Przejdź do treści
Wczytuję...

Remastering płyt - Dobro czy Zło?

Something with HTML textformat

 

Napisaniem tego artykułu miał zająć się jeden z moich byłych współpracowników. I nawet go napisał, ale ostatecznie nie zdecydował się go opublikować. Ponieważ temat jest naprawdę ciekawy, uznałem że szkoda byłoby go porzucać. Postanowiłem napisać nowy tekst, bazując w dużej mierze na zapiskach kolegi, który do zagadnienia podszedł kompleksowo. Dorzuciłem także garść własnych przemyśleń.

 

Samo słowo „remastering” w świecie audio, a konkretnie nośników audio, oznacza odświeżenie i uatrakcyjnienie zapisu dźwięku.

Spotykamy się często ze zremasterowanymi płytami CD i Winylami. Ich dawne brzmienie (nie bójmy się określenia - historyczne) jest poprawione. Wyraźniejsze, bardziej dynamiczne i dokładniej oczyszczone z szumów, niż dźwięk jakim te płyty dysponowały w czasach kiedy debiutowały na rynku muzycznym.

Remastering jest powodem nieustannej kłótni, niemal świętej wojny pomiędzy zwolennikami poprawionego brzmienia, a tymi którzy chcą słyszeć jak zawarty na płytach materiał muzyczny brzmiał na samym początku.

Tych pierwszych zachwycają parametry, które wymieniłem wcześniej. Większa dynamika, wyostrzenie niektórych zakresów i ogólnie zwiększona głośność całego materiału.

Drugich rażą dokładnie te same ingerencje, którymi pasjonują się zwolennicy remasteringu. Uważają, że takie zmiany powodują jedynie przekłamanie brzmienia. I że w momencie pierwszego miksowania ścieżek dźwiękowych w celu stworzenia Taśmy Matki (Master Tape) zarówno wykonawcy jak i realizator dźwięku osiągnęli dokładnie taki efekt o jaki im chodziło. I nikt nie powinien tego zmieniać. Oczywiście pomijając wykonawców, których z zasady nie interesowało co realizator i producent zrobią z nagranym w studio materiałem.

Jeżeli jednak chodzi o twórców wielkiego kalibru, to niemal zawsze po nagraniu wszystkich partii instrumentalnych i wokalnych, brali czynny udział w zgrywaniu i miksowaniu całego materiału. Niejednokrotnie musieli toczyć prawdziwe wojny z realizatorami, żeby płyta brzmiała dokładnie tak jak sobie to wyobrażali.

Trudno wyobrazić sobie muzyków Pink Floyd, Yes czy Jethro Tull, którzy po nagraniu swoich partii przestaliby interesować się dalszymi działaniami wytwórni fonograficznej mającej wydać ich płytę.

Gdyby tak zrobili świat być może nie miałby szansy cieszyć się dopracowanymi dźwiękowo legendarnymi albumami, które te grupy nagrały. Legendarnymi między innymi właśnie dlatego, że twórcy muzyki osobiście nadzorowali cały proces poprzedzający ostateczne tłoczenie płyt.

Wszystko co słychać na kultowych płytach było bardzo ważne. Każdy dźwięk, szelest, brzmienie, a nawet różnice w głośności poszczególnych fragmentów w obrębie jednego utworu. Kiedyś znacznie częściej niż współcześnie łączono sąsiadujące ze sobą krótkie fragmenty mikro i makro dynamiki. Czasem kilka, lub kilkanaście sekund wypełnionych bardzo cichymi, ledwo słyszalnymi dźwiękami było wstępem do potężnej inwazji decybeli. Taka była wizja i koncepcja twórców.

 

Trzeba przypomnieć czytelnikom, którzy nie mieli okazji być świadkami wprowadzania na rynek standardu CD, że na początku nie był on oceniany najlepiej. Odtwarzacze nie brzmiały zbyt dobrze i naturalnie, ale również pierwsze wydane w tym standardzie płyty miały mało ciekawy dźwięk. Nieco suchy i płaski. Było to spowodowane stosowaną wówczas technologią.

Nie tylko starsze tytuły, ale również nowe nagrania w tamtym czasie powstawały w studiach korzystających z magnetofonów analogowych. Miksowanie całego materiału także odbywało się analogowo. Dopiero później przetwarzano cały sygnał do postaci cyfrowej, co powodowało to „osuszenie” dźwięku. Takie płyty były oznakowane jako AAD.

Wkrótce postęp wymusił nieco inną procedurę. Wszystkie partie były tak samo jak dotychczas rejestrowane na urządzeniach analogowych, ale już następnym krokiem było miksowanie ich na urządzeniach cyfrowych i następnie tworzenie z tak powstałego materiału cyfrowej Taśmy Matki. Były to płyty noszące znaczek ADD. Pierwsze tak realizowane płyty również nie zachwycały słuchaczy o wyrobionym słuchu.

Chyba jeszcze gorzej brzmiały pierwsze płyty zrealizowane w technologii DDD. Wszystkie kolejne czynności, łącznie z nagraniem poszczególnych partii instrumentalnych i wokalnych, były realizowane przy użyciu jedynie urządzeń cyfrowych. Jednym z pierwszych albumów w historii zrealizowanych w technologii DDD, był „Brothers in Arms” grupy Dire Straits. Tego pierwszego wydania po prostu nie dało się słuchać. Wyostrzony, nienaturalny dźwięk psuł całą przyjemność słuchania. Do dzisiaj każde kolejne reedycje tego albumu są remasteringową walką o uzyskanie przyjemniejszego i naturalniejszego brzmienia.

 

W miarę upływającego czasu zorientowano się, że winy za takie zjawisko nie ponoszą jedynie urządzenia cyfrowe, chociaż z pewnością trzeba było je znacznie poprawić, ale także inne aspekty techniczne.

Trzeba było nauczyć się stosować mikrofony studyjne o nieco innych parametrach, a przede wszystkim innej czułości, oraz ustawiać je w studiu według innej metody. Po jakimś czasie nagrania wykonywane z użyciem nowych mikrofonów, rejestratorów i mikserów zaczęły brzmieć znacznie lepiej. A co za tym idzie również nowo nagrane płyty prezentowały o wiele lepszą jakość dźwięku. Jednocześnie stale dopracowywano odtwarzacze CD tak by brzmiały naturalniej. Dzięki tym wszystkim zabiegom po kilku latach można było uznać, że nowe standardy nagrywania i obróbki materiału zaczęły dorównywać jakością brzmienia wcześniejszym metodom analogowym.

Mimo to nadal istniały studia i firmy wierne technice analogowej, jak choćby audiofilskie wytwórnie, cenione za niezwykle wysoką wierność dźwięku. Nagrywały analogowo, miksowały analogowo i dbały by tworzenie Master Tape, choć w sposób cyfrowy, miało odpowiednio realistyczne i naturalne brzmienie. Część z nich eksperymentowało także z technologią DDD, ale dojście do zadowalających rezultatów zabierało więcej czasu.

 

Jak widać początki standardu CD i ogólnie pojętej cyfryzacji technologii nagraniowych nie były łatwe. I nie tak doskonałe jak wydaje się większości ludzi.

Ale kiedy już doprowadzono jakość CD do przyzwoitego poziomu nastąpił kolejny etap.

Był to właśnie Remastering tytułów wydanych wcześniej. Również tych, które jeszcze można było kupić w sklepach płytowych, a które jak już napisaliśmy brzmiały raczej nieciekawie.

 

Niestety wkrótce dało się zauważyć kolejne odstępstwo od oryginalnego dźwięku płyt dobrze znanych od lat. Wszystkie nagle zaczęły brzmieć bardzo podobnie. Nie tylko „podkręcano” dynamikę nagrań i ich stopień głośności, tak żeby nowo zremasterowne tytuły sprawiały wrażenie nowych realizacji, ale co gorsza niwelowano różnice pomiędzy mikro i makrodynamiką.

To co w pierwotnej wersji było dźwiękami na pograniczu słyszalności, nagle stawało się słyszalne wyraźnie i głośno. Wszystkie parametry oryginalnych nagrań były podrasowywane, zgłaśniane i dodawano im nadmiar tonów wysokich i niskich.

Takie remasteringi szybko zyskały nazwę „LOUDNESS WAR” i były mocno krytykowane.

Zdarzały się także takie sytuacje, że całkowicie nowe płyty starano się realizować w podobny ultra dynamiczny i głośny sposób. Spotkało to między innymi grupę RUSH, której wstępny miks został wykonany z tak dużą dynamiką i kompresją, że powodowało to niemal przesterowanie dźwięku. Geddy Lee (muzyk RUSH), który zdążył na czas przechwycić konsoletę realizatora, poświęcił dużo czasu i wysiłku, żeby choć trochę zniwelować to nieprzyjemne zjawisko. Mimo prób ratowania sytuacji wspomniane nagrania to najgorzej, najmniej przyjemnie brzmiąca płyta w dyskografii tej grupy.

Na szczęście fachowcy od remasteringu opamiętali się w porę.

Ilość nieprzychylnych opinii o Loudness War pochodzących od konsumentów kupujących płyty, a także (a może przede wszystkim) od wykonawców, którzy czasem z trudem rozpoznawali swoje dzieła, zmusiły ich do zaprzestania stosowania dużej kompresji.

Znowu starano się powracać do brzmień znanych z pierwszych wydań płyt analogowych (w przypadku reedycji starszych nagrań). Ale żeby to zrobić we właściwy sposób trzeba było dysponować oryginalną analogową Taśmą Matką.

Mistrzami takich reedycji szybko stali się Japończycy. Do dzisiaj wielu kolekcjonerów płyt CD poszukuje zremasterowanych reedycji wydanych przez japońskie firmy. Zapewne dlatego, że w trakcie prac remasteringowych inżynierowie dźwięku z Kraju Kwitnącej Wiśni starali się zachować umiar. Stosując odpowiednio ustawione poziomy limitera ( urządzenie określające najgłośniejszy fragment nagrania) oraz nie przesadzając ze zmianami głośności poszczególnych ścieżek przy użyciu cyfrowego equalizera, osiągali brzmienie porównywalne z tym jakie fani konkretnych wykonawców znali z pierwszych płyt analogowych. Jednocześnie starali się w miarę możliwości czyścić oryginalny dźwięk z szumów i zniekształceń. Okazało się, że jest to czynność z którą również nie można przesadzić. Nadmiernie wyczyszczone nagrania potrafiły czasem zabrzmieć nieco zbyt sterylnie.

Nadszedł w końcu moment kiedy fachowcy od remasteringu uznali, że nadmierne poprawianie historii nie jest działaniem pożądanym. Lekkie poprawienie szczegółów, czy bardzo delikatne zwiększenie dynamiki jest czymś co może dać większą przyjemność ze słuchania kultowych albumów. Zbyt duże ingerencje mogą je jedynie zepsuć i zmienić nie do poznania.

Ktoś kiedyś użył porównania remasteringu do renowacji malarskich dzieł sztuki.

Chodziło o przypadki zbyt zaawansowanych działań renowacyjnych, które z dobrze znanego obrazu o ciemnych i spokojnych barwach wydobywały nieoczekiwaną orgię kolorów.

Wyobrażacie sobie portret Mony Lisy pędzla Leonarda da Vinci, który mógłby okazać się niemal neonową grą kontrastujących kolorów i odcieni?

Nikt tego nie chce.

 

Ale to porównanie jest moim zdaniem zupełnie nietrafione.

Bo jeżeli faktycznie odrestaurowana Mona Lisa okazałaby się być dziełem kolorysty, to byłby przecież efekt jaki chciał uzyskać (i uzyskał) jej autor.

Natomiast w przypadku odświeżania nagrań muzycznych najbardziej interesujące jest uzyskanie obrazu dźwiękowego tak czystego i klarownego jakim był na samym początku. Tuż po pierwotnym zmiksowaniu całego materiału. W muzyce chodzi o to by niczego nie upiększać, nie dosładzać, ale nie pozwalać także by pokrywała się patyną. Dlatego właśnie tak istotny jest dostęp do oryginalnych Taśm Matek.

Bywały już takie remasterowane reedycje, które oparto na wcześniejszych remasteringach a nie na oryginalnej Matce. Taki tryb postępowania powodował tylko jeszcze większą rozbieżność z pierwotnym dziełem artystów.

 

Zdarzają się dzisiaj zremasterowane reedycje całych dyskografii artystów znanych i uznanych. Najnowszy remastering niejednokrotnie jest przez fanów odbierany bardzo różnie.

Niedawno na rynku ukazała się odświeżona pełna dyskografia Led Zeppelin.

O ile pierwsze cztery płyty nie budziły niczyich zastrzeżeń, może były odrobinę wyraźniejsze (co tylko wyszło im na dobre) to już album „Physical Graphity” wzbudził olbrzymie kontrowersje. Wystarczy posłuchać kultowego utworu „Kashmir”. Dały się słyszeć głosy że brzmi mniej monumentalnie i ma znacznie mniej basu niż we wszystkich wcześniejszych remasteringach. Że to błąd, pomyłka, nadmierna ingerencja przy pomocy equalizera...

Problem w tym, że nad nowym remasteringiem najnowszych reedycji czuwał osobiście nie kto inny jak sam Jimmy Page.

Na zarzuty niezadowolonych fanów i dziennikarzy odpowiedział w prosty sposób.

Chciał by „Kashmir” zabrzmiał dokładnie tak jak miał brzmieć od samego początku. Właśnie tak. Bez dużej ilości basu i monumentalizmu.

I sam stwierdził, że co prawda był obecny przy zgrywaniu i miksowaniu materiału w 1975 roku, kiedy album miał zostać wydany po raz pierwszy, ale z racji bardzo rock and rollowego stylu życia kompletnie nie pamięta pracy nad tworzeniem Taśmy Matki. A skoro po tylu latach postanowił zmienić brzmienie legendarnego utworu, doprowadzając go do pierwotnie zakładanej postaci, to trudno z nim dyskutować.

 

Bywają też remasteringi, które dosyć mocno zmieniają brzmienie oryginalnych, a nawet uznanych za świętość nagrań.

W takich razach musi się to odbywać z pełną zgodą wykonawcy, którego twórczość ma zostać zmiksowana na nowo. Takie remasteringi muszą zawierać jasną informację, że są działaniami jednorazowymi, alternatywnymi i nie mogą być traktowane jako płyty należące do oficjalnej dyskografii artysty.

Przykładem takich eksperymentów jest płyta wydana przez George Martina i jego syna Gilesa.

Martin był odpowiedzialny za realizację dźwięku większości płyt The Beatles. To on pokazał im jak można bawić się możliwościami studia. Dzięki jego radom i podpowiedziom muzycy stworzyli swoje najciekawsze albumy. Czuwał także nad kolejnymi remasteringami wszystkich reedycji.

Natomiast jego autorskie wersje miksu bardzo różnią się od oryginałów. Zmienione plany dźwiękowe, wyciszenie niektórych dotąd wyraźnych ścieżek, zgłośnienie innych a także „klejenie” ze sobą fragmentów pochodzących z różnych nagrań dało ciekawy efekt.

 

Remastering dotyczy także płyt winylowych.

Ponieważ ten standard znowu staje się coraz bardziej popularny, przeto ponowne wydanie dawnych interesujących tytułów wiąże się z koniecznością ich odświeżenia.

Problem w tym, że większość wydawanych dzisiaj na płytach winylowych reedycji, to materiał przetwarzany z nośników cyfrowych. Mało która wytwórnia fonograficzna ma jeszcze w swoich archiwach oryginalne, analogowe Taśmy Matki. Dlatego specjaliści muszą tak obrobić dźwięk cyfrowy, żeby móc na jego bazie stworzyć analogowy wzór do produkcji matryc wykorzystywanych w trakcie tłoczenia płyt.

Niestety pasmo przenoszenia tak wyprodukowanych albumów winylowych jest identyczne jak w przypadku płyt CD.

 

Remastering dotyczy także plików dźwiękowych dostępnych na portalach streamingowych.

Czasem takie zabiegi idą w dobrą stronę, a czasem wprost przeciwnie.

Istnieje grupa wychwalanych inżynierów dźwięku, którzy starają się tworzyć pliki brzmiące wyraźniej, dynamiczniej i czyściej niż jakakolwiek wcześniejsza wersja. Prowadzi to do sytuacji kiedy dobrze znane utwory zaczynają brzmieć kompletnie nienaturalnie. To trochę taki nowy „Loudness War”. Niby z tamtym nie ma nic wspólnego, ale takich podrasowanych wersji słucha się mało przyjemnie. Szczególnie jeżeli miało się całymi latami do czynienia z nieźle brzmiącymi oryginałami.

Miejmy nadzieję, że na specjalistów w podrasowywaniu streamingu, również przyjdzie opamiętanie podobnie jak to kiedyś miało miejsce w przypadku remasterów płyt CD.

I że znowu naturalność stanie się bardziej doceniana niż nadmierne uwyraźnianie wszystkich szczegółów i podbijanie dynamiki w miejscach w których jej nie było w wersji oryginalnej.

 

 

Marek „Maro” Kulesza

 

 

 

 

Odpowiedz