Przejdź do treści
Wczytuję...

Doradca Audio - Prywatnie

Something with HTML textformat

 

Słyszeliście kiedykolwiek powiedzenie twierdzące że:

„Trudno być prorokiem we własnym kraju”?

Jest dosyć znane i jak najbardziej prawdziwe. Przykładów na prawdziwość tej teorii jest mnóstwo.

 

Ale dzisiaj nie zamierzam uderzać w żaden poważny ton. Nie będę wymieniał naukowców, aktorów i reżyserów, czy reprezentantów innych zawodów, którzy do zaszczytów, nagród i społecznego szacunku doszli poza granicami Polski. W kraju nad Wisłą nie zyskali uznania dopóki nie zainteresowała się nimi reszta świata.

Dzisiaj chcę napisać o przypadkach, które spotykają Doradców Audio w ich życiu prywatnym.

 

Sam uważam siebie za Doradcę/Pasjonata. Pracowałem w tej branży w okresie często określanym jako „pionierski”. Było to w pierwszej połowie lat 90-tych, kiedy polski rynek audio dopiero się kształtował. Zmienił się ustrój polityczny. Upadły Pewex i Baltona. Krajowe firmy niegdyś zrzeszone pod znakiem Unitry albo zbankrutowały, albo ledwo kulały.

Powstała pustka. Dziura na rynku, która stosunkowo szybko wypełniała się ofertą prywatnych przedsiębiorstw sprowadzających z zagranicy urządzenia audio. To wtedy powstały i powoli rozbudowywały się firmy będące dzisiaj prawdziwymi potęgami tej branży w naszym kraju.

Sprzętem i muzyką interesowałem się niemalże od dziecka, więc był to „mój świat”.

Świat z którego po kilku latach pracy postanowiłem jednak odejść.

Robiłem potem w życiu różne rzeczy, przeszedłem przez różne branże, a mimo to starałem się zawsze być w miarę na bieżąco z tym co na rynku audio się działo.

Poza tym, zdarzało mi się w kolejnych latach kilkakrotnie zmieniać w całości, lub tylko fragmentarycznie moje domowe zestawy audio. Zmieniałem głośniki, wzmacniacze i odtwarzacze CD. Ale żeby wymieniać je z sensem, czyli na takie które jeszcze ulepszą brzmienie moich ulubionych gatunków muzycznych, konieczne było odpowiednie rozpoznanie rynku.

Wciąż coś czytałem, wciąż chodziłem do salonów ze sprzętem żeby czegoś posłuchać, lub choćby na coś popatrzeć.

W swoim własnym interesie poszerzałem wiedzę na tematy związane z dźwiękiem, poszczególnymi urządzeniami, okablowaniem itp. Nawet nie traktowałem tego jako rodzaj samokształcenia, który będzie jeszcze kiedyś przydatny zawodowo. Dla mnie było to jedynie hobby. Pasja.

 

Od pewnego czasu po przerwie trwającej ponad ćwierćwiecze, znowu pracuję w branży audio. Tym razem zajmuję się sprzętem audio starszych generacji, określanym jako vintage.

Ale nasi stali czytelnicy dobrze już o tym wiedzą.

Istotne jest natomiast to, że gromadząc wiedzę przez większą część życia, nie musiałem się w żaden sposób przekwalifikowywać ani nadmiernie dokształcać.

Większość urządzeń vintage'owych znam z autopsji. Albo je kiedyś miałem, albo planowałem je mieć, albo mieli je moi koledzy. Oczywiście nie wszystkie, bo nie ma na świecie człowieka, który dysponowałby obszerną i kompleksową wiedzą na temat każdego urządzenia jakie kiedykolwiek zostało wyprodukowane.

Nie chwalę się, ale muszę przyznać, że nawet jeśli nie słuchałem wielu ciekawych i znanych do dzisiaj urządzeń, to przynajmniej znam je z nazwy i z obiegowych opinii na ich temat.. Rzecz jasna również nie wszystkie...

 

A teraz do rzeczy.

Odkąd moją pasją stał się sprzęt audio, to nieważne czy zajmowałem się nim zawodowo, czy tylko interesowałem hobbystycznie, to co jakiś czas otrzymywałem prośby od bliższych i dalszych znajomych.

Wiecie już jakie? Nietrudno się domyślić.

I zgaduję, że takie prośby dostawali niemal wszyscy profesjonalni Doradcy Audio, lub jedynie osoby znane w środowisku swoich znajomych jako audio-maniacy.

Oczywiście są to prośby o pomoc w doborze sprzętu audio. Zakupu całkowicie nowych urządzeń, lub tylko o zmianę jednego czy dwóch elementów toru, w taki sposób żeby uzyskać lepsze brzmienie.

Ciekaw jestem tylko, czy takie prośby i próba wyjścia im naprzeciw często kończyły się w taki sam sposób jak w moim przypadku.

Bo zawsze staram się pomóc jak potrafię najlepiej.

Są to prośby czysto prywatne i mimo iż najczęściej mógłbym ot tak „z głowy” podrzucać kilka moim zdaniem najbardziej efektywnych rozwiązań, to jednak zawsze pozostawiam sobie kilka dni na odpowiednie przemyślenie zagadnienia. W tym czasie przeglądam również wiele różnych źródeł informacji i wkrótce jestem gotowy do zasugerowania jednego, lub nawet kilku wariantów które powinny się spodobać osobie która zwróciła się do mnie o pomoc.

Zawsze wykonuję taką samą ilość pracy nad najlepszą z możliwych odpowiedzią.

W większości wypadków znam dobrze pomieszczenia do których mam dobrać najlepszy sprzęt. Wielokrotnie bywam u znajomych. Dlatego kojarzę umeblowanie wnętrza, jego akustykę i miejsce gdzie i co ma być ustawione. Znam też gust muzyczny moich znajomych. To wielkie ułatwienie.

Dzięki temu szybciej i sprawniej jestem w stanie zaproponować coś, co w danym pomieszczeniu sprawdzi się najlepiej. Nie tylko zabrzmi dobrze, ale także uwypukli najważniejsze walory gatunku muzycznego, który będzie z jego udziałem słuchany najczęściej.

 

Znacznie rzadziej zdarza mi się, że o pomoc proszą mnie tzw. „znajomi znajomych”. Ale bywa i tak.

Takie sytuacje są znacznie trudniejsze. Bo nie każdy z rozmówców potrafi jasno i konkretnie wytłumaczyć czego najbardziej lubi słuchać i w jakim pomieszczeniu (jaki metraż i umeblowanie) upragniony sprzęt będzie ustawiony. Zawsze jest to dla mnie ciekawostką. Nie do końca rozumiem ludzi którzy planują zakup audio przed podjęciem decyzji czy będzie to sprzęt do salonu, czy do gabinetu lub sypialni.

A to niezwykle ważna informacja, bo inny sprzęt (głównie inne głośniki) dobiera się do poszczególnych pomieszczeń. Wyobrażacie sobie wielkie kolumny podłogowe w pokoiku o powierzchni 8-12 metrów kwadratowych? Niby dla chcącego nic trudnego, ale jeżeli mówimy o dobrym brzmieniu to musimy jednak trzymać się pewnych zasad.

Z takimi bliżej mi nieznanymi „znajomymi znajomych” ustalanie szczegółów potrafi trwać stosunkowo długo, wymaga uruchomienia wyobraźni i oczywiście ponownego przeszukania źródeł informacji w postaci internetu lub czasopism branżowych.

 

Nie potrafię policzyć ileż to razy już zwracano się do mnie z prośbą o doradzenie co należy kupić, żeby w końcu poczuć przyjemność ze słuchania muzyki. Autorzy próśb już i tak słuchają jej z przyjemnością z tego czym akurat dysponują, ale chcą zdecydowanej eskalacji tejże przyjemności. Czyli zauważalnej poprawy dźwięku. Lepszej jakości.

 

Wzloty

Wiele razy udawało mi się zaproponować zakup konkretnych modeli urządzeń audio, które w moim pojęciu powinny się spodobać brzmieniowo moim znajomym. Czasem były to urządzenia całkowicie nowe, czasem zachęcałem do skoncentrowaniu się na sprzętach używanych, ale za to wyższej klasy, a czasem doradzałem mieszanie nowego ze starszym.

Osoby mające do mnie pełne zaufanie starały się rygorystycznie trzymać moich zaleceń, sobie pozostawiając jedynie wybór kolorystyki sprzętu.

Dla mnie nie jest istotne czy sprzęt jest czarny czy srebrny. Nie ma to najmniejszego wpływu na jego dźwięk. Moje domowe sprzęty to kompletne pomieszanie urządzeń o różnej kolorystyce front-paneli. Nawet taki misz-masz podoba mi się bardziej niż jednolity kolor wszystkich klocków.

Ale nie każdemu musi się to podobać, lub nie każdy jest gotów na taką (jak twierdzi wielu moich znajomych) ekstrawagancję.

Nie każdy również jest gotów na zbudowanie zestawu bazującego na urządzeniach pochodzących od różnych producentów. Wciąż pokutuje przekonanie, że tylko w pełni „firmowy” zestaw zagra ze sobą w sposób optymalny.

Ja od dawna wiem, że tak nie jest i staram się to wpoić nie tylko znajomym, ale również klientom. Zawsze tak dobieram klocki, żeby za rozsądne pieniądze wycisnąć z zestawu możliwie najlepszą jakość dźwięku.

Ci, którzy poważnie potraktowali moje propozycje i nabyli sugerowane urządzenia wielokrotnie potem przekonywali się, że dokonali trafnego zakupu.

Jak? W bardzo prosty sposób. Odwiedzając innych znajomych mieli możliwość zapoznać się z dźwiękiem różnych sprzętów. Na ogół bywały to zestawy bazujące na jednej firmie. Niekiedy były one znacznie droższe od tego co zostało zaproponowane przeze mnie. A mimo to nie dysponowały takim dźwiękiem.

Lubię takie opowieści. Nie wbijają mnie w dumę. Świadczą jedynie o dobrze odrobionej lekcji. Cieszy mnie fakt, że ktoś kto mi zaufał uznał sugerowane sprzęty za najlepszy zakup w życiu.

Takich dozgonnie wdzięcznych znajomych mam kilku.

 

Upadki

A jednak zdarza się, i to znacznie częściej, że pomimo dokładnego rozpoznania oczekiwań, pomimo wielu godzin zbierania informacji i sporządzenia kilku propozycji, sprawa nie wypala.

Wiele razy już bywało tak, że proszono mnie o doradzenie zakupu całości, lub tylko niektórych elementów toru audio, a ostatecznie decydowano się na kupno czegoś kompletnie innego. I szczerze powiedziawszy niespecjalnie mnie to drażni.

Czasem tylko nie do końca rozumiem takie postępowanie.

Bo jeżeli ktoś opowiada mi o swoich oczekiwaniach wobec sprzętu audio i wynika z tego jednoznacznie, że ma to być sprzęt poważny (acz niedrogi) a potem kupuje mini-wieżę w promocji, to coś jest nie tak.

I zawsze bywa tak, że na początku właściciel nowego nabytku jest bardzo z niego zadowolony. Nie może się go nachwalić. Ale tylko do czasu. Do momentu kiedy mnie nie odwiedzi i nie posłucha ponownie mojego audio. W trakcie takich wizyt spędzanych na rozmowie, piciu kawy lub wchłanianiu innych płynów, czasem pada pytanie które moi goście zadają sobie sami; „dlaczego mój sprzęt nie gra tak dobrze?” Czasem odpowiadam: „bo trzeba było kupić to co Ci zaproponowałem, wtedy grałoby równie dobrze”.

Najśmieszniejsze jest to, że po kilku latach sytuacja powtarza się jakbym przeżywał swoiste Deja Vu.

Ci sami ludzie, zmęczeni już tanim dźwiękiem pragną w końcu mieć w domu coś co zagra dobrze, dokładnie i miło. Walą do mnie jak w dym i wszystkie te rozmowy powtarzają się jak zapętlona scena z jakiegoś kiepskiego filmu.

Oczywiście mam nadzieję, że tym razem się uda.

Ale gdzie tam!

Mimo kilku przedstawionych propozycji, znajomi decydują się na samodzielny wybór.

Zapraszają mnie na sobotni wieczór by z niekłamaną dumą zaprezentować mi najnowszy nabytek. Na ogół jest to Kino Domowe, albo w najlepszym przypadku kolejna mini lub midi-wieża. Tym razem lepszej klasy niż ta poprzednia, ale do sprzętu jaki chcieliby mieć (biorąc pod uwagę wcześniejsze rozmowy o oczekiwaniach w stosunku do jakości dźwięku) nadal jest niezmiernie daleko.

 

Naprawdę ciekawi mnie, czy innym Doradcom Audio również zdarzają się takie sytuacje i czy statystyka pokazuje większą ilość „nietrafionych” niż „trafionych”.

Jeżeli tak, to może warto sparafrazować znane powiedzenie, które zawarłem w pierwszym zdaniu tego felietonu.

Równie dobrze może ono brzmieć:

„Nikt nie jest prorokiem wśród własnych znajomych”.

 

 

Marek „Maro” Kulesza

 

 

 

'

Odpowiedz