje urządzenia audio na przestrzeni lat cz.5

Od samego początku lat 2000-nych, aż do 2013, nie zmieniałem niczego w moich urządzeniach.

Cały czas korzystałem z kolumn Avance Omega 503, wzmacniacza Musical Fidelity E1 i odtwarzacza Marantz CD 6000. Wszystko to współpracowało ze sobą bardzo dobrze.

Ale ponieważ wypatrzyłem na którymś portalu ogłoszenie o sprzedaży wzmacniacza Musical Fidelity E11 za rozsądną cenę, postanowiłem zaryzykować. Zadzwoniłem do osoby sprzedającej, poprosiłem o więcej zdjęć urządzenia. Takie zdjęcia są pomocne w ogólnej ocenie stanu wizualnego. Ponieważ zarówno wygląd, jak i zapewnienia sprzedawcy o tak samo dobrym stanie technicznym były obiecujące, wystarczyło się już tylko konkretnie umówić. Sprzedający mieszkał na drugim końcu Polski, więc wizyta w celu próbnego odsłuchu nie miała sensu. Umówiliśmy się, że wzmacniacz zostanie mi wysłany poprzez firmę kurierską. Jeżeli jego stan będzie odbiegał od tego, o którym informował sprzedający, to po prostu w ciągu tygodnia odeślę go z powrotem.

A że, osoba sprzedająca miała bardzo dobre opinie na portalu, to ryzyko było raczej niewielkie.

Jak się umówiliśmy, tak zrobiliśmy.

Musical Fidelity Elektra E 11

Wzmacniacz o wyglądzie niemal identycznym, jak już posiadany przez mnie Musical Fidelity E1. Tylko potencjometry wykończone na wysoki połysk, pozwalają odróżnić oba wzmacniacze. W E1 są one matowe. Cała reszta, czyli ułożenie włączników i potencjometrów jest identyczne. Również gabaryty i akrylowy front panel są takie same.

Czy to ten sam wzmacniacz, ale tylko podrasowany wizualnie przez zastosowanie błyszczących gałek?  Nie.

Musical Fidelity E 11 ma niemal dwukrotnie większą moc. I ktoś sugerujący się wyłącznie danymi technicznymi dostrzeże tylko tą różnicę.

Natomiast prawdziwa różnica tkwi w sposobie grania.

MF E1 jest świetnym wzmacniaczem. Jego atutem jest naturalność, świetne wokale, solidny bas, dobra stereofonia ale bez wybudowywania spektakularnej przestrzeni. Wyraźnie prezentuje najważniejsze szczegóły odtwarzanych utworów PRZED linią głośników. Jego ogólny charakter jest raczej spokojny, zbliżony do ogólnie pojmowanego brzmienia lampowego.

MF E11 gra inaczej. Równie naturalny, dbający o realizm dźwięku, ale ma o wiele większą przestrzeń. Stereofonia szeroka, często znacznie szersza niż wynika z ustawienia kolumn. Bardzo wyraźne szczegóły. Scena w odróżnieniu od słabszego brata, umiejscowiona najczęściej poza linią głośników i bardzo głęboka. I mimo, że wzmacniacz dodaje od siebie nieco słodyczy, czasem osłabia sam najwyższy skraj górnego zakresu, to jego dźwięk jest zaskakujący. Nie ma w sobie niczego, co mogłoby przeszkadzać w E1. Potrafi być bardzo delikatny w nagraniach akustycznych, a zaraz potem dynamicznie odtworzyć jakieś potężne gitarowe „łojenie”.  

Ktoś napisał w jakimś teście, że jego dźwięk przypomina patrzenie przez świeżo umytą szybę.

Potwierdzam to wrażenie w całej rozciągłości.

To nie znaczy, że jest ostry lub jazgotliwy. Na pewno nie. Nawet nie jest „rześki”.

Po prostu jest niezwykle wyraźny i wybitnie szczegółowy. Pokazuje nawet najmniejsze niuanse, szmery, cyknięcia, nie zapominając o dole pasma. Bas jest sprężysty i czytelny, mimo że potrafi zejść niezwykle nisko. Genialna maszyna.

W połączeniu z kolumnami Avance Omega 503, tworzy zestaw trudny do pokonania.

Biorąc pod uwagę początkową cenę obu urządzeń (kolumn i wzmacniacza) a także opinie znawców, twierdzących, że oba mogą bez kompleksów stawać w szranki w o wiele wyższych ligach.

I coś w tym jest.

Trzy lata później mój odtwarzacz Marantza, początkowo delikatnie, ale z czasem dużo wyraźniej, dawał mi sygnały, że chyba zaczyna na coś chorować. Objawy od razu wskazywały na zużycie lasera. Potem okazało się, że jednak było to coś innego.

Laser został wymieniony i część wcześniejszych objawów ustąpiła. Ale nie wszystkie. Jedyna usterka, która nadal irytowała, powodowała przeskakiwanie płyty o kilka, a czasem nawet o kilkadziesiąt sekund. Zawsze w połowie płyty.

Ponieważ kilku „magików” słysząc o objawie rozkładało ręce, musiałem wyposażyć się w inny odtwarzacz.

SONY  CDP XB 920 QS

Również na portalu aukcyjnym, tym samym co poprzednio, wypatrzyłem Sony CDP XB 920 QS. W bardzo dobrym stanie jeśli chodzi o front panel, lekko porysowanym na górnej części obudowy i w idealnym stanie technicznym. Transakcji dokonałem w identyczny sposób jak poprzednio. I nie zawiodłem się.

QS czyli Quality Standard, to naprawdę ciekawa linia produktów. O ile poprzednio magnetofon z tej serii mnie nie zachwycił, to ten odtwarzacz uznałem za warty każdej wydanej złotówki.

Wykonanie, typowo dla Sony, drobiazgowo dokładne. Potężna szuflada wysuwa się z ledwo słyszalnym szmerem. Odtwarzanie płyt wymaga użycia specjalnego krążka/ciężarka dociskowego, którego zadaniem jest dodatkowa niwelacja ewentualnych drgań, czy niedokładności w wyważeniu płyty. Duży czytelny wyświetlacz, widoczny wyraźnie z daleka, można w razie czego wyłączyć.

No i brzmienie. Spotykałem się z opiniami, że jeśli Sony to tylko z serii ES. Ale miałem ES-a, i naprawdę różnice w dźwięku są właściwie niewyczuwalne. Bardzo dokładnie i namacalnie rozmieszczone instrumenty akustyczne, a jak potrzeba to i Metallica brzmi ciężko i mocno.

Ponadto do ES-ów laserów już się nie da zdobyć, a do QS-ów stosowano nadal produkowane KSS 213B.

Co by nie mówić, ten odtwarzacz gra bardzo poprawnie i nie ma co tworzyć nowych teorii spiskowych, czy dorabiać kolejnej filozofii.

Czyli miałem teraz dwa wzmacniacze Musical Fidelity, jeden odtwarzacz Sony, jeden nie do końca sprawny odtwarzacz Marantz i kolumny Avance Omega 503.

Ponieważ tym razem niczego się nie pozbyłem, pomyślałem, że niegłupim rozwiązaniem będzie stworzenie w domu alternatywnego miejsca odsłuchowego. Takiej muzycznej samotni.

Część potrzebnych elementów toru audio już przecież miałem. Potrzebny mi był jeszcze jeden sprawny odtwarzacz CD i jakieś małe monitorki, bo samotnia/”słuchalnia” ma zaledwie powierzchnię 11 metrów.

SONY CDP XB 720 QS

Od firmy wypatrzonej w internecie kupiłem odtwarzacz SONY CDP XB 720 QS

Wiadomo. Niższy model od posiadanej już 920-ki. Z normalną szufladą bez krążka dociskowego.

Brzmienie minimalne lżejsze, ale nadal niezwykle dokładne i jednocześnie przyjemne. Co najważniejsze, kosztował stosunkowo niewiele i był poddany całkowitej rewitalizacji. Nawet obudowa i front panel wyglądały jakby ten sprzęt nigdy nie był używany. W sam raz nadawał się do maleńkiej samotni.

Boston Acoustic A 25

Do samotni brakowało już tylko głośników. Musiały to być monitory i to z tych mniejszych.

Tym razem uparłem się, żeby kupić nieużywane. Trochę poczytałem, trochę pochodziłem po sklepach, ale nie mogłem podjąć decyzji. Pomogła mi znaleziona informacja o likwidacji jednego z salonów audio i wyprzedaży towaru. Okazało się, że w magazynie mają jeszcze jedna parę interesujących mnie głośników. Już wcześniej czytałem test modelu A 26, który był pozytywny.

A 25 to mniejsza wersja. W teście padło stwierdzenie, że A 25 i A 26 mają bardzo podobne brzmienie, z tą różnicą, że A 26 ma głębszy, potężniejszy bas. W małym pokoiku potężny bas nie był mi do niczego potrzebny. Pojechałem do likwidowanego salonu i kupiłem monitorki w dokładnie takiej wersji wykończenia, jaka mnie interesowała od samego początku.

BA 25 są ardzo solidnie zrobione. Jak na swoje rozmiary są dosyć ciężkie. Boki i tył wykonane z MDF w kolorze i fakturze drewna bejcowanego na lekko czereśniowy kolor. Góra i przód oklejona  czarną sztuczną skórą. Wyglądają bardzo podobnie do dawniejszych Sonus Faberów.

Ich brzmienie nie rozczarowuje. Wielu purystów na pewno doszukało by się pewnych drobnych niedociągnięć w brzmieniu, ale zapewniam, że było by to trochę szukanie dziury w całym.

Na pewno, pomimo małych gabarytów, nie są nieśmiałe. Potrafią zagrzmieć z siłą małych podłogówek. A ich dźwięk nie jest ani natarczywy, ani uspokojony. Każdy rodzaj muzyki wciąga mnie na długie chwile.

Na końcu, podjąłem jeszcze jedna próbę naprawy odtwarzacza Marantz CD 6000.

Znalazłem przytomnego fachowca z dużym doświadczeniem w urządzeniach tej marki. Jak można się domyślać, usunął usterkę szybko i niemal za darmo.

Reasumując, moja przygoda z urządzeniami audio nadal trwa w najlepsze. Mam w domu dwa miejsca odsłuchowe. W jednym grają: kolumny Avance Omega 503, odtwarzacz Sony 920 QS i wzmacniacz Musical Fidelity E 11.

W drugim, małym pokoiku słucham: monitorów Boston Acoustics A 25, wzmacniacza Musical Fidelity E 1, i naprzemiennie dwóch odtwarzaczy CD. Sony 720 QS i Marantza CD 6000.

I żadnego z tych urządzeń nie zamierzam się pozbywać. A już na pewno nie obu wzmacniaczy i Avanców. Nic lepszego w rozsądnej cenie już nie kupię.

Czy to koniec mojej przygody ze sprzętem Audio? Na razie jestem nadzwyczaj zadowolony z każdego posiadanego elementu toru audio. W pełni zaspokaja moje potrzeby i gust.

Co prawda po głowie chodzi mi pomysł na coś nowego. Ale nie będzie to żadna wymiana/zamiana żadnego z dotychczasowych klocków ani głośników. Raczej coś, co pozwoli mojej żonie korzystać z zestawu zgodnie z jej gustami i zainteresowaniem technologicznymi gadżetami.

Jeżeli się zdecyduję na taki zakup, napiszę o tym osobny felieton, a może nawet pokuszę się o mały test.  

Marek „Maro” Kulesza

Napisz komentarz