Przejdź do treści
Wczytuję...

Czy Amplitunery mają taką sama jakość dźwięku jak Wzmacniacze?

Something with HTML textformat

Sam się kiedyś nad tym zastanawiałem. Wielokrotnie. Jednak nie miałem zbyt wielu możliwości, żeby porównywać poszczególne urządzenia metodą próbnych odsłuchów. Odkąd pamiętam w sprzedaży były jedne i drugie.

Kiedyś na półkach w sklepach ZURT-u sąsiadowały ze sobą wzmacniacze w rodzaju WS303, WS503 czy popularne Trawiaty, z amplitunerami typu Elizabeth HiFi, Merkury, Amator lub Radmor.

Obie odmiany sprzętu dumnie prężyły swoje front panele zachęcając do zakupu. Wszystkie wyglądały pięknie i atrakcyjnie. No może z wyjątkiem Amatora, albo bijącego rekordy brzydoty Zodiaka.

Ale wygląd, wyglądem. Mnie zawsze bardziej interesowało to, które z tych urządzeń grają lepiej. Czyściej, dokładniej i dynamiczniej. Wtedy żaden sprzedawca nie udzielił mi takiej odpowiedzi. Nie chcieli, albo po prostu nie mogli, bo na ogół nie poświęcali się słuchaniu każdego sprzętu.

I trzeba oddać im sprawiedliwość. Nie posiadali ani warunków do przeprowadzenia odsłuchów, ani wystarczającej ilości materiału porównawczego. Wszak wtedy większość urządzeń znikała z półek sklepowych, zanim zdążyła choćby w minimalnym stopniu pokryć się kurzem. Jeden dzień, a często tylko godzinę lub dwie wystarczyło żeby wyprzedać całą dostawę. Nawet bez podjęcia prób wypakowania towaru z pudełek i ustawienia na wystawie. Takie czasy...

Lata później, kiedy zacząłem pracować w branży audio, moje pytanie z wczesnej młodości powróciło.

Czy jakość dźwięku amplitunerów i klasycznych wzmacniaczy jest taka sama?

Nie znalazłem odpowiedzi zbyt szybko.

Dopiero teraz, kiedy mam możliwość pracować wśród klocków audio pochodzących z różnych okresów, słuchać ich i prowadzić testy, mogę coś na ten temat powiedzieć.

W latach 70-tych i 80-tych miało się do wyboru; albo zakup zestawu rozdzielnego, czyli osobno wzmacniacza i osobno tunera radiowego. Głównym atutem takiego rozwiązania było to, że nie każdy koniecznie potrzebował i chciał słuchać radia. Wtedy kupował sam wzmacniacz. Już wtedy krążyły obiegowe opinie, że rozdzielne klocki dysponują lepszą jakością dźwięku, lepszym brzmieniem. Brak konieczności mieszczenia w jednej obudowie dwóch, lub czasem więcej urządzeń powodował, że zostawało wystarczająco dużo miejsca na stosowanie podzespołów o większych gabarytach, a także o lepszej jakości jeżeli chodzi o wykonanie, parametry itp.

Zawsze wolałem posiadać takie właśnie rozdzielne elementy toru audio.

Natomiast wiele osób wybierało wygodę, czyli zakup jednego klocka w którym upakowany był zarówno wzmacniacz jak i radio. One wcale nie grały źle. Wystarczy przypomnieć polskiego Radmora...

Przez długie lata Amplituner był po prostu rodzajem „hybrydy”.

W zależności od firmy, wykonania i ceny, te dawne amplitunery grały albo nieciekawie, albo potrafiły dosłownie rozłożyć na łopatki całą masę ówcześnie szanowanych wzmacniaczy.

Tyle, że za takie „wymiatające” konstrukcje trzeba było słono zapłacić.

I tu należy jasno zdać sobie sprawę z różnic cenowych. Cudownie grający amplituner niemal zawsze kosztował co najmniej półtora, albo i dwa razy drożej od przyzwoitych wzmacniaczy.

Takie amplitunery były również większe i cięższe od wzmacniaczy. Robiły wrażenie dźwiękiem i onieśmielały poważnym gabarytowo wyglądem.

Natomiast jeżeli porównamy ze sobą te stare solidne konstrukcje, dawne wzmacniacze z ówczesnymi amplitunerami, ale dokładnie z tego samego poziomu cenowego, to szybko zauważymy to, że obiegowe opinie czasem pokrywają się z prawdą.

Wyraźnie możemy usłyszeć, że jednak wzmacniacze górują jakością nad swoimi bardziej bogato wyposażonymi konkurentami. A im wyższe poziomy cenowe badamy, tym ta różnica w dźwięku się powiększa.

Co wcale nie oznacza, że należy się wystrzegać tych starszych amplitunerów. One potrafią grać zaskakująco dobrze. Tak dobrze, że do dzisiaj mogą całkowicie „zakasować” współczesne wzmacniacze. Oczywiście te niedrogie wzmacniacze...

Znam kilka ciekawych egzemplarzy, za które naprawdę bym się nie obraził. Bez problemu mogłyby grać u mnie w domu i jestem pewien, że ich dźwięk umilałby mi wieczorne sesje muzyczne w sposób bardzo satysfakcjonujący.

Natomiast z biegiem lat amplitunery stawały się coraz bardziej skomplikowane. Nie miały być już jedynie wzmacniaczem wyposażonym w radio. Miały pełnić rolę wielozadaniowych urządzeń do obsługi Kina Domowego. W jednej, na ogół olbrzymiej i ciężkiej bryle umieszczano wzmacniacz zdolny napędzić kilka par głośników. Różne układy sterowania efektami typu: dźwięk dookólny i jego kilka odmian, zmienne charakterystyki dźwięku, barwy i oczywiście radio.

Cała ta „wielokanałowość” wymaga niezwykle, wręcz niewyobrażalnie dużej ilości podzespołów.

W związku z tym jeżeli zajrzycie do środka współczesnego amplitunera zobaczycie, że cała obudowa jest wypełniona elektroniką po brzegi. Trudno tam znaleźć choćby odrobinę wolnej przestrzeni. Te rozbudowane, wieloczynnościowe potwory na ogół nie są już nazywane amplitunerami lecz receiverami.

A skoro, jak pisałem, w środku receiverów jest tak mało miejsca, to nasuwa się pewne podejrzenie.

Ponieważ wzmacniacze stereofoniczne potrzebują sporo wolnej przestrzeni w obudowie, żeby się dobrze chłodzić, a także żeby główne podzespoły nie musiały być w żaden sposób ograniczane i minimalizowane rozmiarowo, to znaczy, że sekcja wzmacniacza w receiverach jest zapewne inna.

Musi zajmować mniej miejsca a przecież ma do wykonania naprawdę dużą pracę. Zwłaszcza, kiedy zaczynają działać wszystkie pary podłączonych głośników.

Nic dziwnego, że receivery grzeją się znacznie bardziej od klasycznych wzmacniaczy. Niektóre modele są nawet wyposażane w wentylatorek zainstalowany najczęściej na tylnej ściance.

A co z ich jakością dźwięku?

Jako źródło wszelakich efektów występujących w ścieżce dźwiękowej filmów z pewnością sobie radzą.

Ale co z jakością brzmienia jeżeli chcemy po prostu posłuchać muzyki z płyty CD?Oczywiście ustawiając Receiver w tryb stereo i używając go jako normalny wzmacniacz.

Daje radę. Wszystko wydaje się być w porządku. Jest stereofonia, jest jakiś rodzaj przestrzeni, nawet momentami pojawiają się pierwiastki plastyczności i naturalności dźwięku.

Możemy być zadowoleni.

Dopóki nie porównamy go do zwykłego wzmacniacza. Nawet takiego z nieco niższej półki cenowej. Wtedy cała prawda wychodzi na wierzch niczym ropa naftowa, która wyciekła z tankowca i dryfuje po morzu.

Każdy aspekt brzmienia. Stereofonia, przestrzeń, głębia, plastyczność, naturalność, układ sceny i dynamika, w wykonaniu nawet znacznie tańszego wzmacniacza jest o niebo lepsza.

Różnica potrafi zaskoczyć nie tylko uważnych słuchaczy. Naprawdę niekoniecznie trzeba dysponować „słuchem absolutnym”, żeby wychwycić te rozbieżności.

Dlatego, moim zdaniem, jeżeli potrzebujemy solidnej maszyny do Kina Domowego, wybierajmy oczywiście współczesny Receiver, ale nie nastawiajmy się wtedy na jakieś szczególne doznania w czasie słuchania muzyki.

Jeżeli chcemy koncentrować się wyłącznie na słuchaniu muzyki, wybierzmy normalny wzmacniacz stereofoniczny. Możemy poszukać czegoś używanego, co kiedyś było wyższym poziomem jakościowo-cenowym, a co dzisiaj da się kupić za rozsądne pieniądze. Wydaje mi się, że taka decyzja będzie najtrafniejsza.

Ale jeśli chcemy słuchać muzyki z płyt, a czasem także radia, to rozejrzyjmy się za rasowym amplitunerem z lat 70-tych lub 80-tych. Grają przyzwoicie i w razie czego można je stosunkowo szybko i w miarę niedrogo naprawiać. Można je także tuningować poprzez wymianę większości elektrolitów, do znacznie wyższego poziomu.

Pozostaje się tylko dobrze zastanowić nad własnymi preferencjami i wybrać najlepsze rozwiązanie.

„Każdemu według jego potrzeb”

 

Marek „Maro” Kulesza

Odpowiedz